Content

Archiwum

[Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Mistrz Gry » 19 Lis 2018, o 20:55

Ruszyli przed siebie, patrząc na mijane dzieci zamknięte w klatkach. Wiadomość o tym, że są czułe na tą straszliwą Moc trochę ostudziła ich współczucie, ale widok mijanych wymizerowanych lub doprowadzonych do łez szaleństwa twarzyczek robił swoje. Palce mocniej zaciskały im się na kolbach, gdy myśleli, co zrobią temu skurwielowi. Krok za krokiem posuwali się naprzód, w stronę drzwi na drugim końcu pomieszcze nia.
- Ratujcie nas! Proszę! - krzyk chłopca z klatki, obok której właśnie przechodził Gveir, zwrócił ich uwagę. Tylko na chwilę lufy ich karabinów powędrowały w tamtą stronę, szukając zagrożenia, ale zaraz wróciły na swoje miejsce, gdy takiego nie znalazły. - Proszę...
Chłopiec został z tyłu, wpatrując się w ich plecy skryte w czarnych zbrojach. Kawałek dalej Lucius zauważył jeszcze dziewczynkę, którą ledwie parę dni temu widział na komisji oceniającej. Leżała skulona na środku klatki, ściskając w rękach swojego pluszowego misia.
Przeszli obok...

***

Gveir dopadł do drzwi i gestem pokazał standardową taktykę wejścia. Ładunek założony na zamek, następnie granat błyskowy wrzucony do środka i Lucius zdjął dwóch ostatnich, kryjących się tam najemników. Kiedy padli, oddział wlroczył do środka, znajdując profesora Shito obok włączonych komputerów. W pomieszczeniu były jeszcze stoły laboratoryjne i szafy, zapewne na archiwa. Nim weszli do pomieszczenia, profesor musiał starać się jeszcze coś zrobić na komputerach. Teraz podnosił się z podłogi.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6631
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Gveir » 20 Lis 2018, o 19:23

Jak na konspiratora, zdrajcę czy kimkolwiek był, uczony miał dość słabą obstawę. Prawdopodobnie winnym był wynik poprzedniego starcia, gdzie sekcja wystrzelała niemal większość obstawy profesora. Grupa Kuat tylko dopełniła dzieła, posyłając główne siły w niebyt. Obstawa była niewielka, toteż jej opór został złamany niemal błyskawicznie.
Co prawda zastrzelił ich Lucius, ale młodzik nadal zdradzał sobą Szturmowca. Narwany, gotowy do strzału - jego wiązki nie były tak celne, chciał iść pierwszy, niemal w szturmie. Daleko mu było do Storm Commando, tego był pewien.

Uczony gramolił się z podłogi, odrzucony siłą ładunku. Rozkazy miał jasne i on oraz jego sekcja słynęli z profesjonalizmu oraz dokładnego wykonywania ich. Oczywiście, pozwalał sobie i swoim ludziom na brawurę, ale tylko jako środek w wykonaniu zadania. Nigdy jako normę, zachowanie, styl bycia. Nie dziwnym było, że sekcja zasłoniła Luciusa przed próbą linczu. Niemal błyskawicznie, Gveir posłał profesorowi jedną, silnie skoncentrowaną wiązkę ogłuszania. Javelin 3-2 nie musiał używać werbalnych przekazów, by zrozumieć dalsze rozkazy.
Hex oraz Neya chwycili nieprzytomnego, a sekcja zaczęła niemal wybiegać.
- Prowadzisz, Lucius. Biegiem. - rzucił w link. - Grupa Kuat, ewakuujcie się, natychmiast. - ostatni rozkaz na wspólnym kanale, jaki wydał połączonym grupom. - Kanonierka, ewakuacja sekcji z szybkim odejściem, za 1. Natychmiast! - wyrzucił z siebie. By ułatwić Neyi i Hexowi, zabrał ich karabiny.
Awatar użytkownika
Gveir
Gracz
 
Posty: 95
Rejestracja: 7 Kwi 2018, o 14:10

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Serith Tallav » 22 Lis 2018, o 22:24

Biegli koło klatek z dziećmi, Lucius nie chciał tam patrzeć, po prostu nie chciał, to byli mocowładni, ale to wciąż były dzieci. Nie chciał tego widzieć, ale kątem oka w wizjerze dostrzegał niektóre sylwetki wykończonych mały istot, doprowadzonych do szaleństwa, do łez. Zaciskał coraz mocniej dłonie na swej kolbie, jego myśli skupiały się tylko na jednym jak długo będzie przedłużał śmierć skurwielowi, który to wszystko zrobił.
Nagły czyiś głos z boku... Od razu poderwał broń... To było tylko dziecko... Proszące o pomoc. Maral zacisnął zęby, pobiegł dalej. Kątem wizjera znowu coś dostrzegł - dziewczynkę, która jeszcze niedawno widział na komisji oceniające, a teraz widział jak siedzi skulona ze swoim misiem. Gotowało się w nim, jak nigdy dotąd, chciał zapierdolić każdego kto miał z tym związek...


***


Wysadzenie drzwi, granat błyskowy, wpadają. Lucius wszedł pierwszy niemalże natychmiast strzelił do dwóch, ostatnich najemników, którzy stanowili ochronę profesora. Teraz widział go dokładnie, widział tego sukinsyna. Był uczony, że ma trzymać swoje emocje na wodzy, zawsze je trzymał, ale teraz po prostu nie mógł, za ten zamach, za to wszystko. Chciał się już rzucić na Shito i zmasakrować mu mordę, ale w ostatniej chwili, jeden z członków Javelina zatrzymał go chyba Neya. Tymczasem Gveir strzelił do niego boltem ogłuszającym... Może i dobrze się stało, z żywego coś będzie można wyciągnąć coś więcej. Popatrzył tylko na jego tymczasowego dowódcę, głęboko odetchnął.
Kolejny rozkaz, chciał posłać Marala pierwszego, wiadomo nie chciał, aby był blisko profesora.
- Tak jest. - odpowiedział i zawrócił. Wybiegł pierwszy z centrum dowodzenia Arado, nie chciał tego, ale chyba znowu musiał biec koło tych klatek. Nie mieli czasu za chwile miało być bombardowanie, to było cholernie trudne. Widzieć to wszystko i wiedzieć co się za chwilę stanie... Biegł...
Image
GG: 8731310
Klik!
Awatar użytkownika
Serith Tallav
Mistrz Gry
 
Posty: 153
Rejestracja: 17 Lip 2017, o 22:43
Miejscowość: Rzeszów

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Mistrz Gry » 23 Lis 2018, o 21:58

Ponowna droga obok klatek z dziećmi była strasznym przeżyciem. Zaprawieni w bojach, znieczuleni czy nie, nawet weterani ściskali ręce na kolbach i zęby w szczęce na myśl o tym, co zrobiono w tym miejscu istotom tak niewinnym, jak te dzieci. Wyobraźnia podsuwała niechciane pytania: "Czy te dzieci nie stały się mocowładne przez eksperymenty?", "Czy zawsze takie były?"... Gniew i beznadzieja z powodu tej sytuacji narastał w nich z każdym krokiem. Jedynie ich wyszkolenie pozwalało trzymać się w ryzach. Czy tego chcieli, czy nie, te obrazy - obrazy dzieci błagających o pomoc, zostawionych tu na śmierć - zostaną z nimi do końca życia...
Biegli szybko, pomagając sobie w dźwiganiu nieprzytomnego profesora i osłaniając przed ogniem przypadkowo spotkanych najemników, którzy mogli jeszcze się gdzieś ukryć. Na szczęście nic takiego się już nie stało. Wybiegli z budynku i znaleźli się na placu przed zbiornikami. W tym samym momencie nadleciała kanonierka, która miała ich podjąć i od razu sprawnie załadowali się na jej pokład.
- Grupa Kuat już w powietrzu - zameldował pilot.
Wznieśli się wyżej, dopiero teraz czując się bezpiecznie po całej walce, którą stoczyli od dzisiejszego przylotu na powierzchnię planety. Adrenalina powoli ustępowała, dopuszczając poczucie zmęczenia ciągłym skupieniem i stresem związanym z walką. Profesor Shito - zdrajca Imperium leżał w kącie statku, zakuty już w energetyczne kajdany i dokładnie obszukany, jak najdalej od Luciusa, który wciąż wyglądał na mocno poruszonego i wkurwionego tym, co przed chwilą przeżyli. Pozostali jednak też wcale nie czuli się, jakby dziś wygrali. Ich zadanie zostało wykonane niemal perfekcyjnie, ale było to gorzkie zwycięstwo. Ich kanonierka minęła się w odległości strzału z bombowcami, które zbliżały się już do części przemysłowej. Chwilę potem w dole rozległ się huk wybuchów i blask czerwonych kul ognia. Z tej odległości mogli jeszcze podziwiać dzieło zniszczenia sił imperialnych, ale jakoś żaden z nich nie miał ochoty spojrzeć w dół...

***

Ich przylot na ISD "Nova" odbył się bez żadnych wiwatów i okrzyków radości z udanej akcji. Chyba do wszystkich dotarło już, co musieli zrobić. Obydwie grupy wysiadły w komplecie z kanonierek na płytę hangaru, niosąc ze sobą nieprzytomnego więźnia. Tam czekał już na nich komandor Artas w obstawie żołnierzy, gotowych przejąć profesora i umieścić go w celi, na którą zasłużył. Na twarzy dowódcy okrętu malował się smutek. W tym momencie pewnie zbierał myśli, co powiedzieć swoim ludziom, którzy właściwie nie byli nawet jego ludźmi, ale którzy spisali się doskonale. W końcu westchnął i zdołał wydobyć z siebie tylko kilka słów.
- Dobra robota, żołnierze. - Wskazał szturmowcom profesora. - Zabierzcie mi go do celi. Jak tylko przybędzie któryś z Inkwizytorów, zajmie się nim. - Zwrócił sie ponownie do oddziałów Javelin i Kuat. - Naprawdę dobra robota. Jesteście wolni, my zajmiemy sie już sprzątaniem tego... W każdym razie sprzątaniem.

***

Gveir i jego ludzie mieli teraz czas na odpoczynek. Od Borgisa nie było żadnych wieści, więc nie pozostało im nic innego, jak zająć się samymi sobą. Na pewno każdy członek oddziału mimo całego swojego doświadczenia musiał przetrawić wydarzenia ostatnich dni. Być może będą chcieli w grupie odreagować cały nagromadzony stres, nacieszyć się swoim towarzystwem. Komandor dał im wolną rękę, zajęty dowodzeniem akcją w zamian za Inkwizytora. Pewnie dużo rzeczy musiał pozbierać do kupy. Wkrótce potem okazało się, że nowym rozkazem cały oddział Javelin przechodzi jako wsparcie do Drugiej Floty Imperium. Do wylotu pozostało im dwa dni, a po nich - kolejny front i kolejna walka.

***

Lucius wciąż kipiał gniewem na widok tego skurwiela, którego po podłodze ciągneli szturmowcy. Komandor odezwał się do nich kilkoma słowami, chyba ich chwalił, ale Lucius słyszał to jak przez mgłę. Nie mógł pogodzić się z tym, co musieli zrobić. Ruszył razem z innymi, próbując odetchnąć i uspokoić nerwy. Gdy tamci porozchodzili się do kajut, on jednak udał się w stronę sekcji szpitalnej. Bardziej od odpoczynku potrzebował spotkania z przyjaciółmi. To nie zimny prysznic i nie sen pozwoli mu odreagować, ale widok tych, którzy zrozumieją jego ból. Chciał też w końcu zobaczyć, co z Serithem. Gdy stanął w drzwiach jego pokoju, wszyscy już tam byli. Jego dowódca siedział na łóżku, pobliźniony i poraniony, ale gdy Lucius wszedł do pomieszczenia, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, choć równie szybko ponownie przykrył go mrok zmartwień i bólu.
- Cześć.

***

Gdy Opliko wyszedł na płytę hangaru razem z komandosami, wysłuchał słów komandora i już chciał zgodnie z jego sugestią udać się do swojej kajuty, by odpocząć i odespać zmęczenie, gdy w korytarzu odciągnął go na bok jeden z żołnierzy. Chiss nie widział jego twarzy, skrytej pod białym hełmem szturmowca.
- Pułkownik Asboth wzywa na Coruscant - powiedział do niego, wręczając jednocześnie dysk z danymi.
Po tym odszedł i zniknął w tłumie ludzi poruszających się po hangarze. Było to dość dziwne, Opliko pierwszy raz spotkał się z takim wezwaniem szefa zamiast normalnych służbowych kanałów. Czyżby oznaczało to kolejne kłopoty? A może było to związane z ostatnimi tragediami, jakie dotknęły Imperium? Chiss miał zamiar zdać raport pułkownikowi, ale dopiero po tym jak odpocznie. Najwyraźniej musiało to poczekać. Imperium potrzebowało pomocy...

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6631
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Gveir » 24 Lis 2018, o 00:40

Dość sprawnie wydostali się z kryjówki zdrajcy. Nikt na nich nie czekał w zasadzce, nikt nie planował ostatniej niespodzianki. Biegli w otoczeniu hałasów wydawanych tylko przez siebie, pośród panującej w okół śmierci. Nie oszczędzili nikogo, niezależnie od rasy czy płci. Nie oszczędzili też dzieci.

Czuł wstręt do tych, którzy krzywdzili dzieci. Wstręt z chęcią wymierzenia lewego prostego, bądź szybkiego pchnięcia nożem. W swojej wojskowej karierze sporo przeżył, generalnie - przeżył, czego nie można było powiedzieć o innych. Co prawda pancerze Szturmowców absorbowały strzał, topiąc się i pochłaniając strzały, ale dobra wiązka potrafiła zabić. Zabiła wielu. Jako Szturmowiec, zarówno w macierzystym batalionie, służąc w kompanii specjalnej i w końcu jako Storm Commando, robił wiele - często brudnych - rzeczy. Od czasu operacji specjalnych w Korpusie, wykonywał rajdy, tropił, wystrzeliwał do nogi przeciwników Imperium. Były zadania, które polegały na zlikwidowaniu jednego celu. Czasami po tropieniu, z bliska, jednym strzałem blastera. Wykonywał brudną, ale potrzebną robotę. Do tego był szkolony.
Niestety nikt nie wyszkolił go do dzisiejszego dnia.
Nie było chwały, nie było aprobujących spojrzeń. Jedynie coś niezwykłego - GV-3921 zdjął swój hełm, co nie zdarzało się zbyt często. Westchnął przeciągle i przeczesał swoje krótkie włosy, by oprzeć głowę o ścianę kanonierki. Nim weszli w górne warstwy stratosfery, echa wybuchu dotarły do komandosów.

****

Wylądowali w hangarze, gdzie czekał na nich komandor Artas. Bez słowa przekazali więźnia. Poczekali, aż komandor powie swoje. Gveir potrafił go zrozumieć, jakoś, w pewien sposób. Przekazano mu komandosów, w trybie nagłym i wydano krótkie polecenie. Tylko tyle. GV-3921 był niemal pewien, że to było pierwsze dla komandora Artasa spotkanie z Storm Commando.
Mieli dwa dni odpoczynku, by znowu wrócić do zadań. Gdy rozchodzili się, zrównał się na chwilę z Luciusem i rzucił jedno zdanie.
- Dzięki za wsparcie, spisałeś się. Porucznik ma dobrego człowieka, choć do komandosa daleko Ci brakuje. Jesteś zbyt Szturmowcem, ale cholernie dobrym. Uważaj na siebie i spokojnej służby.- kończąc przyśpieszył, by zrównać się z swoimi ludźmi.


***

Każdy odreagował to na swój sposób. Niemal wszyscy, nie zrzucając z siebie pancerzy, ruszyli do symulatora. Gdzie trenowali, zarówno razem z sierżantem, jak i pod jego okiem różne warianty. Do wyczerpania, niemal do porzygu. Gdy skończyli, zorientowali się, iż w symulatorze tkwili od dobrych 3 godziny. Dopiero wtedy zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, dopadło ich z zdwojoną siłą. Rozeszli się do swoich kajut, które rozmieszczone były obok siebie.
Neya odreagowała wszystko długą drzemką, której potrzebowała.
Codex oraz Guru zdobyli alkohol z kontrabandy, który rozparcelowali do swoich gardeł. W swoim towarzystwie, by finalnie zasnąć snem strudzonego żołnierza.
Hex. Jego, Gveir, spotkał na siłowni. Kapral, zastępca i jednocześnie przyjaciel sierżanta, ćwiczył na przyrządach. Kopnięcia, ciosy - wszystko to przyjmowało urządzenie.

Bez słów, dwójka podoficerów, starła się w krótkim sparingu. Bez zwycięscy, z kilkoma siniakami, rozbitą wargą i łukiem brwiowym. Hex był trochę wyższy, ale znacznie szczuplejszy, co wykorzystywał w szybkości. Gveir jako niższy, ale bardziej masywny, nadrabiał siłą. Walczyli w ciszy, bez słów, sami. Odreagowując. Poobijani wrócili do siebie.
Nawet wygrane bilety z obstawianych wyścigów nie poprawiły jego humoru. 90% wygranej przelał na tajne konto, odpowiednio je szyfrując i przepuszczając przez inne kanały, a resztkę przeznaczył na kolejny bilet. Nawet nie miał ochoty śledzić trendów, toteż wybór padł na jego faworyta, w założeniu, iż wygra kolejny wyścig.
Zmył z siebie trud, ale sen nie przychodził. Długo leżał na koi, gapiąc się w sufit. Dopiero zdjęcie rudowłosej ukoiło jego nerwy. Zasnął w sekundę, snem starego weterana zmęczonego życiem.

**
Awatar użytkownika
Gveir
Gracz
 
Posty: 95
Rejestracja: 7 Kwi 2018, o 14:10

Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Serith Tallav » 26 Lis 2018, o 17:12

Ponowny bieg pomiędzy klatkami był jeszcze gorszy niż zobaczenie tego pierwszy raz, wtedy nie było się na to gotowy, a teraz gdy Lucius wiedział, że będzie musiał znowu mijać cele z dziećmi, emocje w nim wrzały. Każda mijane dziecko było dla niego kolejnym powodem, żeby obrócić się i przypierdolić temu skurwielowi, który to zrobił... Każdy odgłos piskliwych, płaczących dzieci... Nie obchodziło go teraz, że były mocowładne... Spiął się w sobie i po prostu zaciskając zęby w gniewie wybiegł razem z oddziałem z tego budynku.
W kanonierce siedział jak najdalej od profesora, chociaż tak bardzo chciał go zabić, tak bardzo jak nikogo bardziej w życiu, nawet tych którzy kiedyś pozbawili życia jego brata. Po mimo zwycięstwa to tak naprawdę nie było żadne zwycięstwo, to nie była ta wygrana, która powodowała poczucie wykonania dobrej roboty, samozadowolenia, nie... To nie to, nie dzisiaj... Usłyszał tylko jak za kanonierką mięli się z bombowcami, w tej chwili ściągnął hełm ze swojej głowy kładąc go na kolanach i spojrzał do góry, w sufit pojazdu i czekał. Usłyszał huk wybuchu, a kątem oka czerwoną kulą ognia, znowu ta kula ognia, ciężko wzdychnął i spojrzał w podłogę maszyny. Nie miał ochoty wyglądać zza szybę kanonierki, po co? Tylko więcej śmierci...

***



Wylądowali na ISD "Nova". Przesuwał się do przodu, a kolejne grodzia otwierały się przed nim, nie miał ochoty nawet się odzywać do kogokolwiek. Oddali profesora w ręce załogi okrętu. Ustawił się w szeregu razem z nimi, Komandor przekazywał im jakieś słowa, ale on ich nawet nie słyszał, był pogrążony w myślach, musieli zostawić te dzieci, były mocowładne, były zagrożeniem dla obywateli Imperium, ale nadal były dziećmi i to w tym wszystkim było najgorsze, niewinnymi istotami, które los skazał na to cholerne połączenie z tą całą mocą. Przez jego głowę przechodziły myśli skierowane w jedną stronę, a co jeśli on by się urodził z tym połączeniem, kim by teraz był? Nie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie. Po odprawie ruszył, miał tylko jedno miejsce gdzie mógł odreagować, jedno jedyne, jego przyjaciele, jego oddział, oni go zrozumieją. Jeszcze po drodze złapał go Gveir. Może to były jakieś słowa, pozytywne słowa, ale nie na teraz.
- Dziękuje, sir. Tobie też spokojnej służby. - odpowiedział mu ciężkim, zmęczonym głosem i poszedł dalej kierując się do skrzydła szpitalnego.

***



Serith siedział na łóżku w towarzystwie dziewczyn i rozmawiali, rozmawiali o wszystkim. Pomogły mu wcześniej ponownie położyć się na łożu, a lekarz tylko przykazał mu, żeby nawet nie próbował tego ponownie, jest jeszcze słaby. Był tam pokaleczony, pobliźniony, poraniony. Zobaczył go wtedy, Luciusa na sekundę się uśmiechnął, miło było widzieć go w jednym kawałku, ale momentalnie jego uśmiech zniknął wszystko było jeszcze świeże jego psychika potrzebowała dłuższego odpoczynku, ciało nie było w pełni sprawne.
- Cześć - rzucił Lucius wchodząc do pokoju. Momentalnie dziewczyny obróciły się w jego stronę i podeszły go uściskać. Maral odwzajemnił to i podszedł bliżej do łóżka na którym leżał Tallav i usiadł przy nim.
- Dobrze cię widzieć wśród żywych Serith - rzucił do porucznika, pozwolił sobie na luźniejsze podejście.
- Ciebie też dobrze widzieć w jednym kawałku. - momentalnie mu odpowiedział - Jak tam? - w sumie sam nie wiedział od czego zacząć, rzucił mu najprostsze pytanie jakie mógł.
- Dorwałem go... - rzucił do nich, momentalnie przykuwając uwagę reszty. - Dorwałem go jest tutaj na okręcie, w celi. Gdyby nie ludzie z Javelna skuł bym mu mordę. - powiedział zgodnie z prawdę. - Nawet nie wiecie co tam się działo, skurwysyn porywał dzieci, które były mocowładne... Wyłapywał ich w tych komisjach, a potem nasyłał gangusów. - było mu ciężko o tym mówić, ale chciał to wyrzucić z siebie. - Trzymał ich w klatkach, wychudzone, brudne, we własnych szczynach i gównie - zaszkliły mu się oczy. - Dostrzegłem tam nawet tą dziewczynkę, którą widzieliśmy na komisji... Jak do niego dopadłem to myślałem, że rozkwaszę mu mordę o posadzkę, jakby nie ludzie Gveira. - zatrzymał się, a widać było, że głos mu się nieco łamał, a po jego policzku zaczęła spływać łza - ... a potem bombowce i... - momentalnie zamilkł.
- Bracie, jesteś wśród swoich. Domyślam się co czujesz, nawet nie wiesz jak ja się wkurwiłem jak się o tym wszystkim dowiedziałem. Sam zasłoniłem go od tego droida. - powiedział Serith spuszczając wzrok na kołdrę, gdyby tylko wiedział, że to on za tym wszystkim stoi i co wyprawiał z dziećmi. Nachylił się do niego kładąc swoją dłoń na jego bark.
- Chciałem ci podziękować, gdyby nie ty prawdopodobnie bym już nie żył, uratowałeś mnie... Uratowałeś nas wszystkich. - dziewczyny tylko kiwnęły mu głową na potwierdzenie jego słów i ponownie przytuliły się do niego.
- Te obrazy będą ze mną do końca życia... - dodał Lucius uśmiechnął się sztucznie, jakby ironicznie do całej tej sytuacji, nie miał powodu do świętowania zwycięstwa.
- Wiem, ale razem damy radę - odpowiedział mu Tallav.
- Jesteśmy jakby rodziną. - dodała Naya.
- Wspieramy się, zawsze. - dopowiedziała Elayne
W głowie Seritha momentalnie znalazła się myśl na temat Annora, przy tym całym sentymencie. Nie mógł zapomnieć o nim, z chęcią by chciał zobaczyć co u niego na najbliższej przepustce, chciał odwiedzić rodzinę, dawno tam nie był, może przedstawić im swoją kobietę, no i oczywiście poddać się leczeniu.
Minęło kilka godzin, siedzieli tam rozmawiali, pocieszali się, podtrzymywali na duchu, byli związani więziami jakich nigdzie nie można było szukać. Byli braćmi i siostrami broni, przyjaciółmi powiązany więzami, które nie można już było zerwać, byli ich wybraną rodziną, to było coś co dawało im siłę do dalszej walki, do dalszej służby nie ważne jak była ciężka, robili to bo chcieli. Wspominali dawne czasy, jakieś zabawne sytuacje, aby chociaż na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, na tą małą chwilę.
Było już późno, byli zmęczeni. Rozchodzili się, Lucius musiał wreszcie odpocząć po całej tej akcji, dziewczyny także. Mieli już wyjść z pokoju gdzie przebywał Tallav, ale ten tylko chwycił Elayne za dłoń, aby jeszcze na chwilę została. Lucius i Naya tylko się uśmiechnęli, na sekundę, widać chciał z nią jeszcze chwile pobyć i nie mieli zamiaru przeszkadzać w tym.
- Elayne mam prośbę, propozycję... - nabrał nieco więcej powietrza. - Zamieszkała byś ze mną, przynajmniej na najbliższą przepustkę, potrzebuje cię, dajesz mi kolejne siły do powrotu do zdrowia, lepiej bym się czuł jakbym zasypiał i budził widząc ciebie wtuloną we mnie... I po prostu chciałbym, abyś teraz jak najwięcej była ze mną, proszę. Kocham cię. - spojrzał na nią trzymając ją za rękę. Widać było po Elayne, że myśli, ale ostatecznie uśmiechneła się do niego, chyba się zgodziła...
Image
GG: 8731310
Klik!
Awatar użytkownika
Serith Tallav
Mistrz Gry
 
Posty: 153
Rejestracja: 17 Lip 2017, o 22:43
Miejscowość: Rzeszów


Re: [Hosnian Prime] Strach tkwi w oku patrzącego...

Postprzez Opliko » 9 Gru 2018, o 21:38

Udało... się? Opliko nie był pewien, czy to uznać za sukces.
Tak, zniszczyli kolejne siedlisko zła wewnątrz Imperium. Pojmali osobę odpowiedzialną za wszystko tutaj i wszystko to będzie wyglądało świetnie w raportach...
Ale jednak zostawili dzieci za sobą. Zostawili je w budynku, który później zbombardowali.
Chiss miał wrażenie, że powinien się czuć z tym okropnie. Powinien uznać to za zupełną porażkę. Zadaniem służb Imperium nie było przecież pozbywanie się jego wrogów, a chronienie obywateli. Wrogowie Imperium byli po prostu jednym ze źródeł zagrożeń.
Teraz jednak nie dali rady ich ochronić. Nawet nie próbowali...

Ale czy Opliko mógł za to kogokolwiek winić? Komandosi ryzykowali by nie tylko własne życie, ale nawet powodzenie zadania, by zabrać stamtąd te dzieci... A teraz, to zadanie mogło być ważniejsze.
Nie, nie dlatego, że Shito był wrogiem Imperium. A dlatego, że dzięki temu mogą następnym razem ratować, a nie niszczyć.
Nikt - a przynajmniej nie Opliko - nie spodziewał się, że badania na mocowładnych dzieciach prowadzone były nie tylko na Naboo. A jednak, na Hosnian Prime działo się dokładnie to samo. W samym centrum Imperium zdrajcy prowadzili nieludzkie eksperymenty niezauważeni aż do teraz. W obu przypadkach stał za sprawą ktoś wysoko postawiony w Imperium - poprzednio komendant policji, a teraz naukowiec pracujący dla Inkwizycji.
Naiwnie było wierzyć, że to koniec. Że dwie placówki to wszystko.
Gdzieś tam, w Galaktyce, istniało pewnie jeszcze więcej miejsc w których niewinne niczego dzieci są torturowane dla jakiejś skrzywionej wizji nauki. Było więcej takich jak Shito. Było więcej całego tego bałaganu.
W obliczu tego, strata tej grupki dzieci mogła nie być porażką. Teraz Inkwizycja wie, że coś się dzieje i może próbować działać.
Następna grupa może zostać ocalona. Być może kolejne takie próby zostaną zatrzymane nawet zanim zbiorą ofiary. Zanim te dzieci zostaną doprowadzone do takiego stanu.

Chyba nie ma więc co płakać nad rozlanym niebieskim mlekiem – to był sukces, nawet jeśli przypłacony wielką ofiarą. W końcu jeśli przegrana bitwa prowadzi do zwycięstwa w wojnie, to czy naprawdę była przegrana?

***

Kiedy więc Chiss dotarł na ISD Nova, nie był wściekły na siebie. Nie użalał się. Nie szukał winnych w załodze okrętu, albo komandosach. Nawet jeśli nie można powiedzieć, by był specjalnie wesoły, nie wyglądał jakby był w żałobie i myślał tylko o tym co się stało.
Zamierzał po prostu odpocząć i czekać na rozkazy. Obie rzeczy jednak się nie udały, gdy szturmowiec wręczył mu je zanim nawet dotarł do kajuty…
Imperium wzywało, on odpowiadał. Dobrze w sumie, że został zatrzymany w hangarze, a nie przy kajucie, bo miał teraz krótką drogę do swojego statku.
Po odczekaniu chwili aż rampa wejściowa się opuści, Opliko wszedł na pokład swojego Shooting Stara. Kilka dotknięć klawiatury numerycznej i drzwi stanęły otworem. Wprowadzając kolejne krótkie hasło dostał się do kabiny pilota, gdzie zostało mu tylko wpisać ostatni, już alfanumeryczny kod i podłączyć cylinder kodowy, będący wygodniejszą alternatywą dla jego długich haseł.
- Slice – powiedział do wbudowanego w statek droida, S1-C3 – przygotuj nas do lotu na Coruscant. Znowu nas gdzieś przenoszą.
Gdy tylko droid zabrał się do roboty, Opliko włożył dysk z danymi w odpowiedni czytnik i zaczął przeglądać zawartość. Może to odpowie na jego pytania…
Do tego im szybciej to załatwi, tym więcej czasu na odpoczynek będzie miał w trakcie lotu. A to zawsze plus.
Przepraszam, że tak długo to zajęło... Przynajmniej tym razem nikogo nie spowalniałem :P
Image
Ilość eksplozji przetrwanych przez postać:
Ilość przetrwanych rzutów o ścianę:
Ilość zdrad:
Discord: opliko#3114
Awatar użytkownika
Opliko
Gracz
 
Posty: 242
Rejestracja: 22 Cze 2016, o 13:59


Poprzednia

Wróć do Archiwum