Content

Przestrzeń Huttów

[Gamorra] - Gambit Knurów

Image

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 27 Sty 2018, o 20:31

Każdy, ale to każdy przemierzony krok nawet w przeciwnym kierunku zbliżał go do Nurry. Wiedział, że gdzieś tam jest. Że żyje. Czasem wydawało mu się, że słyszy jej głos. Podszepty niesione szelestem ocierających się zarośli o ciało. Rozdeptywane gałązki obumarłej roślinności imitowały kwiki tej specyficznej mowy. Gdy tak szedł zamyślony, potykał się o wystające korzenie. Rzeczywistość wyrywała go brutalnie z objęć swej żony. Smyrała go po bokach delikatnymi podmuchami powietrza. Czas płynął tak, jakby leżał obrócony plecami do niej, czując jej ciepło. Sporadycznej obecności tej drugiej, zaawansowanej wiekowo kobiety początkowo nie zauważał. Gdzieś głęboko w podświadomości się chowała. Dopuszczając ją do krążących beztrosko myśli miał wrażenie, że idzie kilkanaście kroków za całą grupą. Ledwie na granicy słyszalności spiczastego ucha. Za każdym razem gdy się obrócił, jej tam nie było, choć czuł się tak, jakby jej wzrok utkwiony był w jego plecy. Próbował w myślach pytać Nurrę gdzie jest, a Jainę o to, czego od niego oczekuje, lecz odpowiedzi nie usłyszał. Wracał do intensywnej zielono-brązowej kolorystyki otoczenia podsuwanej mu przez szeroko otwarte oko.

Jakim to musiał być ignorantem zapijając czas i fundusze na piaszczystym zadupiu zwanym Tatooine. Ile życia stracił w sumie nie robiąc nic ponad to, co umiał i lubił. Pić, pierdylić, przypierdylić. Brakowało jedynie "nie żałować". Teraz żałował każdej chwili przesiedzianej w różnych kantynach. Każda taka spelunka oferowała mu więzienie w postaci celi na spękanej powierzchni tej skorupy. Widoki jakie oferował mu wszechświat, mocno uderzały w móżdżek. Wystarczyło iść przed siebie i podziwiać drobinki kurzu miotające się tak jak chmara owadów, uderzana pojedynczymi promieniami światła. Chciał nawet krzyknąć - Żyć się chce! Dlatego też, że miał wreszcie cel. Nie spocznie, dopóki nie dopnie swego. Przerośnięte jaszczurki widywane coraz częściej i zapach mułu nie był w stanie zagrodzić mu drogi.

Jedynie ciemność powstrzymała Gweeka przed wkroczeniem do wnętrza jaskini, przed którą się zatrzymali. - HOP HOP, Hop Hop, hop hop. - na zawołanie odpowiedziało jedynie echo, powtarzając kilkukrotnie głos. Głucho, cicho, ciemno. Dlatego też nie chcieli podróżować w nocy. Bez pochodni lub sztucznego światła nie widzieli za dużo, ani sami nie byli aż nazbyt widoczni w panujących mrokach zapomnianej krainy. Wyciągnąć zza pasa nie mógł żadnego źródła jasności, bo nie miał takowego. Ale, ale... obudził swego towarzysza z uśpienia. "Oczko" uwolnione z sakwy, wzbiło się nad głowy czwórki gamorrean.
- Masz zamiar tam wejść?
- Muszę sprawdzić, inaczej bym sobie tego nie darował.
- odpowiedział zapytany przez Utopca. Jeśli tu byli to muszą być jakieś chociażby ślady. Resztki czy inne pozostawione znaki obecności czy przemarszu.
- Oczko wypuścimy nieco z przodu. Sami poszukamy jakichś śladów. Otto?
- Co znowu? - Coś dużego może żyć lub czaić się we wnętrzu tej groty? Na przykład smok krayt?
- sądząc po wielkości szczeliny w skale i wielkości wnętrza jaskini, mogła ona pomieścić groźnego zwierza. Na jednego takiego nawet zapolował, ledwo uchodząc z życiem. Z tego co pamiętał, on czyli Gweek, jeden jedyny mógł powiedzieć, że widział legendarnego krayta i uszedł z życiem przed gniewem rozzłoszczonej bestii. Dwójka towarzyszy zginęła pod rozpędzonym ostrzem Pitoogga haniebną śmiercią zdrajców. I złodziei.

Ze zmajstrowaniem pochodni kłopotu raczej nie będzie. Knot mogli zrobić z kawałka liny lub ubrania owiniętego wokół gałęzi czy grubszego korzenia. Podpalić też by się to dało, ale wątpliwa była jakość i długość utworzonego płomienia. Zresztą nie potrzebowali wiele czasu na szybki rekonesans pieczary.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 28 Sty 2018, o 11:45

Palpoo
Ewocka głowa wysunęła się z krzaków pierwsza a zaraz za nią i trochę podnad pokazały się głowy Ashery i Mike.
- Wygląda... Inaczej- mruknęła dziewczyna obserwując miejsce, które miało być "Domem Pendraków".
- Inaczej... To dobre słowo. - Dodał Mike - a poza tym nikogo chyba w pobliżu nie ma.
- Nie, kurwa jasna wy czarne krzywe ryje, jest za cicho. - "Powiedział" mechanicznie wokabulator przekładając kląskającą ewocką mowę.
Ashera i Mike spojrzeli po sobie; ciągle nie wiedzieli czy ewok ich obraża specjalnie czy winą za sążniste wulgaryzmy powinni raczej obarczyć wysłużoną obrożę-tłumacza.
W rzeczywistości było tak cicho, że wyczulony słuch Palpaa rejestrował szum skrzydeł Toydorian i cięższy oddech Ortogga ukrywających sie głębiej w dżungli za ich plecami. W otaczającej ich scenerii brakowało odgłosów nocnego życia. Żaden zwierz nie nawoływał do księżycowej poświaty. Wiatr nie poruszał gałęzi drzew a liście nie szeptały do siebie. Było dziwnie. Bagiennie

Dom Pędraków było miejscem gdzie można było znaleźć najlepsze i najtłustsze larwy. Jak mówił Ortogg: zbierało się je jak jagody.
- Można było zbierać do kosza, do torby albo wprost do pyska. Przednia zabawa. A kto wyciągnął najdłuższego larwa ten był larwowym królem. Jedyne co trzeba było uważć to, żeby Cię nie wciągło. Dom Pędraków jest niby miska z kleikiem. Ściany ma twarde ale na dnie może Cię chycić za nogi i już nie wypuści. Dom Cię pochłonie i z Ciebie wyrosną potem nowe pędraki.
Nie tego się spodziewali. Wlepiając swój wzrok w bagienne opary i majączące gdzie niegdzie pojedyncze pnie drzew obrośnięte grzybami. Liczyli, że trafią na jakiś ukryty obóz. Jedno miejsce pełne wroga. Tymczasem miejsce było rozległe, jakby wymarłe, a po przeciwniku nie było najmniejszego śladu. Przywodziło na myśl pozostałości po szerokim kraterze obrośniętym na wpół zmruszałymi drzewami i krzewami lubującymi się w podmokłym terenie. Całość przyzdobiona była wysokimi bagiennymi trawami wśród której z łatwością mógł skryć się przeciwnik lub jakiś drapieżnik.

Gweek
Utto stwierdził, że w miejscu takim jak ta jaskinia - zwłaszcza przy brzegu rzeki - mogło mieszkać mnóstwo stworzeń lubujących się w zjadaniu gamorreańskiego mięsa.
- Szefie Gweek, tam może być nawet takie gówno z grzyba, że Cie uśpi zarodnikami jak ruszysz. A potem Cię weźmie strawi. Jaszczury przy tym to są niczym pupile udomowione. Ale ta jaskinia konkretna nie śmierdzi grzybami... - powiedział węsząc szerokimi nozdrzami w pobliżu wejścia do jaskini. - Jest tam całkiem sucho. Można wejść... ale trzeba pójść ostrożnie. Z bronią. Na wszelki wypadek.

***

Broni użyli tylko raz. Gweek rozpołowił jednego z jaszczurów, kiedy ten pojawił się koło nogi wodza. Uśmiercenie sześcionogiego gada być może nie było konieczne, ale pojawił się obok Gweeka tak szybko, że zaskoczył męża Nurry a ten zareagował instynktownie.
Dopiero po kilkunastu metrach wchodzenia w głąb jaskini trafili na większą komorę i od razu pełno gamorrean. Wszyscy byli wymęczeni i widać było, że wielu z nich męczy choroba, niedożywienie. Byli słabi.
- Grzybnia... Musimy ich stąd wynieść. - Rzucił Utto.
Mniej więcej w tym momencie Gweek spojrzał na jedyną gamorreańską matronę w tej grupie. Była to Kofburg. Żyła i przytomnym - choć wymęczonym wzrokiem - wpatrywała się w Niego.
- Jesteś...
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 3 Lut 2018, o 13:27

Światło rzucało lekką poświatę blasku, odkrywając jedynie kilka metrów kamienistego podłoża dookoła nikłego płomienia. Jedynego, jakie udało im się sklecić z grubszego korzenia i kawałka szmaty. Druga ręką Gweeka mocno zaciskała się na drzewcu broni. Po parunastu krokach zrobionych we wnętrzu ciemnego korytarza wódz mało się nie zesrał ze strachu, gdy coś otarło mu się o nogę. Bezlitosnymi ciosami tłukł raz za razem, martwe już po pierwszym ciosie truchło ścierwojada. Sytuacja nieco się rozładowała, gdy reszta parsknęła śmiechem. Jak to mówią na Tatooine " Piaski gorące są tylko z wierzchu".

Rozszerzenie się korytarza przygniotło ciemnością dymiące się kawałki materiału. Rozmyte światło na zbyt dużej powierzchni dawało o sobie znać w postaci konturów i zarysów oddalonych o kilka metrów ciał. Było ich tak wiele. Obraz nędzy i rozpaczy zatrzymał w miejscu czterech wędrowców. Na dość ograniczonej, oświetlonej przestrzeni przed sobą dostrzegł "Ją" wśród innych, leżących nieruchomo gamorrean. Mówiła do niego, ale nie był to głos Nurry. Umęczona i ledwie żywa wpatrywała się w niego z nadzieją. Mógł jej okazać się światełkiem w jaskini lub tylko kolejną halucynacją.

- Grzybnia... Musimy ich stąd wynieść.
- Zbierz go na zewnątrz i rozpali ogień.
- Ale z czego? Przecież nic tam nie ma...
- podniesionym głosem i nie podlegającym dyskusji wydał dyspozycję Uttowi. Wskazał ręką najbliżej leżącego z klanbraci.
- A wy co? Sparaliżowani ze strachu? Ostrożnie wynoście wszystkich na zewnątrz. Przydajcie się na coś wreszcie! - znowu był zły. Tak łatwo mu to przychodziło, ale gniew w tym momencie nie pomoże. Przytyk w kierunku Thurga zwanego Utopcem miał na celu zmobilizować go do działania, ale jego imiennik dostał opierdziel prawie zupełnie za nic. Czasem należało profilaktycznie zjebać podwładnych i zmusić do większej aktywności.
Gweek poczekał, aż trzech knurów przerzuci przez ramię, każdy po jednym, niemiłosiernie odchudzone ciała gamorrean. Wręczył im pochodnie, samemu idąc do mamroczącej Kofburg. Ostrożnie stawał stopy by nikogo nie nadepnąć.
- Nic nie mów. Proszę. - odpiął od pasa buklak i małymi łykami poił jedyną matronę w grupie. Podniósł ją na ręce i wraz z drugim kursem obu Thurgów wyszedł na zewnątrz. Ułożył Kofburg delikatnie na ziemię. Chodzący Utto niczym ślepiec bez celu , szukał bezskutecznie opału.
- Podpal to. - rzucił mu drewnianą rękojeść z ostrzem pod nogi. - Chłopcy oddajcie mu swoją broń. Jeśli długo nas nie będzie to wiesz co robić. - poczekał, aż obaj imiennicy oswobodzą swe ręce i ruszyli w głąb skalnej ściany. Chodzenie ze źródłem światła było mało opłacalne pod względem ergonomii. Po kilku kursach zmęczeni, odrzucili zbędny balast w postaci resztki zapasów, lin i buklakow oraz elementów zbroi. Ustawili kilka pochodni stworzonych z kawałka liny mocno nawiniętej na koniec rękojeści znalezionej broni. W tym czasie Utto, nie wiedząc w dalszym ciągu po co, rozpalał ognisko przed wejściem. Rozniecał płomienie z wszystkiego co mogło być palne. Kawałki skórzanych pancerzy, ubrania, mokre liście i kawałki korzeni względnie pozbawione ziemii. Gęsty, Siwy dym unosił wysoko ponad korony najwyższych drzew.

Wynoszeni nieszczęśnicy pojękiwali głośniej lub ciszej, powiększając improwizowane legowisko na zewnątrz. Niektórzy kaszleli lub wołali to Jeść to Pić. Wdychając świeże powietrze nieco odżywali, niektórym wracała przytomność i jasność umysłu. Resztki jedzenia rozeszły się w moment, podawane po okruchu z ręki do ręki. Pragnienie powiększającego się tłumu było naprawdę wielkie. Gweek znał to uczucie, aż za dobrze. Ileż to razy z bolącą głową, odwodniony i z kapciem w gębie musiał wytrwać na warcie cały dzień i w dodatku narażony na bliźniacze słońca Zewnętrznych Rubieży.
Umierać z pragnienia to tak naprawdę być na wielkim rauszu. Halucynacje w końcowej fazie życia są czymś więcej niż obraz widziany podwójnie, stawał się rzeczywistością nawet pomimo tego, że się o tym wiedziało.

Nie wszystkich uda się uratować. Część ciał na zawsze pozostanie pamiątką po tym pechowym zarządzeniem losu. Bezbolesny sen wywołany zarodnikami niósł zapewne wielką ulgę. Nie dziwota, że niektórzy nie będą chcieli opuścić narkotycznych wizji "grzybiego posłania". Gweek tak sobie pomyślał, że to mogła być dobra, spokojna śmierć pomimo ironi całej tej sytuacji i miejsca. Wielka ucieczka - jak można ją nazwać - dla cześci mieszkańców Wulkanu była tylko przedłużeniem cierpienia. Ich położenie wcale nie było lepsze niż te z jakiego nawiali. Tkwili dalej w ciągłym zagrożeniu utraty najcenniejszego daru jakim była spokojna egzystencja. Rozrzucone miejscami szczątki jasno sygnalizowały przedłużający się bankiet gadów, robactwa lub innego paskudztwa trawiącego materię organiczną górzystego mikroklimatu. Nie chciało się nawet myśleć o żyjątkach w niższych partiach kanionu, powstałego z ledwie płynącej śmierdziawki.

Wyniesienie czy ewakuacja klanu była dopiero początkiem. W pełni sprawnych było tylko czterech osobników i to właśnie na ich barkach spoczął ciężar przywrócenia choć części sił chorym.
- Jak my ich wszystkich wyżywimy? Nawet dla nas brakuje.
- Nie gadaj tyle, tylko idź po wodę. I nie zapomnij jej przegotować. Aaa i weź ze sobą Thurga.

Trzy sprawy wymagały dopilnowania. Pierwszą z nich i najważniejszą był trwały płomień i nim zająć miał się Utto. Bez niego kolejne nie miały większego sensu. Drugą w kolejności była woda. Mętna i śmierdząca ale zawsze mokra. Na deszcz się póki co nie zapowiadało, chociaż z pogodą na Gamorr bywało różnie. Natomiast trzecią zajmie się osobiście. Połączy przyjemne z pożytecznym i zapoluje na sześcionogie jaszczury.
Gweek zaczął od przytaszczenia z jaskini pierwszego, uśmierconego gada.
- Szefie, po coś taszczył to ścierwo? Bije od niego smród nie miłosierny.
- odezwał się przewodnik z wyrzutem i pretensjami.
- Opraw i usmaż, to przestanie cuchnąć. Zaraz naniosę Ci tego wincej. - zazwyczaj mięso padlinożerców nie pachnie najlepiej, ale to zawsze mięso. Po odpowiednim oporządzeniu może nawet jakoś smakować. Zdarzały się przypadki, że tkanki drapieżników są rarytasem dla koneserów kulinarnych sztuk. Choćby z dianogi można było zrobić dobrą herbatkę. Zresztą nic innego nie chciało się nawet pokazać w okolicy, więc polowanie na jaszczurki było jedynym rozwiązaniem.
Skutecznym wabikiem okazał się sam kawałek obdartej gadziej skóry lub oddzielone od mięsa kości. Sam zapach świeżej krwi wzbudzał zainteresowanie jaszczurów. Wylegiwały się one w nielicznych promieniach słońca, docierającego wgłąb wąwozu. Zahipnotyzowane łatwym kąskiem, same padały ofiarą, trafiane rzuconym w nie toporkiem.
Zapach z obozowiska unosił się nie najgorszy. Wytapiający się tłuszczyk rozbudzał kubeczki smakowe na końcu języka, aż ślinka ciekła. Kucharz widząc zbliżającego się Gweeka z kolejnym ochłapem mięsiwa, znów postanowił zaatakować. - Ty chyba oszalałeś! Chcesz nas wszystkich potruć? Toż to sama trucizna jest! Ja tego żarł nie będę! - My też nie szefie... - przytaknęła mu dwójka imienników i kilku innych wojowników podchwyciło temat.
- Jedliście to kiedyś? Chociaż próbowaliście? Nie? Ja też nie... ale zamierzam sprawdzić jak smakuje. - podszedłszy do ogniska, oderwał jedną z nóg od korpusu pieczeni. Poczekał chwilę aż ostygnie i wbił kły w soczysty kawał udka. Przeżuwając okazało się, że nie jest tak soczyste jakby się wydawało na początku. Twarde mięso i w dodatku żylaste. Długo przeżuwał, a smak nie był najlepszy. Śmierdziało mniej intensywnie pomimo obróbki termicznej. Muł w ustach, błoto czy kawałek podeszwy to najlepsze z określeń. Jeśli tak smakuje gówno, to dobrze, że nigdy nie miał okazji go spróbować. Pozostawało robienie dobrej miny do złej gry. Wiele oczu wpatrywało się w niego i nie mógł okazać słabości. Wzbierało mu się na wymioty, ale wytrzymał. I poszedł ubić kolejnego ścierwojada.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 6 Lut 2018, o 15:58

Zapach dymu i gwar rozmów przy ognisku niósł się po dżungli całkiem daleko i płoszył jaszczury. Gweek dostrzegał je przy brzegu wąwozu, słyszał ich warczenie i syczenie gdy pierzchały przed nim ze swoich kryjówek. Jednak żadnej nie udało mu się zaskoczyć i tym samym razić śmiertelnie ciosem topora. Musiał odejść dalej od swoich towarzyszy.
Dopiero za którymś z zakrętów rzeki, gdy pionowy słup dymu ich ogniska stał się ledwie widocznym śladem na niebie, a odgłosy jakie wydawała ich zaimprowizowana lecznica pod gołym niebem, przestały zakłócać ład i porządek w dżungli, Gweekowe łowy zaczęły układać się bo jego myśli.
Gdy miał już 6 jaszczurów przytroczonych za ogony do długiego kija dostrzegł nad wąwozem coś co go zaintrygowało. Most. I osadę po drugiej stronie rzeki.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 8 Lut 2018, o 18:33

Oddalając się beztrosko od ziomków, nawet nie zdawał sobie sprawy jak daleko uszedł przed odgłosami rozbudzonej hałastry. Niby to nic nowego, ale przyzwyczaił się wędrować lub przebywać w grupie większej niż jednoosobowa. Mocno zajęty i przejęty swoją nową rolą tymczasowego żywiciela stada polował zawzięcie na sześcionogie chwasty.
Rozglądając się za kolejnym żywym, choć niesmacznym kąskiem, dostrzegł most sznurowy przerzucony na drugą stronę formacji skalnej. Fenomen kilku długich, choć niekoniecznie grubych lin najeżonych w poprzek kawałkami drewna, stał się widokiem powszednim. Uwagę szybko zaabsorbowało kilka obiektów po drugiej stronie wąwozu. Dziwne uczucie targnęło wysokim ciałem humanoida. Rzadko kiedy miał okazję go doświadczać. Nie był to strach ani zdziwienie ani podstawowe rządze takie jak głód, pragnienie czy cielesna uciecha. Jedynie fascynacja. Ciekawość świata chwilowo wzięła górę nad zdroworozsądkowym myśleniem. Widok kilku prostych chat nie mógł aż tak przyciągać i przytłaczać świadomości lekko rozgarniętego przybysza.
Wpatrując się od dłuższej chwili w oddalone miejsce, poczuł to. Poczuł jak mocno wygięty kijaszek ciąży mu na ramieniu, pod wpływem ciężaru zdobyczy. Zachowa sobie tego badyla i to na pewno. Dowiąże kilka gałęzi i będzie poganiał niesfornych kompanów.

Instynkt wziął górę nad chęcią sprawdzenia tego, co jest po drugiej stronie wiszącej kładki. Cześć osobowości Gweeka odpowiadającą za przywództwo, pochwyciła serce i rozum na dobre. Momentalnie zdając sobie sprawę, że ktoś tam musiał mieszkać. Pytania retoryczne powodowały niemalże bieg wodza i wyrzuty sumienia. Jeśli nadal tam ktoś jest? Lub co gorsza, wyszedł z domostwa i czai się na nie przygotowanych uciekinierów? Nikt straży nie trzyma, a hałas niesie się daleko...

Zsapany wszedł między swoich i zdał krótką relację z tego, co widział. Nie chciał nikogo wystraszyć ani zmuszać do panicznej ucieczki. Wymarsz miał nastąpić dopiero rano. Dał tylko sugestię, że powinni być gotowi do drogi i wystawić jakieś straże. Zdolni do polowania mieli udać się uzbrojeni w drugą stronę i dalej polować, aż Gweek i trójka jego przybocznych nie wróci. Jeśli się nie pojawią do wieczora, mają udać się do Grzybiego Jeziora i ukrytych łodzi w okolicy wystającego w głąb wody cypla. Tam czekać na mieszaną grupę z ewokiem wśród nich.

Powrót i dotarcie po raz drugi w to samo miejsce był irytujący. Nic się tu nie zmieniło od momentu dostrzeżenia i pobieżnego przepatrzenia miejsca przeprawy na drugą stronę, może jedynie pora dnia. Słońce późnego popołudnia oświetlało osadę, śląc palące promienie na dachy wykonane ze strzechy i zeschłych liści. Ściany zabudowań wytrwale pochłaniały bombardowanie ultrafioletowe cząstek alfa i beta.
Konstrukcja mostu na pierwszy rzut oka wydawała się stabilna. Grube sznury poskręcane ze sobą z mniejszych pędów były niczym liny. Ich wrzeciona wykonane jakby z żywej liany specjalnie uchodowanej do tego celu. Pierwsze kroki pierwszego zwiadowcy po pierwszym odcinku niczego podejrzanego nie ujawniły. Kolejny śmiałek ruszył dopiero po pokonaniu czwartej części mostu. Problemy zaczęły się przy podmuchu wiatru i marszu trzech wojowników na moście. Dobrze, że nie szli jeden za drugim, bo mogli by pospadać przy mocniejszym podmuch. Groziło im też zjawisko rezonansu i zarwania grubych lin, choć o tym nie wiedzieli.
Gdy ostatni, to jest Utto zszedł z mostu, ruszyli żwawo w sam środek osady.
- Nie wyciągajcie broni. Chyba, że zaatakują pierwsi. - odezwał się półgłosem do towarzyszy i niexo głośniej, by usłyszano go w najbliższych chatach.
- Jest tu kto? Szukamy pomocy.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 10 Lut 2018, o 15:24

- Cycki, dupa, futra kupa.
- Co?
- W dupe se pójdziecie, teraz trzeba zbadać drogę bo się nam knury potopią w gównie.
- Fakt, Ghurk i Ortogg moga mieć małe problemy.
- My nie mieć problemów -
Gammoreanin podrapał się po szczeciniastym łbie. - my zrobić im problem jak ich znaleźć
Pyszczek ewoka miał zbyt ograniczoną mimikę by wyrazić to co czuł teraz jego właściciel. Tłumacz również miał problemy z przetłumaczeniem pisków Ewoka.
- Zatem, wasza emanacjo odchodów wymieszanych z błotem z pastwiska kóz chorych na dolegliwości żołądkowe. Nie uznałeś za stosowne poinformować wszystkich, że Dom Pędraków to jest uprawiające bardzo brutalny seks bagno?
Nikt nie pytał.
Odparł z rozbrajającą szczerością stary Gammoreanin.
Tym razem tłumacz poradził sobie całkiem dobrze z dużą ilością słów uważanych powszechnie za obraźliwe pod kierunkiem Ortogga, jego rodziny i bliższych i dalszych krewnych.
- Albo się potopimy, albo nas wybiją.
- Nie wybiją nas dużo i dzielni, wystarczy znaleźć drogę do środka.
- A znasz drogę
- Aaaa no nie…


Palpoo tymczasem spuścił trochę pary i zaczął myśleć. Łażenie po bagnie wciąga, tą podstawową mądrość przekazali mu rodzice dawno temu. Gammoreanie zapewne mają jakieś wydeptane ścieżki którymi mogą w miarę bezpiecznie chodzić po bagnach. Problem w tym że ścieżki pewnie są trudne do wykrycia. Ewok spojrzał jeszcze raz na podmokły teren.
Tym razem najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie zwiad z powietrza. Trójka Toydorian mogła wyszukać z góry ewentualne przejścia i wydeptane szlaki. Problemem było ryzyko wykrycia. Nie mieli jednak wyboru. Kiedy nadejdą główne siły teren musi być rozpoznany w przeciwnym wypadku wojownicy zapłacą za to krwią.

Kilka minut później Dwójka Gammorean i para ludzi obserwowała oddalającą się czwórkę towarzyszy. Lato Tato i Pato lecieli nierówną tyralierą rozglądając się uważnie po okolicy i kryjąc za drzewami. Nieco niżej z kępy na kępę przeskakiwał ewok. Palpoo ostrożnie wybierał miejsce do stawiania łapek. Zdawał sobie sprawę, że jest zdecydowanie lżejszy od gammoreanina, jednak tam gdzie Knur mógł brodzić ledwie zamoczywszy sobie jajka, po ewoku zostały by tylko bańki na powierzchni. Byle dopaść do drzew, potem jakoś już sobie poradzi.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1601
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 11 Lut 2018, o 13:21

Gweek
- Wielki Wodzu... - odezwał się Utto idąc w ślad za Gweekiem. Właśnie weszli do osady a wszędzie panowała dziwna cisza; nawet udomowiony jaszczur pierzchnął gdzieś, kryjąc się za którymś z domów. - Wielki, jak byliśmy tu z Guttorem ostatnio, wtedy co odnaleźliśmy Twoich ziomków to ta osada była niezamieszkana. To takie tymczasowe schronienia myśliwych są. Pełno ich w okolicy...
Zatrzymali się przy studni. Cały czas nikt nie wyszedł im na spotkanie.
- ... Ale Ci co tu się wprowadzili...
W tym momencie z chaty zaczeły wychodzić gamorreanskie matrony. Wśród nich była jedna bardzo stara, wątła i ślepa. Wszystkie miały tatuaże klanowe na ramionach i twarzach. Nie miały broni. Gweek rozpoznał je od razu a Utto swoimi słowami potwierdził.
- ...są z klanu Obrogga.
Gweek zauważył coś jeszcze. Jedna z matron miała na sobie naszyjnik, który nosiła Nurra.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 13 Lut 2018, o 13:30

Aż dziw, że wcześniej nikt nie wyszedł im na spotkanie, wyskakując z pierwszej, najbliższej chaty. Musieli być bardzo widoczni z daleka, gdy przechodzili na otwartej przestrzeni, między ścianami wąwozu. Jeden po drugim. Gweek miał opory i pewne obawy związane z wysokością dzielącą go od dna, wyżłobionego strumieniem wody. Może był wielki wzwyż, choć całkiem mocno przyrósł stopami do ziemi. Nie dla niego są zabawy w linoskoczka-akrobatę. Nie ten gabaryt ma się rozumieć.

Przechodząc obok drewnianej konstrukcji o ścianach zbudowanych czy wręcz oblepionych z traw, liści i gliny, zmierzali do samego centrum osady liczącej aż pięć domostw. Pal wbity dawno i głęboko w ziemię, górował nad czterema postaciami, rzucając podłużny cień. Był pewnie jakimś zegarem solarnym, odmierzającym czas nadejścia wieczora lub zmroku. Wilgoć wyczuwalna od wydrążonej dziury w ziemi stwarzała warunki zdatne do rozrostu grzybów. Resztki płynów z kamionkowych naczyń dodatkowo mogły zwilżać okoliczną glebę.
Słuchając swojego przewodnika, zastanawiał się czy pełno tu chat czy polujących myśliwych. - Na jaszczury pewno nie polują, tak jak my. Ha ha ha. - zarechotał cicho z własnego, kiepskiego żartu. Słysząc, a później widząc to samo co on, reszta podobnych mu samców zesztywniała z wrażenia. Trzy prawice i jedna lewica od razu powędrowały w okolice pasa z zamiarem zaciśnięcia się na rękojeściach posiadanych broni. Tylko jedna z nich gotowa była dobyć ostrza i upierdolić łeb przy samej dupie zbliżającej się głowie wrogiego klanu. Krew aż kipiała pod skórą, ciśnienie walące mu do głowy, dało o sobie znać. Knur wyczuwał w zaciśniętej dłoni puls pracującego z niemałym wysiłkiem serca. Zaciskający się coraz mocniej, wręcz żelazny uścisk na drzewcu spowodował odpływ krwi z knykci dłoni. Szczęki imadła zacisnęły mu się na barku, uniemożliwiając dalszy ruch ręki. Drugie urządzenie stworzone z knurzych rąk unieruchomiło na dobre sapiącego i chrząkającego ze złości Gweeka. Nozdrza mu falowały w rytm zbliżania się matron. - Wodzu! Szefie, tak nie można! Będzie wstyd! I hańba! - próbowali przemówić mu do rozsądku i ostudzić zapędy. Jedno, jedyne oko wpatrywało się jak zahipnotyzowane w naszyjnik dyndający nad dekoltem największej z nich. Pewnie to locha podłego... padłego Gorgunka, równie wielka co on.

Od razu nie dało się dojrzeć ciepłego, ledwo tlącego się słupka dymu, wydobywającego się z dziury w środku stromego dachu. Fluktuacje powietrza były czymś normalnym, unosząc do góry gorące masy tlenu i azotu. Zbliżające się kobiety wyszły z największej chaty, rozsiewając miły zapach gotowanego wywaru, rozchodzącego się przyjemnie po okolicy. Szły one majestatycznie, najstarsza w środku. Podtrzymywana z obu stron pewnie przez swoje przyboczne, ślepo patrzyła przed siebie, oczami zaszłymi białą mgłą. Widząc obcych przybyszów, zaczęły między sobą chrumkać. Ramiona córki pomarszczonej staruchy były okryte skórą egzotycznego zwierza, uszy przyozdobione zmyślnymi kolczykami z kłów jakiejś tutejszej bestii, tak samo jak reszty. Największa z nich wykazywała pewne podobieństwo do swej mniejszej i starszej siostry. Prócz uszu miała lśniący złotem, metalowy ćwiek przebijający na wylot chrząstkę w nosie. Żadna z nich nie miała widocznej broni. Przyboczne kobiety miały wymiary wydawałoby się standardowe czyli 120 na 180 na 120, a każda z nich miała pokaźne argumenty w postaci dwóch jędrnych piersi, prócz najstarszej oczywiście.

Gweek spróbował się wyrwać z uścisku ale pierwsza jak i druga próba okazała się daremna. Tak samo jak łudzenie się, że nie zostali rozpoznani. Może i z daleka uszliby za obcych spoza planetu lub z bezimiennego klanu albo nawet jako wygnańców, choć w tych okolicznościach postawa zdradzała ich zamiary. Nie trzeba było już niczego ukrywać, jego porywcza natura wzięła górę nad spokojem i opanowaniem. Chciał działać pod wpływem impulsów spływających od ciała, a nie myśli kierowanych od głowy. Chrząkał głośno i świszczał, gniewnie wypuszczając powietrze między kłami. Chętnie rozprułby spasione cielska pięciu istot, kipiąc gniewem na wszystkie strony. Ale musiał czekać, aż się zbliżą wystarczająco blisko.
- Gdzie ona jest!?!? Gadajcie gdzie! Może wtedy ujdziecie z życiem! - wrzasnął bezosobowo do całej piątki. Niewątpliwie należały one do starszyzny klanowej, może nawet były samym łbem lub choćby ciałem doradczym całej społeczności. Kimś ważnym, kto wpadł przypadkiem w łapska opozycyjnej grupy. Mało go obchodziło w tej chwili kim były i jakie powinowactwo ich łączyło z Obroggami. Tatuaże identyczne jakie widywał nic mu nie mówiły jak i sam wygląd pań. Każda większa od Nurry, odcieniami skóry konkurując z jego ukochaną. Lica też miały niebrzydkie. Jakiś czas temu od razu dałby im kija do obrobienia.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 15 Lut 2018, o 14:23

Tajemniczy osobnicy zbliżali się i Mirax musiała przyznać, że robili bardzo groźne wrażenie. Z początku sądziła, że może byli to mieszkańcy tej niewielkiej osady, w końcu niemożliwe, by te kobiety mieszkały tu całkowicie same. Potem jednak stwierdziła, że było jednak coś mocno nie tak w tym wszystkim i już po chwili wiedziała, że ma przed oczami bardzo groźną sytuację. Sama siedziała przycupnięta za jedną z chat i nikt jej nie widział, za to ona wszystkich widziała doskonale. jej wzrok szczególnie wędrował w stronę jednego z Gamorrean, który wyróżniał się na tle innych w sposób szczególny. Dla niej zwłaszcza, ponieważ to właśnie on emanował w Mocy.
Nie rozumiała co oni mówią, nie znała języka Gamorrean, ale z tomu i zachowania zebranych wywnioskowała, że nie jest to przyjazna konwersacja, a przybyli wcale nie są tutejszymi mieszkańcami. Przez moment nawet obawiała się, że przybyli mężczyźni zaatakują te właściwie bezbronne kobiety, które w jej mniemaniu przecież niczemu nie zawiniły. Nie wiedziała co zrobić, ale wyjście z ukrycia było ryzykowne. Ona byłą jedna, a ich cała kupa i nawet z jej zdolnościami uszłaby z tego z życiem. Do tego ten jeden z knurów, ten z jednym okiem, ten, który wykazywał zdolności w Mocy... skąd mogła wiedzieć kim jest i na co go stać? Jak jego umiejętności równały się z jej?
Mimowolnie zacisnęła małą łapkę na cylindrze miecza świetlnego, ale zaraz nakazała sobie spokój. Nie rozumiała ich mowy i nie wiedziała co się dzieje. Musiała podejść do tego na spokojnie i zaczekać na dalszy rozwój wypadków. Oczywiście mogłaby spróbować po prostu odejść i nie mieszać się do zaistniałej sytuacji, która nie miała z nią nic wspólnego, ale czy była w stanie to zrobić? Wiele już miała na swoim sumieniu i nie była czy będzie w stanie stać spokojnie i patrzeć. Co miała jednak do stracenia? Jej cel nie był aż tak daleki, no i mimo tylu strat uznała, że poszukiwania tajemniczego klanu Nurry też jej nie zawadzą, a że była teraz sama i nie posiadała praktycznie żadnej wiedzy na temat tej planety, jej ustroju i mieszkańców, mogła się teraz czegoś dowiedzieć, przynajmniej z obserwacji. Kilka minut jej nie zbawi.
W pobliżu cały czas znajdował się też tamten gad. Miraz sobie z nim poradziła, nie zauważał jej, ale jak zareaguje na przybyszy? Rozegra się tutaj jatka? Miała nadzieje, że nie. Póki co siedziała w ukryciu nie wyściubiając mordki i kuląc długie uszy po sobie.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 579
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 18 Lut 2018, o 13:08

Gweek i Mirax

W południowym słońcu cała osada była zalana ciepłym i przyjemnym światłem. Kolory były żywe a cienie ostre i wyraźne. Z powietrza zniknął gnilny zapach rzeki a w zamian czuć było rozgrzaną wilgoć i woń dżungli, która była przyjemnie słodka i upajająca. Nawet jakiś nieznany nikomu stwór ukryty gdzieś w śród koron drzew rozpoczął swym melodyjnym i świergotliwym zawołaniem przyozdabiać scenę. "Zem- staaa, zem - staaaa"
- Gweek.
Jej głos. Usłyszał go naprawdę. Fizycznie. To był jej głos. Cichy i słaby... ale to była Nurra wiedział, że rozpoznał by ją nawet w tłumie podobnych jej Gamorreanek. Spojrzał w kierunku z której dobiegł jej głos. Stała w drzwiach jednej z chat i wyglądała na skrajnie wycieńczoną i wygłodzoną.
- Gweek. To naprawdę Ty... One.... - Wskazała ręką na grupę gamorreanek. - One zabiły... Zabiły we mnie Twojego syna. Gweek...

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry

Palpoo
Po początkowym zaskoczeniu zastanym widokiem grupa zwiadowców pod światłym przywództwem ewoka Palpoo - który naprawdę błyszczał instynktem i doświadczeniem fachowego łowcy - ruszyła ostrożnie naprzód. Zwiad z powietrza przeprowadzany wysiłkiem toydariańskich skrzydeł popłacał i całość grupy bardzo szybko nauczyła się rozróżniać to na, którą kępę trawy należało wejść by nie dać się wciągnąć. Jednak to, że śmigłostopy ewok czy lekkoskrzydli toydarianie, dawali sobie radę nie znaczyło jeszcze wcale, że Mike i Ashera - a już tym bardziej Ghurk i Ortogg - przejdą bez bez problemów.

Przepatrywanie terenu ciągnęło się niemiłosiernie. Za każdą kolejną kępą, kałużą, kamieniem i pasmem mgły czekało na nich dokładnie to samo. Tylko więcej. Zarówno Palpoo jak i Toydarianie byli coraz bardziej zmęczeni. Ewok coraz częściej moczył swoje futro gdy niedoskakiwał jak trzeba do kolejnego suchego miejsca a trójka braci coraz ciężej wznosiła się w powietrze; woleli iść za Palpoo i powtarzać jego ślady.
Po jakimś czasie, gdy szarość wstającego dnia, zaczęła dominować nad ciemnościami nocy a zmęczenie całonocną eskapadą wyciskało z ze zwiadowców ostatnie zapasy energii, ich oczom ukazała się wyspa. Nagle. Jakby w zmaterializowała się w jednej chwili. W porannej mgle, ze swoimi bezlistnymi drzewami, wydawała się być jakimś koszmarnym okrętem płynącym przez galaktyczne mgławice.
- Ej, to chyba to, co? - Powiedział Lato.
- Ej, chyba tak. - Dodał Pato.
- Ej, zobaczcie jaka wielka larwa. - Powiedział Tato podnosząc z ziemi wijącą się i wyjątkowo tłustą białą larwę.
Byli na miejscu. Stanęli w Domu Pędraków. Palpoo był pewny, że tak właśnie było, ale zupełnej pewności nabrał dopiero wtedy gdy na jednym skraju wyspy dostrzegł blask niewielkiego ogniska a i cienie rzucane na mgłę, które mogły należeć tylko do gamorrean.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 19 Lut 2018, o 21:01

Słuch jest zmysłem zawodnym. Nie raz oszukał Gweeka, zsyłając mu złudzenia tak realne, że niemal w nie uwierzył. Niczym przytrafiające mu się coraz częściej sny na jawie. Prawdziwe do bólu, jakby tam był i robił to, co widział i czuł. Może to wina uszkodzonej części głowy, że podsuwa fantomowe podszepty lub ciągnące się całkiem świadomie rozmowy z nierealnymi bytami pokroju Jainy. Jainy Solo, podszywającej się pod jego ukochaną. Nie dowierzając swojemu szczęściu, spojrzał w kierunku, z którego rozchodził się głos. Tak całkiem prawdziwy, że aż zaniemówił, widząc swą ukochaną.

Nadzieja iskrząca się od dłuższego czasu w jego sercu stężała, stając się namacalnym bytem. Ciągle rosła, i rosła, rozrywając wreszcie skrywające je ciało. Wzbijała się w górę, niczym rosnący wulkan przed wybuchem. Zatrząsł się cały, jak pękająca wokół ziemia. Nie było skali mogącej zmierzyć ilość mieszających się uczuć.

Słysząc swe imię, chciał odpowiedzieć, że wreszcie ją odnalazł. Słowa ugrzęzły mu w gardle, stając się kluchą, ściskającą gardło. Mózg szybciej rejestrował obrazy uzyskiwane z jednego oka niż z ucha. Przetwarzane dane wysyłały impuls do ciała. Centrum uwagi skupiła się na piątce gamorreańskich kobiet.

I przyszedł gniew. Złość tak wielka, że przysłoniła normalne pojmowanie rzeczywistości. Obrazy stały się szare i spowolnione. Nienawiść rozwijała swój sztandar, mocno wbijając w podatny grunt swe korzenie. Furia rozlewała swe wojska na polu bitwy, tocząc resztki sumienia trucizną. Serce Gweeka pękło na pół, bojąc tylko jedną jego częścią. Druga umarła bezpowrotnie, jak syn w łonie matki. Knur wziął głęboki wdech, napinając wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości. Skóra naciągnęła się mocno, ledwo wytrzymując napór mięśni pompowanych krwią. Na nic się zdał rosnący wysiłek obu Thurgów i pomagającego im Utta. Mogli jedynie przecierać oczy ze zdumienia i przerażenia jakie ich ogarnęło. To nie siła fizyczna spowodowała uwolnienie żywego pocisku, jakim stał się ich wódz.
- NIEEEE!!!!! - krzyk wdarł się im do głów, a skóra zjeżyła ze strachu. Sparaliżowane kończyny odskoczyły na boki, jak ściśnięte sprężyny. szu szu szu Lecący arg'garok Utta drżał ze strachu mikrodrganiami, przed ręką nim cisnącą. Największa z kobiet nie zdążyła podnieść rąk wystarczająco szybko przed lecącym przedmiotem. Ostrze gładko wbiło się jej między piersi, łamiąc mostek z głośnym trzaskiem. Gweek natomiast doskoczył do matrony po drugiej stronie. Ciosem znad głowy, obciął córce staruchy obie dłonie, na wysokości przedramion. Obojczyk pękł, nogi nie wytrzymały obciążenia i siły ciosu. Zwaliste ciało rozpłaszczyło się na ubitej glebie, tryskając krwią na boki. But wylądował na brzuchu przybocznej, próbującej się bronić. Najstarsza kobieta wywróciła się, tracąc punkt oparcia. Druga przyboczna nie miała tyle szczęścia. Cios za ciosem maltretował ciało, z którego dawno uleciało życie. Po trzecim strzale, osunęło się na podłoże. To nie był koniec rozczłonkowywania trupa, jedynie dalszy ciąg makabry w wykonaniu odurzonego gniewem berserkera.

Thurgowie otrząsający się z ogłuszenia, podbiegli do Nurry ledwo trzymającej się futryny. Nie mieli odwagi i nawet nie chcieli patrzeć na przedłużającą się scenę.

Gweek waląc na ślepo toporem, nagle usłyszał władczy głos. - Duś... - nie rozpoznawał właściciela dźwięku. Przeszukał pamięć, próbując zidentyfikować posiadacza głosu, a ręce dalej rąbały teraz już truchło gamorreanki. Obrócił łeb w bok, widząc drugą z przybocznych. Niewątpliwie następny cel bestialskiego ataku jakiego miał się dokonać. - Duś kurwę!
Pozostawił wbitą głęboko w tors broń. Teraz to nie był tylko władczy ton. Głos rozbrzmiewał jak rozkaz, który miał wykonać. Nie mógł mu się oprzeć, choć walczył z samym sobą, widząc zakrwawione dłonie aż po łokcie. - DUŚ!!!
I szedł w kierunku zwijającej się z bólu, leżącej kobiecie. Z oczywistym zamiarem zmiażdżenia jej gardła. Wyciśnie z niej życie co do ostatniej kropli.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 20 Lut 2018, o 20:47

Nie rozumiała niczego, co widziała przed swoimi oczami. Miała wrażenie, że przybyli nie byli zbyt pozytywnie nastawieni do kobiet, więc musieli być zewnątrz, ale to były tylko jej domysły, które zresztą szybko się potwierdziły. Przede wszystkim agresywne zachowanie świadczyło o czymś niepokojącym, a Mirax czuła przez Moc narastającą agresję i wściekłość. Wolała się nie wychylać, żeby nie oberwać, ale jak mogłaby zareagować w sytuacji kryzysowej? Bardzo szybko musiała się o tym przekonać.
Aura tego miejsca uległa gwałtownej zmianie. Na gorsze. Wyczuła to jeszcze zanim tamten Gamoreanin przystąpił do ataku. Ścisnęło ją w środku, a potem rozpętało się piekło.
Naraz przed oczami stanęły jej sceny z Taris i rzezi jaka się tam odbyła, a także znacznie bliższa czasowo rzeź szturmowców przed wrakiem kapsuły. Nie chciała nigdy więcej tego oglądać, a w tej chwili dostrzegła jak jeden z knurów ruszył do szaleńczego ataku i przy okazji zanotowała kilka rzeczy. Po pierwsze był w kompletnym szale - działał i nie myślał, czuła jego wściekłość i rozpacz, wręcz się z niego wylewały. Po drugie - był mocowładny, to nie ulegało wątpliwości, ale nie używał Mocy, musiał więc być niewyszkolony i nie wiedział jak to robić, mógł nawet nie mieć świadomości swojego potencjału, a to było bardzo groźne, doskonale o tym wiedziała bo sama była tego dobitnym przykładem. Po trzecie zauważyła, że jego towarzysze sami są kompletnie zdezorientowani zachowaniem dowódcy, a także wyraźnie przerażeni, nie była to więc normalna sytuacja.
A ona była sama. Ryk Gamoreanina zmroził jej krew, a jeszcze większe przerażenie poczuła widzą masakrę i to jak kolejne kobiety padają pod gradem ciosów i ataków nie mając najmniejszych szans na obronę. Sparaliżowało ją to, ale na krótko. Nie mogła stać i się przyglądać, ale nie mogła też ruszyć na szaleńca z toporem, bo zginęłaby jeszcze zanim by się do niego zbliżyła.
Szybkie rzucenie okiem wokół pokazało jej jedną z bliższych chat. Wiedziała, co zrobić, a przynajmniej miała zarys planu. Był mocowładny? Ona też. I co więcej potrafiła z tego skorzystać. Cokolwiek miało tu miejsce, cokolwiek się działo i cokolwiek wprawiło go w taką wściekłość mogło się źle skończyć, nie tylko dla tych kobiet, ale i dla wszystkich innych.
Pobiegła szybko do chaty u wskoczyła na jej dach. To dało jej odrobinę dystansu i szansę na to, że nie zginie zbyt szybko. Dostrzegła grupę Gamorrean przy innej z chat, gdy otoczyli inną kobietę - najprawdopodobniej przyczynę szału, ale to były spekulacje. Potem skupiła się na szaleńczym knurze, jednocześnie zatapiając się w Moc. Postanowiła zadziałać i to szybko, zanim padnie ostatnia z kobiet, a on się całkiem zatraci. Sięgnęła Mocą zatapiając się w nią, a następnie w sposób mocno fizyczny używając telekinezy odepchnęła knura od bezbronnej kobiety. Był to z jej strony atak nagły i z zaskoczenia, ale nie szczędziła przy tym sił - Gamoreanina odrzuciło w tył na kilka metrów, a ona sama zeskoczyła z chaty lądując przy przerażonej i rannej kobiecie.
Nie skończyła jednak swoich działań i gdy tylko jej łapy zetknęły się z ziemią, poprzez Moc sięgnęła do umysłu knura.
Uspokój się w tej chwili! Złość Cię zaślepia! - jej głos zagrzmiał, choć nie wypowiedziała ani jednego słowa na głos. To co ją przeraziło to ciemność jaka zbierała się wokół Gamorreanina. Nie wiedziała, jak ma na to zareagować, ale Mistrzyni, w ciele której się znajdowała zapewne wiedziałaby znacznie więcej, pewnie za tych lepszych dla Jedi czasów pomimo niepozornej postury musiała wywierać duże wrażenie. Mirax takiej charyzmy nie miała, ale nie zamierzała pozwolić na to, by ją to powstrzymało. Musiała wydobyć to doświadczenie, tę siłę i pewność siebie. I nie dać się zabić. Starała się sprawiać wrażenie pewnej siebie i silnej, choć niestety jej drobna postać na tle Gamorrean prezentowała się gorzej niż marnie.
W tej chwili przestań! Jesteś zaślepiony przez wściekłość, nawet twoi ludzie są przerażeni, ich też wybijesz? - dodała po chwili, wkładając w swoje słowa jak najwięcej mocy. - Dokonałeś zemsty czy bezsensownej rzezi?! Dlaczego jest w tobie tyle wściekłości i cierpienia?! To cie pochłonie!
Może to go zaskoczy? Może zaskoczy też i innych? Może przerwie swój atak? Na wszelki wypadek miała łapkę tuż przy mieczu świetlnym gotowa do odparcia ataku w każdej chwili. Była czujna i skupiona, a Moc przepływała przez nią strumieniem pozwalając na to, by dać się mu ponieść. Chciała ochronić kobietę i zakończyć tę bezsensowną rzeź. Ciała walały się wszędzie, tak jak i porąbane kończyny. Nawet jak na doświadczoną lekarkę, która widziała już wiele, taki widok nie był przyjemny. Inna ważna sprawa... właśnie niewielka istota o wielkich uszach powaliła kogoś dziesięć razy większego od siebie, nawet go nie dotykając... to chyba działało na wyobraźnię. Ryzykowała sporo, ale stać i patrzeć nie zamierzała. Dlatego zamierzała pomóc kobiecie i sprawdzić jej stan.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 579
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 22 Lut 2018, o 00:04

Zmarzły mu jaja. Był mokry, śmierdział grzybem i zdecydowanie przekroczył dopuszczalny dla ewoków poziom wkurwienia. Cały misterny plan w pizdu. Bo jeden kretyn z drugim nie mógł powiedzieć, że Dom Pędraków to pieprzona forteca na bagnach. Palpoo widział tylko jedną możliwość zdobycia wyspy. I bardzo ale to bardzo mu się ona nie podobała. Zagryzł pędrakiem, faktycznie były wyborne. Trzech bzyczących blastelierów nawpierdzielało się tak że ledwie mogli latać słońce już wstawało i najwyższy był czas by wracać do reszty grupy. Policzyli na ile mogli siły przeciwników i zabrali dupska w troki wracając do miejsca w którym pozostawili towarzyszy.

- Przejebane zdecydowanie, wyspa na bagnach to świetne miejsce do obrony. Przebić się nawet przez kilku obrońców będzie kurewsko ciężko.
Mike potarł brodę, zaczynała już drapać a to nie pomagało mu w myśleniu. Ashera raczej smętnie wpatrywała się w nabazgrane przez Ewoka niekształtne kółko.
- My silni, możemy im wpierdolić.
- Każdemu można wpierdolić Ghurk, nam też. Te spasione pendrakami wieprze mają tam raj na bagnach.
- to co możemy wracać do obozu?
- Nie, trza coś wymyślić zanim przyjdzie Guttor i zacznie szarżować.
- Oszukamy ich.
- Co kurwa?!
- Oszukamy ich.

Powtórzyła czarnoskóra wojowniczka. Delikatnie przechyliła głowę spoglądając na Ewoka z góry. kijem dźgnęła wyspę w skazując na kolejne kierunki i tłumacząc swój plan.

-Zaatakują ich gammoreanie więc przed Gammoreanami będą się bronić. Z pewnością wiedzą którędy nie da się dostać na wyspę. Nie spodziewają się was
Wskazała dłonią na Ewoka i trzech lataczy zajętych opierdalaniem się. Udział w dyskusjach strategicznych przerastał możliwości intelektualne Tato i Pato, zaś Lato miał zwyczajnie wywalone. Jedynie Palpoo zdawał się rozumieć plan.
- chcesz żebyśmy uderzyli z tyłu, a co jak będzie ich za dużo?
- Pomożemy wam to oczywiste, atak od tyłu w odpowiednim momencie wprowadzi zamieszanie, jak tylko Guttor i jego wojownicy wejdą na stały ląd.
- To się może udać, pomysł w <skrzek> żeński organ płciowy zwany w wielu <skrzeek>
- Ortogg wybiegnie na przeciw Guttorowi, my sprawdzimy podejścia do wyspy, jak tylko się ściemni. Poprowadzimy Gammorean do celu a w tym czasie Ty zakradniesz się od tyłu. Poczekasz na Blastelieros, i gdy tylko uderzymy...
- ... zrobimy im z dupy jesień Nowej Republiki.

Dokończył Ewok, a Ashara uśmiechnęła się do niewielkiego włochatego stworzenia.
- Na pewno jesteś była niewolnicą pracującą w kopalni?
- Tak, zupełnie jak i ty jesteś uroczym puchatym misiem.
- Lubię cie kobieto ale jak ci kiedyś ....

Reszta słów została zagłuszona przez groźne syknięcie Mike'a Chlupot wody dochodzący zza krzaków zdradzał że ktoś nadchodzi. Na wszelki wypadek wszyscy ucichli sięgając po broń. Walka z patrolem była ostatecznością. Z drugiej strony obserwując z bezpiecznej odległości krążący patrol dowiedzą się zdecydowanie więcej o ścieżce prowadzącej do domu pędraków.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1601
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 27 Lut 2018, o 12:13

Kittani wraca z Ylesii.
Kontrast zabolał.
Statek był w nadprzestrzeni i cały się trząsł; znać było, że przeładowany i wysłużony statek z trudem znosił tę podróż. Nie mniej trudno znosili to sami pasażerowie, którzy rozlokowani byli po ładowniach statku i musieli jakoś funkcjonować wśród przewożonych zasobów; głównie broni, amunicji i zapasu żywności. Szeregowi denerwowali się a poszczególni dowódcy poddziałów starali się dbać o ich morale. Nie było to jednak wcale łatwe zadanie, a wszechobecna atmosfera defetyzmu zaczęła udzielać się wszystkim; nawet Kittani.
Przejście z idealnego i pięknego świata Domu Besadi na pokład frachtowca rebelii było niczym wyjście z raju i powrót do rzeczywistości. I to tej rzeczywistości najgorszego sortu: brudnej, twardej i niedofinansowanej. Do tej pory brunetka nie zdawała sobie sprawy w jak bardzo złej kondycji materialnej znajdowała się rebelia.
Przechodząc korytarzami frachtowca zaglądała w oczy świeżo przeszkolonym rekrutom, którzy dużo lepiej znali się na swoich cywilnych zajęciach niż na wojennym rzemiośle; wysiłki Telemachusa, choć wielkie, nie mogły od tak wykreować twardych i doświadczonych wojowników. Poczucie niemocy i gorzkiego rozczarowania było tym większe, gdy Kittani zestawiła sobie w myślach oglądany obraz z oddziałami szkolonymi przez Beji na Ylesi. Rebelia wypadała w tym zestawieniu strasznie blado.
Tym samym uświadomiła też sobie, jak bardzo Jaina musiała twardo grać przed Beji i jak bardzo słabymi kartami udało się jej wygrać. A może... wcale nie wygrała? Może Beji tylko jej na to pozwoliła?

***

Policzki Kittani płonęły czerwienią.
Hologramowa Jaina zniknęła a wraz z nią w niewielkim pomieszczeniu zapanowała cisza (statek przestał drgać bowiem znajdowali się już w układzie i lecieli w stronę Gamorry). Przesłuchanie jakie zafundowała jej Jaina do spółki z Fennem, było strasznie męczące. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Fizycznie bo musiała siedzieć na niewygodnym krześle, w ciasnej i słabo wentylowanej kajucie a psychiczny aspekt męczenia zafundowała jej Jaina, która przestała być czułą i zatroskaną matką a stała się oschłą i zimną macochą, która potrafiła tylko besztać i wytykać błędy.
Gdy hologram zniknął niewielki kulisty droid z trzema ramionami wzniósł się ponad stół i podleciał do Mai'fach i usiadł jej na ramieniu.
- Dzięki Q. Przydałeś się. - Powiedziała medyczka do droida a potem odwróciła głowę w stronę Kittani. - Hej, nie przejmuj się. Ona ostatnio mocno się zdenerwowała. Raz, że ta akcja z gamorrą wymknęła się trochę spod jej kontroli a dwa mamy też problem na Naboo ze Stardustem. Jest... Ciężko. Nie dziw się jej. Stara się być ostrożna. - Uśmiech, jaki zawitał na twarzy kobiety, był szczery i rzeczywiście przynosił poczucie ulgi.
- Nie miałyśmy jeszcze do tej pory okazji porozmawiać. - Kontynuowała - Jestem Mai'fach a ten tutaj kulisty osobnik to Q4. Musiałam go zabrać ze sobą bo deprawował inne droidy na Lucrehulku a jego właściciel... zgubił się. Miałaś okazję go poznać? No nie ważne... Dobrze się czujesz?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 27 Lut 2018, o 17:18

Kittani była gotowa na powrót do szarej, brudnej i ciężkiej Rebelii. Szczerze mówiąc pomimo wszelkich luksusów i wygód które zaznała podczas wizyty u rodziny Besadi tęskniła za dobrze jej znanym ściskiem we frachtowcu. Przygotowała się należycie do powrotu na o wiele gorsze warunki - prysznic na Ylesii i wyspanie się były obowiązkowe. Tęskniła za tym, nawet jeżeli oznaczało to chroniczne zmęczenie i brak przestrzeni osobistej. Rebelia dla niej była niczym rodzina, której miłość zaskarbiła sobie całkiem przypadkiem - zupełnie jak oni jej. Życie w luksusie nie było dla niej na dłuższą metę. Tutaj czuła się potrzebna, wiedziała że wyrzekła się wielu rzeczy w słusznej sprawie. Od braku kąpieli bardziej przerażający był dla niej fakt słabego wyszkolenia oddziałów oraz ogólnej biedy, jaka panowała w Rebelii. Nie mieli znacznych źródeł finansowania i wszystko co posiadali było zdobyte bądź w jakikolwiek sposób przekazane dalej. Ciężko w takiej sytuacji mówić o nowych frachtowcach i pełnym wyposażeniu oddziałów, jednak po wizycie u Beji kontrast ten jedynie się wyostrzył i drażnił ją jeszcze bardziej. Teraz widziała każdy defekt, ubytek, każdą wysłużoną część która służyła kilkanaście lat i nikt nie mógł stwierdzić, ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać. Zastanawiała się, czy wcześniej nie zwracała na to uwagi nie mając porównania czy zwyczajnie to ignorowała. To zasmuciło ją najbardziej - odpowiednie zaplecze zwiększało ich szanse a widząc stan ich wyposażenia miała jedynie coraz więcej powodów do zmartwień.

W pewnym momencie postawa Jainy zaczęła ją irytować. Przywódczyni zawsze w jej oczach jawiła się jako rozważna i mądra kobieta, która twardą ręką trzyma Rebelię w ryzach. Teraz Kittani momentami odnosiła wrażenie, że Solo wcale nie jest taka nieomylna i popełnia wiele błędów, nie panując nad zaistniałą sytuacją. Spodziewała się szczegółowego sprawozdania z pobytu na Ylesi jednak dzisiejsza rozmowa bardziej przypominała jej przesłuchiwanie przy nerwowej atmosferze. Taka postawa przywódczyni jej się nie podobała. Z ulgą zakończyła rozmowę i jeszcze chwilę siedziała w milczeniu, spoglądając na miejsce gdzie niedawno wyświetlał się hologram Solo. Dopiero po opanowaniu emocji przeniosła wzrok na Mai'fach. Zapewne była ona wielkim oparciem dla Telemachusa - taka przynajmniej naszła ją myśl widząc jej uśmiech. Odwzajemniła go, chociaż zapewne jej nie był tak szczery i raczej nie podniósł jej na duchu.
- Wiem, że martwi się o wszystko i analizuje każdą sytuację. Wsparcie ze strony Beji da nam wiele, chociaż wiem że Jaina upatruje się w tym podstępu. Tak czy inaczej chociaż chwilowo będziemy mieli dobrze wyposażone oddziały pod sobą, a taką okazję trzeba właściwie wykorzystać - Kittani zmarszczyła brwi, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Nie słyszałam o sytuacji na Naboo... Co tam się dzieje? I kim jest ten Stardust?
Brunetka i wychyliła się na krześle, przyglądając się dokładniej towarzyszącemu im droidowi. Wzmianka o deprawował pozostałych robotów wywołała pewne skojarzenia.
- Czy jego właścicielem nie był ten szalony mechanik? IG chyba chciał na niego polować... - wzruszyła ramionami - Czuję się dobrze, chociaż denerwuje mnie cała ta sytuacja. Lepiej mi powiedz z jakim początkowym zadaniem wysłała was Jaina. Odnoszę dziwne wrażenie, że opuszczaliście Ducha z zupełnie inną misją do zrealizowania... No i jak się spisuje eskadra Probosa? Z kim teraz lata Porkins?
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 256
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 28 Lut 2018, o 15:39

Palpoo

Na godzinę przed świtem pojawił się Guttor i jego oddział. Wódz klanu Ha'an od razu chciał poznać sytuację a gdy to zrobił sposępniał; plan nakreślony przez Palpoo był szalony i wystawiał jego ludzi na wielkie ryzyko.
- Fatalnie to wygląda niepozorny-przyjacielu-Gweeka. Ale... chyba nie mamy innego wyjścia. Ilu ich tam jest?
- Jakieś tuzin i trochę. - Rzucił Lato.
- To nas jest trochę więcej jak tuzin i pół tuzina i trochę. Niby więcej, ale atakować będziemy na skarpy. Z bagna. W dodatku chyba nie damy rady podejść po cichu. Mają blastery?
- Mają - Rzucił Pato, a Tato pokiwał energicznie głową potwierdzając słowa brata.
- Każdy z nich tam ma. I włócznie i topory też.
- No to do rzyci. - Powiedział filozoficznie Guttor i spojrzał na swoich ludzi. Jego oddział był zmęczony. Nie skrajnie - gamorreanie byli twardymi istotami - ale na czekające ich zmagania na bagnistej ziemi lepiej było podejść w pełni sił; nie liczył przy tam za bardzo na wsparcie więźniów nie będących gamorreanami. Doskonale wiedział, że jeżeli jego pobratymcy nie dadzą sobie rady z walką w takich warunkach to już inni tym bardziej.
- Nie zaatakujemy ich teraz. - Odezwał się w końcu. - Odpoczniemy i poczekamy do zmroku. Mgła powinna nam pomóc. Tylko... - Guttor zawiesił na chwilę głos - jak to zrobimy, żeby podejść po cichu i żeby się nie potopić po drodze, ha?
Grupa strapiła się. Istotnie, w tym momencie był to największy problem. Musieli coś wymyślić.

***

Nadszedł zmrok a wraz z nim z bagien zaczęły się podnosić mgielne opary.
***


Hologram zniknął. Bukhglurg był zaskoczony otrzymanymi właśnie rozkazami. Wysłać patrole bo brak odzewu z Grzybiego Jeziora? To mu się nie mieściło w głowie, przecież był tam przed trzema dniami i siedziała tam nie mała grupa wojowników. Na pewno nigdzie nie poszli bo mieli sporo więźniów do pilnowania. Więc co, zniknęli? Coś było nie tak wódz-w-boju Ma'ardaag nie chciał powiedzieć. Kazał tylko wysłać patrole
Bukhglurg wyszedł z chaty - jedynej na wyspie (trzymano w niej niewielki generator i zdobyczny zestaw do radiokomunikacji) - i spojrzał na siedzących przy ognisku łowców i mimowolnie poczuł dumę. Byli dobrymi, twardymi i lojalnymi podkomendnymi. Znali się na swojej robocie jak mało kto. Nie bali się polować i tropić w najbardziej nawet niebezpiecznych rejonach gamorreańskiej dżungli. Byli doświadczonymi i chłodnymi profesjonalistami i nie raz już pokazali, że potrafili działać pod wielką presją czasu i miejsca; młodsi i silniejsi od nich nie raz cofali się przed zagrożeniem, a oni działali i wykonywali rozkazy. Łowcy z Domu Pędraków.
- Spokój coś dzisiaj, nie? - Zagadał Bukhglurg podchodząc bliżej i spoglądając w nocne niebo.
- Faktycznie. Spokój. Ale taki dziwny. - Odpowiedział jeden z łowców z kapturem na głowie wspierający się na blasterowej strzelbie.
- Dziwny?
- Ano dziwny, szef.Inny. Wyspa jest inna. Nie słychać zwierza. Na wyspie zawsze było słychać jakiegoś zwierza. A teraz nic. Cisza. Coś je płoszy.
- Toć pewnikiem ten stwór co go słyszelim. - Rzucił najmłodszy z lowców.
- Tys go słyszałeś, a my nie. - Mruknął zakapturzony. - Tyś, słyszał.
- Ja, jażem słyszał a wy nie bo jesteście już stare i uszy żółtym macie pozaklejane.
- Szef nie słuchaj go. Nie ma żadnego stwora. Po prostu... Wyspa jest dzisiaj jakaś dziwna.
Bukhglurg rozejrzał się. Faktycznie wyspa była jakaś inna choć na pozór taka sama. Mgielne opary wznoszące się znad bagien zaplatały swe warkocze wśród pokracznych i sękatych gałęzi tych nielicznych drzew, którym udało się zapuścić korzenie w tym miejscu. Ciepły blask ogniska i długie roztańczone cienie jakie przydawał siedzącym przy nim gamorreanom był taki sam jak zawsze. A jednak coś było inaczej. Dziwna cisza, której dawno nie uświadczył w tym miejscu. Plusk bagiennej wody i delikatny szmer wysokich traw porastających brzegi i skarpy wysypy był jedynymi dźwiękami natury jakie słyszał. I to go nie uspokajało.
- Masz rację. Coś jest nie tak. Ale nie bardzo mamy czas nad tym się zastanawiać. W patrol nam każą iść.
- Po nocy.. Tfu.. Zaraza. Głupio. Ale jak mus to mus, co nie? - Mruknął zakapturzony, a zaraz za nim odezwał się siedzący naprzeciwko niego mały gamorreanin z wielkim kolczykiem w nosie.
- Racja. Co tak będziemy siedzieć i nic nie robić, nie? Po co ma nam być wygodnie jak jest robota do zrobienia co nie?
- A gdzie mamy iść? - Zapytał najmłodszy.
- Na grzybie jezioro. Ponoć się nie odzywają. - Bukhglurg rozglądał się cały czas
- Przecież nie wyparowali, nie?
- Pewnie nie.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry


Kittani
- Na hulku wszystko w porządku... - Powiedziała Mai'fach i podeszła do drzwi a te rozsunęły się automatycznie. - ... tak mniej więcej. Napijesz się? - Zmieniła nagle temat - To na tym statku w sumie jedyny luksus.
Nie czekając na odpowiedź Kittani wychyliła głowę na korytarz i zawołała:
- Hej! Ty tam! Przynieś dwie gorące Javarican espresso.
Potem wróciła do pomieszczenia i usiadała przy stole na przeciwko Kittani.
Na hulku mniej więcej dobrze. Mniej bo Jaina jest ostatnio trochę zdenerwowana. Choć może tego nie okazuje, ale ja to wiem. A lepiej głównie dlatego, że Hulk zaczyna działać coraz lepiej. Ostatnio Geonosianie przetkali główne odpływy i woda w kabinach higienicznych się już nie cofa. Cały statek od razu lepiej pachnie, mówię Ci.
- Eskadra ma teraz spokój. Ćwiczą cały czas, latają na patrole ale póki co - na szczęście - nie mają nic więcej do roboty. Pewnie trochę się nudzą. Piloci są jacyś szaleni, co? Dobrze się czują dopiero w tej małej ciasnej kabinie myśliwca kiedy ocierają się o śmierć w walce. Durni są trochę, co nie? Jak mają spokojne życie to się nudzą. Jak mogą zginąć to żyją pełnią życia.
- Co do Porkinsa to zupełnie nie mam pojęcia co się tam z nim dzieje... Żyje i lata. I wiem, że mamy takiego pilota wśród załogi. Nie za często przechodzę do hangarów. Częściej można mnie w ambulatorium znaleźć... - W tym momencie drzwi się rozsunęły i stanął w nich żołnierz z tacą a na niej kubki z parującym javarican espresso.
- Dzięki, Damon. Jak ramie?
- Dobrze, dziękuję.
Żołnierz postawił tacę na stole i wyszedł z pomieszczenia.

***

- Nie odpowiedziałaś mi. - Powiedziała Kittani odkładając opróżniony kubek na stół. Caf był wyjątkowo mocny i intensywnie pobudzał; przeganiał zmęczenie z umysłu i z ciała.
- Fakt... Nie odpowiedziałam. I myślę, że nie jestem najlepszą osobą do opowiadania o tym. Z drugiej strony byłby mi strasznie ciężko gdybyś czegoś nie wiedziała. Więc tak... Rodzina Besadii od dawna. Od pokoleń zajmowała się handlem niewolnikami. Cała ich fortuna zbudowana była na tym. I istniało spore ryzyko, że mogą chcieć z Tobą zagrać brudno... To, że się to skończyło tak jak się skończyło... było zaskoczeniem dla nas wszystkich.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5706
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 5 Mar 2018, o 15:40

Takiego obrotu spraw Otto się nie spodziewał. Mieli zrobić szybki rekonesans, a tu proszę. Znalazł się całkiem przypadkiem główny obiekt poszukiwań i w dodatku piątka bardzo ważnych osobistości. Jako zakładniczki oczywiście, a nie główne aktorki przedstawienia, jakiego właśnie jest świadkiem. Siła niedawno poznanego wodza i idąca z nią w parze szybkość dawała do myślenia. Kolejna matrona padająca na ziemię i rozstająca się z życiem, była mocniej zmasakrowana od poprzedniczki. Łatwość z jaką bezbronne kobiety były eliminowane, budziły pewien niesmak, choć trzeba Gweekowi przyznać, że ma klasę ten knur... a z tym duszeniem ... sam by na to nie wpadł.
Obserwując egzekucję z uwagą godną ucznia, wpatrującego się w swego nauczyciela, stało się coś dziwnego. Niezrozumiałego. Niepojętego. Mistrz odleciał na kilka metrów, przeturlał się kilka razy bok i plecy. Ostatecznie padł na ryj, częściowo rękami i pyskiem hamując rozpędzone cielsko. Oszołomiony, rozglądał się na boki, szukając niewidzialnego napastnika. Ujrzał tylko małe zwierzątko zeskakujące z dachu jednej z chat. Czyżby to małe udomowione "coś" było źródłem niewidocznego ciosu? Stał dalej i patrzył, jak Gweek wypluwa resztki ziemi i szybko zbiera się z gleby. Fluktuacja powietrza, jaka powstała na odcinku od gamorreanin do futerkowego zwierza nagle rozpłynęła się w powietrzu. Pewnie od temperatury powietrza, coś mu przewidziało. Cisza panująca dookoła nie wróżyła nic dobrego. Dobyłby pewnie swojej broni, lecz nawet nie zauważył, kiedy się jej pozbył. Macał bezradnie się po miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą tkwiła. Pozostało mu jedynie przyglądać się rozwojowi sytuacji.

Dwaj imiennicy pochłonięci byli podtrzymywaniem swojej matrony. Nie wiedzieli za bardzo jak jej pomóc, ledwo trzymała się na nogach. Tak źle nie wyglądała jeszcze nigdy. Przestało ich dziwić zachowanie swojego wodza. Sami postąpiliby podobnie wobec oprawczyń swojej partnerki. Nie zamierzali stawać mu na drodze, ani uspokajać. Z racji szału, w jaki wpadł no i po części strachu. Wódz musiał jakoś odreagować. Sposób jaki wybrał Gweek, był naturalny dla większości istot rozumnych na zaistniałe okoliczności. Dosłownie wziął sprawy we własne ręce. Pozbywszy się obydwu broni utkwionych w cielskach gamorreańskich kobiet, doszło do rękoczynów. I nagle Gweek odleciał w bok. Jak pusta puszka, kopnięta przed siebie, tuż po jej opróżnieniu. Zdziwienie szybko przeszło w zmieszanie. Już gdzieś to widzieli... Obrazy pogromu dokonanego przez czerwonoskórego twi'leka powróciły. Rozglądali się nerwowo za istotą zdolną dokonać czegoś podobnego, lecz jej nie dostrzegli. Kushibańskie kształty były czymś obcym dla dwójki wojowników. Śledzili istotę wzrokiem, aż przystanęła, jakby zasłaniając swoje właścicielki przed brutalną egzekucją. I nagle dostrzegli znajomy, lśniący kształt. - O kurwa!
- Jeedaai!
- niemal krzyknęli jednocześnie to legendarne słowo, znane jedynie z opowieści. Stwór chwilę wcześniej, niewidzialną siłą niemal zmiótł ich przywódcę z pola widzenia, zatrzymał się i jakby na coś czekał. Czerwone ostrze nie wystrzeliło z cylindrycznego kształtu, choć łapki niebezpiecznie blisko zbliżyły się do tajemniczej broni. Nie wiedzieli jak mają zareagować wobec ofensywno-defensyjnej postawie niepozornego zwierzaka. Czekali obydwaj na jakiś znak, komendę lub rozkaz do działania. Bali się, mając świadomość do czego jest zdolna futrzana istota. Ledwo cały klan wojowników dał radę jednemu Jedi, a ich było łącznie czterech. Z czego jeden bez broni, a Gweek zbliżał się szybko do kushibanki osłaniającej starą matronę i jej przyboczną.


Wściekłość, szał, gniew czy najzwyklejsza złość rosła adekwatnie do zmniejszającej się ilości żywych oprawczyń. Dłonie zacisnęły się na mięsistym karku, zad przytwierdził do podłoża leżącą ofiarę. Jej nogi wierzgały, próbując bezskutecznie złapać jakikolwiek punkt podparcia i zrzucić z torsu napastnika. Ręce próbowały oswobodzić szyję, aż nagle kręgi pękły z głośnym trzaskiem. Gweek ukręciłby ten głupi łeb i wyrwał go z kręgosłupem, wyciskając krwawą posokę z ciała niczym mokrą szmatę. Mówią, że zemsta smakuje na chłodno. On jeszcze nie ochłonął, bo dalej miał "robotę do wykonania". Nie miał czasu nawet się nad tym głębiej zastanowić. Coś uderzyło go w bok. - Czy była to myśl? wyrzuty sumienia? a może lecący grawicykl? - Odleciał poderwany twardym podmuchem powietrza, upadając boleśnie. Przeturlał się kilkakrotnie, wytracając prędkość. Padł plackiem, brzuchem do dołu i pyskiem pełnym piachu. W jego głowie zabrzmiał boleśnie zdecydowany, pewny, kobiecy głos.
- Uspokój się w tej chwili! Złość Cię zaślepia! - od razu nie zareagował, nie wiedząc z czym ma do czynienia. Zamiast się opamiętać, na nowo rozpalił się w jego wnętrzu gniew. Podniósł rogaty łeb. Wypluł ślinę zmieszaną z glebą i kurzem, pozwalając mózgowi odfiltrować anomalie od rzeczywistości, przesyłane przez narząd wzroku. Białe chmury powstałe z białka w oku, otuliły szczelnie źrenicę. Ciskały gromy w kierunku, z którego przyszedł niespodziewany cios. A był tam mały błękitnawy cień. Ułuda. Mara. I na pewno nie należała do świata materialnego. Duch ten stał w tym samym miejscu co małe zwierzątko z puchatym ogonem. Widmo przybierało kształt ludzkiej kobiety i stało jakby nad lub tuż za futrzanym stworem i przemawiała do niego w dalszym ciągu, choć usta się nie poruszały. Tak jakby wlazła mu do wnętrza głowy.
- W tej chwili przestań! Jesteś zaślepiony przez wściekłość, nawet twoi ludzie są przerażeni, ich też wybijesz? - na to pytanie odpowiedział mu tajemniczy głos "dusiciela".
- Ona jest z nimi! - choć przemowa migoczącej sylwetki nadal trwała, jej ton echem odbitym od kości rozsadzał czaszkę Gweeka od środka.
- Dokonałeś zemsty czy bezsensownej rzezi?! Dlaczego jest w tobie tyle wściekłości i cierpienia?! To cie pochłonie!
- Kłamie! Zabij ją!
- wpatrując się jak zauroczony w podwójną postać kushibańsko-ludzkiej istoty, nie mógł dłużej znieść kakafonii wypełniającej jego łeb.
- DOŚĆ! - wypędził niechcianych gości z głowy, posyłając w ich kierunku mrok kumulowany od kilku chwil. Chciał, by głosy ucichły raz na zawsze. By fala gniewu zalała ich gardła raz na zawsze. I nagle głosy ucichły. Cień stojący nad malutkim ciałkiem nagle znikł. Pojawił się za to błyszczący w popołudniowym słońcu przedmiot. Wściekły zerwał się na równe nogi, wiedząc już z kim ma do czynienia. Rzucił się w kierunku kushibanki, by ją w porę pochwycić i obezwładnić.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 225
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 6 Mar 2018, o 18:08

Rozmowa z Mai'fach jedynie obnażyła stan, w jakim znajdowała się Rebelia. Duch - pomimo swoich rozmiarów i pojemności które umożliwiały pomieszczenie całej Rebelii - był jednak w nienajlepszym stanie, o czym dobitnie świadczył fakt wykluczenia cofania się wody w kabinach. Dla Kittani, która jeszcze nie tak dawno miała niemalże codzienny kontakt z najlepszą technologią, materiałami i wyposażeniem teraz cierpiała w starciu z rzeczywistością. Potrzebowali nowego sprzętu a mieli tyle, co nic. Nawet paliwo stanowiło obecnie problem dla Rebelii. Jaina grała strasznie słabymi kartami podczas rozdania z Beji. Brunetka zmarszczyła czoło na słowa jej towarzyszki o pilotach. Jako były pilot myśliwca poczuła się dotknięta jej wypowiedzią.
- Ktoś musi bronić Rebelii, nie tylko w walce wręcz ale również w przestrzeni. Bez pilotów wiele bitew rozegranych w Galaktyce mogłoby się zakończyć zupełnie inaczej... Eskadra składa się z najlepszych pilotów, wobec których wymagania są bardzo wysokie. Uważam, że powinnaś spojrzeć na ich działania z innej strony. Wszystkim przyświeca jeden cel - pokonać rywala i uratować swoich towarzyszy obecnych na którymś z większych statków. To często właśnie eskadra stanowi pierwszą linię ataku. Śmierć pilotów jest bardzo smutna i samotna... W jednej chwili strąca cię wróg a myśliwiec wybucha. Nie ma Cię kto uratować, jesteś jedynie jednym z wielu błysków podczas bitwy. Nie można nawet znaleźć ciała... To dopiero jest przykre - Kittani przyglądała się jej uważnie. Miała nadzieję, że Mai'fach przestanie ich uważać za swego rodzaju samobójców, którzy w ryzykowaniu znajdują jedynie frajdę. Na wspomnienie o Beji westchnęła ciężko. Ten Hutt mącił jej w głowie nawet podczas swojej nieobecności.
- Też jej nie ufałam, od samego początku. Myślałam, że wykorzysta mnie jako kartę przetargową. To odbicie z rąk łowcy nagród wynajętego przez Yarlo... Z łatwością mogłaby zażądać od którejkolwiek ze stron - Yarlo, Rebelii czy też ISB - niemałej sumy kredytów w zamian za wydanie mnie. A jednak tego nie zrobiła. Miała zapewne w tym swój interes, to oczywiste. Ale... podczas mojego krótkiego pobytu na Ylesii odniosłam wrażenie, że Beji jest bardzo samotna. Szukała mojego towarzystwa przy każdej możliwej okazji. Gdy przyszła mnie pożegnać i poinformować o waszym szybszym przybyciu była autentycznie smutna. Nigdy w życiu nie widziałam smutnego Hutta. Złamała wiele stereotypów związanych z jej rasą i jedynie mogę mieć nadzieję, że posłucha mojej rady i stanie po właściwej stronie. Czy tak się stanie? Nie wiem. Oby ponownie nas miło zaskoczyła.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 256
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 6 Mar 2018, o 23:11

Grupa zwiadowcza szybko i sprawnie scharakteryzowała wyspę jak i dojście do niej. Tym razem wulgaryzmy wypluwane przez wokabulator Ewoka były odzwierciedleniem myśli całej piątki siedzącej wokół narysowanej patykiem na piasku mapy wyspy. Lato nie był wirtuozem kreślarstwa ale dość dobrze uchwycił wygląd wyspy i podejście do niej. Dom pendraków, nie był zwykłym obozowiskiem, jego położenie tworzyło z niego naturalną i świetnie chronioną fortecę w dodatku z łatwym dostępem do pożywienia i wody. Długotrwałe oblężenie nie wchodziło w grę, szturm z pewnością zaowocuje krwawymi stratami. Strapiony wyraz ryja Guttora potwierdzała opadnięta trąbka Lato.

Guttor, Mike, Ashera, Palpoo i Lato. Siedzieli i głowili się nad sposobem wtargnięcia na wyspę. Reszta oddziału wypoczywała, żarła albo spała. Kobieta patrzyła na wojowników. W walce wręcz przewaga liczebna zrobi swoje ale...
- Nie dojdziemy na tyle blisko żeby sięgnąć toporem.
- Tak, wystrzelają Twoich wojowników.

Mike podrapał się po głowie. Potrzebowali jakiejś osłony, ale bagno i wątłe krzaczki jej nie dawały. Nieliczne drzewa rosły zbyt rzadko i nie były dość grube by Gammoreanie mogli się za nimi ukryć. W dodatku nie mieli blasterów - nie licząc braci ze świty Gweeka. Buja i Juba. Ci byli uzbrojeni w blastery i potrafili robić z nich użytek. Ale było ich tylko dwóch. Trzech jeżeli doliczyć starego Ortogga z granatami. Ale to i tak było za mało.
- Kurrwa mać, za nic się nie ukryjecie, z zaskoczenia jedno wielkie gówno.
- Nie ma co pesymizować, trzeba szukać jasnych stron.
- No jeszcze nas nie znaleźli, ale ich patrole chodzą po okolicy, kwestia czasu.
- Zatem znajdźmy ich pierwsi.
- Zabicie patrolu będzie łatwe, ale ostrzeże ich że tu jesteśmy.
- Niekoniecznie...

Ashera uśmiechnęła się szeroko. I zaczęła opowiadać. Mówiła o żyjących dawno dawno temu wodzach których armie zmagały się w krwawych bitwach. Żadna ze stron nie była w stanie odnieść decydującego zwycięstwa. Wojna trwała już dziesiątki lat, zginęły w niej setki wojowników a ich śmierć zwabiła demony. Pojawiła się Martwa kompania - oddział złożony z najpotężniejszych poległych wojowników jednej ze stron. Czy był to efekt magii, czy też zwykła legenda nikt nie wiedział. Wszyscy znali fakty. Martwa kompania siała terror, uderzając na małe oddziały i miasteczka. Zawsze przed atakiem robiło się cicho a potem ze straszliwym wyciem pojawiały się trupy w zbrojach mordujące przerażonych obrońców. Wkrótce panika w armii była tak wielka, że przeciwnicy uciekali słysząc wycie. Nie widzieli przeciwnika, nie walczyli, po prostu biegli ratować życie.
- Gamoreanie nie uciekają, Wojowniki walczą.
- z duchami też?
- Z duchami się nie da walczyć, duchy trzeba przebłagać, albo obejść. Ale duchy na Gamorze w większości dobre. Drzewa, skały, bohaterscy wojownicy polegli w walce.
- A złe duchy.
- Czasem duchy się złoszczą... czasem zabijają. Wodne duchy złe, one nie lubią Gamorean. Ale ich u nie ma.
- Jesteśmy na bagnach, tu wszędzie jest woda.
- Nie, nie wielka woda zabija, błoto złośliwe ale nie zabija.
- Co ty kurwa za bajki opowiadasz.

Palpoo najwyraźniej się zirytował. Od pół godziny słuchali smęcenia i opowieści murzynki, zaś on nie po to stał z jajami w lodowatej wodzie żeby ci sobie teraz gawędzili. Kobieta delikatnie dotknęła łapki Ewoka.

- Nie denerwuj się, już wyjaśniam. Ile masz języków w swoim wokabulatorze?
- W chuj.
- Dokładnie. Będziesz upiorem.
- Co kurwa?
- Złym duchem wody, upiorem, zabójcą z bagien.
- Acha...
- Palpo wraz z pomocą naszych latających przyjaciół może się dostać w niedostępne dla innych regiony bagna. Jego wokabulator z pewnością zawiera jakiś nieznany na Gamorze język, na przykład coś ptasiego. Mrlsstese. Bądź pochodny, nie ma to większego znaczenia, bowiem chodzi tylko o odwrócenie uwagi. Nie zaatakujemy rano, przeczekamy jeden dzień i zastawimy zasadzkę na patrole. Musimy tylko zadbać by nikt nie przeżył.
- będą wiedzieli że jesteśmy.
- Nie, będą wiedzieli, że "COŚ" zniknęło patrol. A będą słyszeć Palpoo z bagien.
- I znowu futro mokre...
- W nocy Lato, Pato i Tato, polatają trochę w oddali od obozu świecąc latarniami, a ty podrzesz japę. Dwie góra trzy nieprzespane przez przeciwnika noce, może jeszcze jeden wybity patrol i przypuścimy atak.

Kobieta szybko dorysowała na północnym zachodzie prowizorycznej mapy mordę Toydorianina, oraz duży X na brzegu.
- Tam się pojawicie na krótko przed naszym atakiem. My z Mikiem, podkradniemy się do obozu, za nami pójdą wojownicy Guttora. Jeżeli dobrze zrobicie swoją robotę, obrońcy zorientują się kiedy już będzie za późno. Jeżeli coś nie wypali, musimy zająć dom. Na pewno trzymają tam sprzęt, może nawet mają blastery.
- Znaczy mamy ich straszyć?
- Tak.
- A sam atak, jak nie zgramy dywersji z uderzeniem to...
- Dlatego to Wy zaatakujecie pierwsi.
- jak to zaatakujemy?
- W nocy ciężko będzie was trafić, możecie lecieć w stronę wyspy podczas gdy Palpoo będzie hałasował, kiedy zaczną do was strzelać, ukryjecie się za drzewami. Wtedy uderzymy.


Guttor, był sceptycznie nastawiony, Lato także, Mike popierał Asharę, zaś Palpoo, w sumie było mu wszystko jedno byle by coś robić. Zgodzili się na początek zastawić pułapkę na patrole, zaś Palpoo przetestował wokabulator. Nawet na minimalnej głośności wysokie piski wydobywające się z urządzenia wywołały mimowolne odwrócenie się najbliższych wojowników. Również Guttor mimo że wiedział, że to sztuczka poczuł jak jeży mu się szczecina na karku. Może plan nie był tak do końca zły?

Zastawiamy pułapkę na patrol lub patrole, po zadymie znikamy ciała a Palpoo hałasuje po nocy pod obozem podczas gdy latacze, robią oprawę świetlną w dość znacznej odległości i zawsze z północy lub z zachodu. Jak to zadziała to realizujemy plan z dywersją.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1601
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 7 Mar 2018, o 17:31

Wiele ryzykowała, ale nie potrafiła stać spokojnie i patrzeć na to, co się tu wyprawiało. Nie znała okoliczności i nie mogła wiedzieć, co się tutaj wydarzyło. Chciała to wyjaśnić, ale żeby do tego doszło, Gamorreanin musiał zechcieć z nią porozmawiać. Ona sama miałą dość zabijania i wreszcie zamierzała zrobić co, w jej mniemaniu, dobrego, coś, co nie będzie związane z rozlewem krwi. Jej atak zresztą poskutkował. Knur odleciał na dobrych kilka metrów lądując niezbyt zgrabnie na ubitej ziemi. Ona sama dopadła do kobiet. Znów zawiodła? Czy naprawdę nie byłą w stanie nikogo uratować? Wspomnienie zmarłej Tori było jak cios wibroostrza w serce.
Jedynie co teraz mogła zrobić to postarać się przemówić do knura. Jak nie dla tych nieszczęsnych kobiet, to dla wszystkich innych. Jego wściekłość mogła spowodować wiele zniszczeń, a niestety doskonale znała to z autopsji i nie chciała tego doświadczać ponownie nigdy więcej. Przez moment sądziła, że jej się uda, że przemówi do niego i go przekona. To przeświadczenie trwało jednak tylko ulotną chwilę, ponieważ aura Gamorreanina zmieniła i zamiast zmienić się na spokojną, stała się jeszcze mroczniejsza i bardziej wściekła, a ona sama została wypchnięta. Coś najwyraźniej wyprowadziło go z równowagi i rzucił się na nią niemal na oślep. Do tego gdzieś z boku usłyszała okrzyk wołający "jedi", a przynajmniej tak to zrozumiała. Skąd? Jak? No tak, miecz.
Szlag by to!
Jej oczy zrobiły się naprawdę ogromne. Nie czekała długo, tylko ponownie użyła Mocy, by odepchnąć pędzącego Gamorreanina i zwalić go do parteru. Nie chciała zapalać miecza, bo nie chciała robić jatki, nie to było jej celem, choć w sumie co teraz było jej celem? Przede wszystkim chyba przeżycie tego starcia. On najwyraźniej chciał ją zaatakować, ona z kolei zamierzała unikać złapania, nawet gdyby oznaczałoby to skakanie na wszystkie strony. W bezpośrednim starciu nie miała szans, ale była mała i zdecydowanie bardziej zwinna nic on.
- Przestań! - zawołała. - Nie chce z tobą walczyć, nie chce jatki i bezsensownego rozlewu krwi! Ogarnij się, bo nie wiesz co robisz! Porozmawiajmy na spokojnie!
Wyskoczyła w górę, jednocześnie starając się poprzez Moc wysyłać w stronę knura łagodną i pozytywną aurę. Czy był świadomym użytkownikiem Mocy czy nie, chciała mu jasno dać do zrozumienia o swoich intencjach. Nakręcanie spirali agresji tylko pogłębi mrok i rozszerzy zakres cierpienia. Nie była pewna czy zdoła odeprzeć szarżę wszystkich Gamorrean, choć póki co reszta zdawała się tylko obserwować całe zdarzenie. Chyba nie wiedzieli, co robić i oby tak pozostało.
Ona z kolei nie zamierzała pozostawać w jednym miejscu. Małe futerkowe zwierzątko na moment wylądowało na głowie knura, by po ułamku sekundy odepchnąć się i zeskoczyć na ziemię po drugiej stronie. Nie chciała atakować, skupiła się na unikach. Rozsierdzony Gamoreanin nie mógł mieć zbyt skoordynowanych ruchów, do tego wielkie cielsko było zdecydowanie wolniejsze niż ona, nie mówiąc już o tym, że był zdecydowanie bardziej ociężały. Mirax z kolei czuła się lekko i świeżo, choć sytuacja wcale ciekawa nie była. Postanowiła grać na czas, póki on się nie zmęczy, albo ona nie wymyśli czegoś lepszego. Mała szarawa futrzasta kulka migała więc pojawiając się w coraz to nowych miejscach.
Kto by pomyślał, że dojdzie do czegoś takiego? Mimo grozy sytuacji i smrodu śmierci, jaka zawitała do tej niewielkiej osady, Mirax czuła, że wypełnia ją Moc. To było cudowne uczucie i za każdym razem dziwiła się temu, jak w ogóle jest to możliwe. Zanurzanie się w tę mistyczną siłę szło jej już całkiem gładko, ale jednocześnie wszystko inne odbierała także znacznie silniej, tak jak w tym momencie, a to co wyczuwała od Gamorreanina, nie było wcale przyjemne, ani miłe i przywodziło jej to na myśl zdarzenia z Taris, przynajmniej jeżeli chodzi o odczucia.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 579
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

PoprzedniaNastępna

Wróć do Przestrzeń Huttów

cron