Content

Przestrzeń Huttów

[Gamorra] - Gambit Knurów

Image

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 29 Maj 2018, o 18:03

Stary, wysłużony Ghotroc z ledwo funkcjonującymi tarczami zawisł chwilowo nad miejscem, gdzie potężny AT-AT runął, pozostawiając za sobą jedynie kulę dymu i ognia. Frachtowiec krążył powoli wokół niego niczym dziki ptak przy padlinie. Cała załoga frachtowca stała teraz przy iluminatorze, przyglądając się stalowej kupie części pośrodku dżungli i nikłym ruchu wokół niej. Chyba dopiero teraz do nich wszystkich dotarło to, na jaką skalę zakrojona była stoczona przed chwilą bitwa. Nikt z nich nie pomyślałby, że przyjdzie im się zmierzyć z tak potężnym sprzętem.
- I to wszystko w rękach jednego klanu... - mruknęła Kittani po raz ostatni przyglądając się powalonemu, stalowemu potworowi i powróciła na miejsce pilota.
- Ciekawe jak się znalazły na Gamorrze - rzucił jeden z obsługi wieżyczek, pozostając w kokpicie. Jego zadanie zostało już wypełnione.
- Znam tylko jedną, słuszną odpowiedź - brunetka rzuciła ponuro manewrując sterem tak, aby obrać kurs na plażę. Zapadła zgodna cisza - wszyscy wiedzieli, że mowa była o Imperium.

***


Frachtowiec ponownie osiadł na piaszczystej plaży, tym razem lżejszy i nieco brzydszy niż widzieli go ostatnim razem. Z powoli opuszczonego trapu cała załoga zeszła spokojnym i powolnym krokiem, zachowując ciszę. Krajobraz w istocie wyglądał jakby przez okolicę przeszła wojna domowa - na plaży pośród licznych żywych znajdowało się wiele nieruchomych ciał. Część z nich była zakrwawiona, część nie posiadała ręki czy głowy. Wielu z poległych na twarzy nadal miało wyraz zaskoczenia. Kilka porozrzucanych dookoła części ciała wybitnie świadczyło o użyciu granatu. Chociaż wśród poległych przeważały knury wrogiego klanu Kittani dostrzegła również kilku rebeliantów, najemników Besadii czy też członków klanu Nurry i Gweeka. Był to przykry widok, ponieważ jako dowódca każdego ze zmarłych kojarzyła chociaż w minimalnym stopniu. Przeszła kilka kroków, odwracając nogą niektóre z leżących ciał, aby zobaczyć kto poległ w walce na plaży. Reszta załogi pozostawała zgodnie przy trapie, gdzie zebrała się również część ocalonych i przekazywała informacje o ich heroicznej bitwie i wsparciu w postaci Mocy. Widok tylu zmarłych w istocie był przygnębiający i poruszał każdego obecnego na plaży. Kittani przechadzała się pomiędzy martwymi jak i żywymi bez jakichkolwiek emocji na twarzy. Po drodze klepnęła każdego z dowódców po ramieniu, upewniając ich w fakcie, że dokonali dobrej roboty. Przykro jej było, że tyle istot z różnych ras oraz zakątków Galaktyki musiało oddać swoje życie za wygraną. Taka jednak była cena za przetrwanie. Od momentu ucieczki z pałacu na Tatooine jej przeżycie oznaczało śmierć wroga. Ktoś musiał zginąć - on albo ona. Wolność była dla niej najcenniejsza i wiedziała, że jest warta nawet tej najwyższej stawki. Powoli powróciła w stronę obu statków, przyglądając im się uważnie. Lśniły dumnie w słońcu, niczym najlepsze z maszyn które właśnie wygrały bitwę wszechczasów. Wolność jest kosztowna...

Rozmowa z Nantelem zaczęła się zupełnie inaczej, niż się tego spodziewała. Nie było żadnych gratulacji czy też radości z sukcesu wspólnie przeprowadzonej akcji. Mężczyzna przeszedł od razu do konkretów i gdyby tylko mógł, wyspowiadałby się ze wszystkiego. Brunetka przysłuchiwała mu się z uwagą, zakładając ręce na biodra. Przyjrzała mu się uważnie, przeciągając milczenie z jej strony do granic możliwości.
- Trzeba przyznać, że kłamstwo to bardzo efektowne wejście do Rebelii - powiedziała zarówno do niego, jak i jego towarzyszek - Jednak takie osoby są nam potrzebne - trzeba sobie radzić w każdej sytuacji. Od początku brat Beji wydawał mi się nieco... gorszym. Mam bardzo niepochlebne zdanie o Huttach, jednak Beji stanowi wyjątek. Za strącenie pierwszej z maszyn zawdzięczam Ci życie, zatem moja obecność przy rozmowie z Huttem niech zostanie uznana za spłacenie części mojego długu. Stanę po Twojej stronie, chociaż sądzę, że prezent w postaci wysłannika od Beto będzie wystarczająco atrakcyjny dla Beji wraz z Twoimi przeprosinami i Ci wybaczy ten przekręt. Na temat Rebelii porozmawiamy później - jeden z oddziałów został posłany w stronę wulkanu, który planujemy przejąć. Wpierw załatwmy Beji - brunetka uśmiechnęła się do nich delikatnie i ruszyła w stronę Shooting Stara, aby wszyscy skontaktowali się z Beji.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 270
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 29 Maj 2018, o 20:32

Ocknęła się. Było po bitwie, ale wcale nie czuła się z tego powodu dobrze, wygrali, jednak ponieśli tego spore koszty, a na pewno ona sama poniosła. Widma zabitych, które widziała... nie wiedziała, co to może oznaczać i czy było to związane z jej poczuciem winy, czy może chodziło o coś więcej. Była to dla niej zagadka, niepokojąca i nieci przerażająca, ale zagadka. Wiedziała, że przez najbliższy czas czekać ją będą koszmary i nieprzespane noce. Teraz mogła odetchnąć, schować miecz i zastanowić się co dalej.
Czuła się ociężała, a rozglądając się widziała wokół siebie cieszących się rebeliantów, cierpiących rannych oraz całe mnóstwo trupów, z czego znaczą część położyła ona sama. Wielka gula urosła w jej gardle, ale odetchnęła kilka razy i nie pozwoliła na to, by emocje wzięły nad nią górę, choć po tym, co się tutaj wydarzyło, załamanie wcale nie byłoby aż taką dziwną reakcją. Naprawdę miała dość walki i przemocy, ale czy dane jej będzie odpocząć? Wiedziała, że jeszcze wiele ma do zrobienia.
Przetarła oczy łapką, gdy na moment obraz stał się niewyraźny i ruszyła z miejsca, zapewniając rebelianta, że wszystko jest w porządku i to zwyczajne zmęczenie. Teraz już z pewnością była postacią rozpoznawalną, choć jeszcze nie wiedziała jak bardzo, ale to, że knury traktowali ją z nabożnym szacunkiem i trwogą to już miała tego świadomość.
Nie rozmawiała z nikim, chyba że ktoś coś do niej bezpośrednio mówił, wiedziała za to, że musi się czymś zająć, żeby nie oszaleć. Takie bitwy to nie było nic dla niej, teraz za to mogła skupić się na tym, na czym znała się najlepiej, czyli leczeniu. Uznała, że może w ten sposób choć trochę odkupi swoje czyny i wszystkie morderstwa. Będzie rzecz jasna czekać ją również dalsza część rozmowy z Mai'fach. Poza tym była ciekawa co dalej i gdy tylko uporała się z paroma rannymi postanowiła dołączyć do grupy rebeliantów i frachtowców, które wylądowały kilka chwil wcześniej i widziała z oddali, że kręci się wokół nich sporo osób. Przydałoby się dowiedzieć czegoś więcej. Przeszła więc wolnym krokiem, z wyraźnym zmęczeniem, a jej uszy zwisały smętnie. Żyła, była wolna i pomogła w bitwie, powinna się cieszyć, ale nie potrafiła. Nie w tej chwili.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 596
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 2 Cze 2018, o 09:51

Kiedy ostatni wrogowie padali na piach, zmieszane okrzyki zwycięstwa zaczęły wylewać się z gardeł, powoli tworząc jeden, monotonny, dudniący ryk HUU-AAA HUU-AAAA. Wznoszone ręce lub broń do nieba, wzmagały tylko chęć manifestacji kumulowanych od dawna emocji. Wiwatowanie imion swoich przywódców daleko niosło się po tafli jeziora, a wszystko inne nie miało teraz znaczenia. Radość, krzyki, a później śpiewy pieśni wojennych i tańce nad ciałami pokonanych wrogów. Dla rebeliantów zachowania te mogły wydawać się co najmniej dziwne lub wręcz niezrozumiałe. W całym tym szaleństwie nie było mowy o bezczeszczeniu ciał pokonanych czy pastwieniu się nad konającymi. Częstym darem dla umierających było szybkie dobicie. Skrócenie męczarni poprzez przebicie serca ostrzem włóczni było dobrą śmiercią. Śmiercią od broni.
Tym rokującym największe szanse na przeżycie starano się jakoś pomóc, choć przy odciętych kończynach czy wyprutych flakach szansa na przeżycie drastycznie malała. Rozłupane czaszki czy przecięte tętnice nie nadawały się nawet do opatrzenia. Ci, co mieli wystarczająco dużo sił by zająć się sobą i wstać pomagali innym na tyle ile umieli. Co prawda Gamorreanie to twarda rasa, choć jak każda, ma swoje granice wytrzymałości. Zacofanie technologiczne w medycynie ograniczało pole działania oraz miało swoje odzwierciedlenie w krwawych jatkach, fundowanych sobie systematycznie między klanami.
Ulatujące z ciał życie przygaszało błysk w oczach, dłonie kurczowo przyciśnięte do rany opadały bezwładnie, oddając hołd prastaremu bóstwu, uwalniając ducha pędzącego na spotkanie z przodkami. Wielu świetnych wojowników nawiedzać będzie to miejsce, przypominając pobratymcom o stoczonej tu potyczce.



Kolejna bitwa zostanie utrwalona w ustnym przekazie klanu, który swym męstwem i determinacją przedłużył egzystencję całej społeczności. Potężny cios zadany przeciwnikowi musi odbić się szerokim echem dla uszu chcących słuchać. Brzeg jeziora wzbogacił się o kilka metalicznych wzniesień, wilgotne powietrze uniesione znad powierzchni wody, nieustannie pchało się w głąb lądu, niosąc przesłanie, brzmiące " nic nie trwa wiecznie". Czy coś się zmieniło? - Chyba nie. Knury przechodząc do kolejnego etapu świętowania, przeczesywały pole bitwy w poszukiwaniu należnego im łupu bądź stosownego trofeum. Dozbrajano się, pancerze uzupełniano nadającymi się ponownego użytku elementami zbroi pokonanych, przeszukiwano ciała, powoli przygotowując je do pochówku. Nie istniało coś takiego jak masowe mogiły. Byłyby ujmą dla honoru, czymś co stosowane było jedynie w koniecznej ostateczności. Osobna komnata w ziemi należała się każdemu, dokładnie tam, gdzie opuścił swe doczesne szczątki, krocząc w stronę wiecznych uczt, bitew i orgii. Najgorszym czynem było pozostawienie ciała samemu sobie, by zostało zeżarte przez padlinożerców lub wszędobylskie robactwo. Ale czy ktoś to może zrozumieć wystarczająco dobrze, nie będąc jednym z nas?

Gweek prowadził przed sobą Nurrę czy to ona bardziej jego ciągnęła za zasłonę roślinności by troszeczkę sobie zakutasił. Obydwoje mieli chętkę przetrzeć swoje organy, wieńcząc ten piękny, słoneczny dzień. Sprawy ludzi i nieludzi zostawili daleko za sobą, chcieli choć chwilę zająć się swoimi ciałami jak należy. Rozłąka zrobiła swoje, a teraz nie musieli gnać przed siebie w ciągłej obawie o swoje życie.

Ortogg długo pracował nad swoją nową zabawką, aby ją rozmontować z podtrzymującego statywu. Co prawda uszkodzenia spowodowały zatrzymanie ruchomych elementów lufy, ale i tak cieszył się jak dziecko, nosząc przy sobie nową broń. Uważał, że mogłaby być dużo większa oraz cięższa i że poradziłby sobie z nią nawet najmłodszy prosiak. Porzucona torba po granatach, teraz już pusta, przypadła w ręce Thurga zwanego "Mniejszym". Spodobało mu się rzucanie buchajacymi ogniem owocami, jego imiennik zaś przetrzepywał kieszenie załogi speedera szepcząc kasa, kasa, kasa. Kredyty przelewały mu się z rąk do kieszeni jak ziarna piasku trzymane w dłoni na wietrze.

Wiadomym było, że tę noc klan spędzi tutaj. Napełnią swe brzuchy do syta prowiantem ze statków, rozpalą ogień do nieba, świętując wygraną bitwę. Zbiorą do kupy rozproszone siły, sprowadzając oddział Guttora tutaj lub to, co z niego zostało. Odpoczną, by omówione w nocy plany wcielić w życie.

Refleksja nad śmiercią porywczych braci i Ghurka dała o sobie znać. Stracił dwóch poruczników i co najmniej wie dwie dziesiątki klanbraci, nie licząc ciężej lub mniej rannych. Kilku z nich zapewne dołączy do zaplecza sił pomocniczych, osiągając status weteranów. Bez kończyny lub z pogruchotanymi kośćmi wychowywać będą młode pokolenie gamorrean. Snuć będą wspomnienia, przekazując historię i spuściznę klanu, by trwała w pamięci przez kolejne lata.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 237
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 3 Cze 2018, o 14:34

W wielkim namiocie wodza panowała nienaturalna cisza przesycona smrodliwym zapachem gamorreańskiego potu i zdenerwowania. Pod skórzanym dachem było niebywale duszno i goroąco.
Wódz klanu Obrogga - Grogg zwany Zgniłozębem - siedział na swym wielkim siedzisku przyzdobionym czaszkami poległych wojowników. Obserwował stół na którym prezentowano przebieg bitwy nad Grzybim Jeziorem. Milczał. I bębnił palcami w oparcie swego tronu.
Posłaniec skończył mówić i spojrzał na swego wodza wyczekująco. Nieszczęśnik wiedział, że Grogg nie miał cierpliwości dla tych co mu przynosili złe wieści. A te wieści były bardzo złe.
- Wyjść! Wszyscy! - Powiedział głośno i pozornie spokojnie. - Zostają tylko Mnurgg, Gukko i Juubroog.
Namiot ożył nagle gdy Ci, których imiona nie zostały wymienione ruszyli do wyjścia. Mieli przed sobą jeszcze trochę życia czego nie można było powiedzieć o wywołanych nieszczęśnikach; znając gniewną naturę Grogga wkrótce mogła się polać ich krew. Więc kto mógł oddychał z ulgą i tylko ze współczuciem spoglądał na trójkę pomniejszych liderów-doradców.
- Jak to możliwe? - Zapytał w końcu Grogg, gdy zostali namiot opustoszał. - Jak to możliwe, że ta banda dzikusów rozwaliła nasze trzy Wielko-Chody? Jak dokonać tego mogła zbieranina, która w ogóle nie powinna nazywać się klanem? Co mi powiecie moi doradcy?
Mnuurg zwany też Śmiałym odezwał się pierwszy.
- Zaskoczyli nas.
- Czym? Co oni mieli takiego czego my nie mieliśmy?
- Hmmmm... Dowodził nimi Gweek.
- Mów dalej. Ciekawi mnie to.
- Eeee...
- Mieli wsparcie jakichś Najemników. Mieli broń blasterską. - W trącił się Juubroog.
- My też mieli. To się nie liczy. - Grogg warknął krótko.
- Eeee... Liczy wodzu. Mieli nie mieć. Posłaliśmy tam nasze siły w przekonaniu, że nikt nie będzie do nich strzelał.
- Wielko-Chody nie miały osłony, i ponoć mieli tam jedi... - Mnuurg wyliczał dalej, nabrawszy odrobinę pewności; gdyby mieli być martwymi to już dawno by nimi byli. Tego dnia Grogg był opanowany.
- Ah.. Jedi. Tak. To znacznie utrudnia sprawę.
- Tak wodzu. Na to nikt nie był gotowy.
- Tak. To zrozumiałe... Daliście się zaskoczyć! Straciliście czujność! Ponieśliście haniebną klęskę.
Nagła zmiana w głosie Grogga zaniepokiła doradców. Mówił tak jakby cały ciężar porażki spoczywał na barkach tej trójki. A przecież było inaczej.
- Wodzu. Wykonywaliśmy tylko Twoje rozkazy! - Mnuurg ciągle trzymał fason.
- Milczeć! Zasługujecie na karę. Nie ma z Was żadnego pożytku! A taką hańbę zmazać może tylko wasza śmierć. Ale dam jednemu z Was szansę. Bierzcie broń. Który z Was ostatni bedzie stał na nogach temu wybaczę...
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5813
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 3 Cze 2018, o 20:29

Palpoo dopłynął do brzegu tylko dzięki wydatnej pomocy Ashary, kobieta odnalazła ciężko rannego Mike'a uczepionego jakiejś pływającej części ścigacza. Po dokoptowaniu Palpoo popchnęła pływający słom w kierunku plaży. Cała trójka była skrajnie wycieńczona walką. Mike wymagał natychmiastowej pomocy i to właśnie nim zajęła się w pierwszej kolejności Ashara. Na plaży panował spory chaos, ale Ewok nie myślał teraz o tym, widział Gweeka, wiedział że jego towarzysze są rani, brakowało tylko jednego.

- Niach niab Niab?
Nikt nie rozumiał pozbawionego translatora Palpoo, a sam misiek błąkał się przez chwilę porzucony. Szukał Ghurka, zawzięcie pętając się po pobojowisku, obolały bez broni i ciągnąć za sobą smugę smrodu z grzybów. Ci którzy go znali schodzili mu z drogi. Ci którzy go nie znali, zwyczajnie ignorowali łażące zwierzątko. Znalazł Ghurka nieopodal Luja i Buja. Wielki knur leżał cicho na brzuchu w zastygłej kałuży krwi. Obok dwójka braci ułożyła się do ostatniego snu. Palpoo domyślił się że strzelali do końca. Żałosny skowyt wyrwał się z malej puchatej piersi. Łapki objęły głowę towarzysza broni zaś cichy pisk przez długi czas był jedynym sposobem w jaki Ewok mógł opłakać towarzysza. Nie wiedział jak długo czuwał przy zmarłym. Zorientował się dopiero gdy W pobliżu zaczęli krzątać się Gammoreanie wyznaczeni do pochówku poległych wojowników. Palpoo towarzyszył ostatniej drodze Ghurka. A kiedy go pochowano zabrał odłamany ostry fragment vibrotopora. Siedział nad jego mogiłą pogrążony w żalu i smutku, gdy nagle spostrzegł ją.

Szła dość daleko na plaży, wynurzając się zza grobu przyjaciela. Białe futerko delikatnie powiewało w wieczornej bryzie, zaś skąpane promieniami słońca otoczone było niezwykłą niemal nadprzyrodzoną aurą. Smukłe łapki, bystre oczka i niesamowita, olbrzymia puszysta kita. W ewoczym świecie samiczki imponowały sobie nawzajem krótkimi i puchatymi ogonkami dostępnymi jedynie oczom wybranych. Palpoo nie miał żadnych doświadczeń z przedstawicielkami płci pięknej, lecz genów nie oszukasz. Taka kita. Coś w środku się zmieniło, poczuł gorąco i nagle dziwne pieczenie na pyszczku. Przecież opłakiwał właśnie przyjaciela, a on. On wskazał mu pociechę, dał nowy cel w życiu. Ta anielsko piękna puchata istota musi być jego. Palpoo z rozrzewnieniem spojrzał na grób towarzysza. Ghurk opiekował się nim nawet po śmierci. Pisnął przepraszająco i ruszył w jej stronę, zdając sobie mniej więcej w połowie drogi z pewnych komplikacji. Zarył łapkami aż przekoziołkował przeturliwując się przez łepek i dosłownie padając do stóp swej wybrance. Zatkało go gdy tylko na niego spojrzała.

- Niab, Niuch? - Wypiszczał w szaleńczej nadziei, że ów anioł zna może ewoczy i z radością wypowie wyczekiwane przez Palpoo słowa.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1636
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 4 Cze 2018, o 14:36

Odpoczynek.
Odpoczynek i Narada.
Odpoczynek, narada i popijawa.
Tego potrzebowali wszyscy w takiej właśnie kolejności. A do tego trzeba było się zebrać, zorganizować i ostudzić wojenny zgiełk. Trzeba było załatwić wiele spraw i zaplanować jeszcze więcej.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5813
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 5 Cze 2018, o 12:39

Powroty zawsze są ciężkie. Szczególnie te, do codzienności. Ulotne chwile zapomnienia, po jakimś czasie zostają przegnane przez umysł, domagający się odebrania bodźców płynących z ciała. Brutalne wyrwanie z innej czasoprzestrzeni, gdzie myśli nachodzą same i nad którymi się nawet nie zastanawia "dlaczego", "skąd się wzięły" bądź "czy to słuszne", po prostu boli. Działanie jest naturalnym kołem zamachowym, nakręcającym się jak nakrętka na śrubę, zostaje zamienione na zmęczenie, ból, pragnienie, głód. Sprawy doczesne mieszają się nad refleksją dokonanych czynów, zapachy tęgo uderzają po nozdrzach, na wierzch pcha się odór spalenizny, krwi i parujących potem ciał.

Zwycięska strona podzieliła się na dwa frakcje, a każda z nich rozbiła osobny obóz. Rebelianci i najemnicy przycupnęli we wnętrzu lub w cieniu, rzucanym przez frachtowce. Gamorreanie zaś, na skraju namorzynowej roślinności Grzybiego Jeziora. Wymontowali oni siłą ze speederów fotele, ławy i inne przydatne do siedzenia rzeczy. Tymczasowy postój wiązał się z poczynieniem niezbędnych czynności. Korony drzew zapewniały osłonę przed cieniem, olbrzymie liście krzewów układano na konstrukcji z powiązanych lianami gałęzi, tworząc coś na kształt baldachimu. Deszcz nadchodzi tu niespodziewanie, tak jak śmierć. Nie można określić konkretnej daty lub godziny, można jedynie poczynić pewne przygotowania. Szykowano jadalne łodygi, zwieńczone okrągłym liściem o grubej, skórzastej strukturze. Owinąć można nim żywność, pieczoną nad ogniem, o roli ekologicznego talerza, nie wspominając. Odnaleziono pobliskie źródełko wody, zasilające nikłym strumieniem olbrzymi akwen wodny. Posłużyło jako wodopój i jeden z punktów orientacyjnych dla klanowej społeczności.
Jak to mówią - nie bierze się drewna do lasu, a ten był na wyciągnięcie ręki, więc opału na całą noc na pewno nie zabraknie.

Mieszanie się obcych z tubylcami powoli zamierało, w miarę stabilizowania się stanu rannych. Nieliczne opatrunki z bacty stosowano w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia, pomniejsze rany owijano wygotowanymi wcześniej bandażami. Na oparzenia i postrzały nakładano papkę roślinnego pochodzenia. Rozdrobnione części tutejszych roślin, poprzez rozcieranie kamieniem w wydrążonym pniaku, nabrały konsystencji brązowych glutów. Nastawiano połamane gnaty, usztywniając je dwoma kawałkami prostych gałęzi, obwiniętych kawałkiem ubrania. Zwichnięte ręce wisiały bezwładnie na szmacianych temblakach. Dżentelistoty pokroju ludzi i im podobnych ras, w międzyczasie próbowali uruchomić przejęte jednostki. Wymontowywali ze zniszczonych maszyn co cenniejsze podzespoły, badając stan każdej z części. Najemnicy zadowolili się jedynie uzupełnieniem zasobników, odłowieniem co lepszych egzemplarzy zdobycznej broni lub przywłaszczeniem dóbr ruchomych, swoich martwych już, kolegów po fachu. Obszerne ładownie frachtowców łapczywie pochłaniały przyniesione dobra. Dwa olbrzymie wraki AT_AT, częściowo spalone lub rozerwane na części pierwsze, są łakomym kąskiem dla techników, spoglądających na nie tęsknym wzrokiem. Byłoby w co ręce włożyć - pomyśleli. Majstrowanie przy nich zajęłoby im długie godziny.

Wieści między obozowiskami przekazywały sobie delegacje, nie liczące więcej, niż dwie - trzy istoty. Głównym posłem była Kittani, często w asyście Mai'fach bądź młodego mężczyzny. Jedynie puchata istota swobodnie przemieszczała się między obiema grupami, chodząc beztrosko po uprzątniętym terenie walk. Śladów krwi i zeszklonego piasku nie dało się zamaskować, tak jak lejów powstałych po wybuchu termodetonatorów małej mocy. Dwójka czarnoskórych ludzi zległa prawie w tym samym miejscu, gdzie wyszła na brzeg, tak jakby nie mogąc się do końca zdecydować, gdzie iść. Czy do "swoich" czy za małą, smrodliwą kulką futra, nie odstępującej prawie na krok Mirax.

Utto, Gweek, Nurra, Porrge i Thurg "pływak" siedzieli dookoła ogniska, dyskutując między sobą. Czekali na nadejście wieczoru, debatując nad przyszłością. Właśnie omawiano przyszłą lokalizacją siedziby klanu. Rozważano ponowne zasiedlenie odbitego wulkanu, wymieniając plusy i minusy. Zagrożeń było więcej, niż korzyści, wynikłych z górowania bazy, nad resztą przyległego terenu. Ortogg i drugi z Thurgów poszli jak to mawiali "na ryby" by przemyśleć, a właściwie przegadać sprawę nie działającej set tszóstki. Paploo nie mógł sobie znaleźć miejsca. Tam, gdzie się zjawił, wydawało się innym, że mają gówno wetknięte do dziurek w nosie. Smród powinien minąć, gdyż nos przyzwyczaja się do zapachu, a mózg poczyna ignorować bodziec. W tym przypadku było inaczej. Smród się wzmagał.
- Wodzu, ktoś się zbliża.
- Wojownicy i ludzie.
- Dwa latające i rodianin.
- relacjonowała jedna z czujek, w porę wychwytując ruch na obrzeżach obozowisk.
- To nasi. Guttor wraca z Domu Pędraków. - i rzeczywiście, Gweek miał rację, powodując uniesienie brwi u Nurry, która założyła ręce na obfite piersi. Słyszała, a nawet niektórych znała osobiście z pomniejszych szczepów i ich przywódcach, często prowadząc wymianę handlową. Jako klan bez ziemi, przemierzali dżunglę planety, osiedlając się jedynie na krótki czas w jednym miejscu, oferując usługi łowców i tropicieli.

Guttor i jego wojownicy z włóczniami oraz przepaskami na ramieniu oddzielili się od obcych, obierając na cel małe ognisko i grupkę przy nim siedzącą. Mieszanka istot skierowała się wprost do "cywilizacji" i wszystkiego, co może im zaoferować choć namiastka normalności.
- Gdzie żeś był bydlaku? Mieliśmy się spotkać i razem walczyć. - rozpoczął z wielkim ryjem Guttor.
- Szefie, ale
- Zamknij pysk tchórzu. Miałeś ich szybko do nas zaprowadzić.
- Ale wodzu my...
- Co kurwa wy? Zdrajcy jebani. Gdzie byliście jak nas monstrum atakowało, strzelając jak do tarczy?
- Zamknij jadaczkę
- Nurra wstała, dobywając miecz, nie mogąc dłużej zdzierżyć tych kłamstw. - Siadaj. Gweek w porę powstrzymał ją od porywczych czynów, szarpiąc mocno za rękę i zmuszając, by usiadła.
- Gdzie był ten wielki Gweek, gdy go potrzebowaliśmy? Gdzie byliście, gdy walczyliśmy i umieraliśmy na próżno? - kontynuował prawie rozwścieczony wódz sprzymierzeńców. Jego klanbracia powoli szykowali się na nieuniknione. Nastawieni byli na walkę między dwoma knurami, nie dopuszczając nikogo, by wtrącił się między kłócących. Gweek grzebał kijem w ognisku, trącając pojedyncze, niedopalone pniaki. Skupiony, wpatrywał się w prawie wrzeszczącego wodza. Nie dał mu dokończyć, unosząc dymiący się patyk. Wzrok stojących, przeniósł się w kierunku wskazywanym przez jednookiego, na dwa zniszczone AT-AT, których wraki wyrastały ponad korony drzew. Metal ostro wzbijał się w niebo, ewidentnie nie pasując do krajobrazu błękitu i zieleni. Po chwili wskazał on kolejny punkt, znajdujący się na plaży.
- Usiądźcie proszę. Nasi bracia ucztują z przodkami. Zostawmy ich w spokoju. - głucha cisza nastała, niewypowiedziane słowa zostały zastąpione ponurym widokiem.
- Uczcimy ich pamięć po zmroku.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 237
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 5 Cze 2018, o 19:21

Po bitwie nastała cisza, a zaraz potem znów pojawił się chaos. Kolejne istoty pojawiały się i przemieszczały w najróżniejszych kierunkach. Mirax czuła się zobligowania do tego, by pomagać rannym, a przynajmniej tym, którzy mieli szanse na przeżycie. Nie bardzo miała narzędzia i możliwości by pomóc, ale w tym wypadku ze wsparciem przyszła załoga tajemniczego frachtowca, choć może nie tak tajemniczego, bo jak zauważyła, Kittani znała przebywające na nich osoby. Mężczyzna, który najwyraźniej był wrażliwy na Moc, skierował ją do ładowni, gdzie przewozili leki, opatrunki i inne przedmioty przydatne przy pierwszej pomocy i nie tylko. Coś w rodzaju dość bogatego szpitala polowego.
Kobieta wpadła w wir pracy. Przechodziła po polu i babrała się we krwi. Jej niewielkie ciałko i oraz zdecydowanie inaczej zbudowane kończyny nieco utrudniały jej działanie, ale wytrwale robiła swoje, nawet jeżeli inni dziwnie na nią patrzyli. Najpierw biegała ze świecącym mieczem, a teraz łata poharatanych pechowców. Po pewnym czasie zresztą chyba mało kto zwracał już na nią uwagę i choć wyraźnie utworzyły się dwa obozy... Mirax czuła się obco. Nigdzie nie pasowała i nie miała swojego miejsca, a do tego jeszcze te przeklęte widma. Starała się jak mogła, ale wszędzie widziała Tori, słyszała jej głos i miała nawet wrażenie, że ją wyczuwa. Nie rozumiała co się dzieje. Dlatego leczyła, łatała i pomagała jak tylko mogła, byleby czymś się zająć. I myślała. Zastanawiała się nad tym, co dalej.
W końcu wszyscy się pozbierali, a ona sama szwendała się nieco bez celu, czując jednocześnie jak opuszczają ją siły. Podjęła kilka decyzji i już miała ruszyć w konkretnym kierunku, gdy jej długie i czuła uszy wychwyciły dziwny dźwięk, a chwile potem pod jej stopami wylądowało... puchate coś. Mrugnęła kilka razy oczami nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Ewok? Chyba już go gdzieś wcześniej widziała, ale z drugiej strony nie miała z nimi nigdy styczności. Do tego dziwnie piszczał i nic z tego nie rozumiała. Zdecydowanie nie znała ewoczego.
- Tak? Wybacz, ale nie rozumiem, co mówisz. Coś chciałeś? - zapytała uprzejmie, a zaraz potem pokręciła łebkiem. - Muszę coś załatwić.
Widma ją dręczyły i nie bardzo wiedziała, co może z tym zrobić. Ruszyła więc z miejsca, omijając leżącego ewoka i oddaliła się na bok siadając na ziemi ze zgiętymi łapkami. Przyjęła pozycję do medytacji, odetchnęła kilka razy i skupiła się na Mocy. Nie była wyszkolona, a jej wiedza teoretyczna odnośnie tej mistycznej siły była niestety znikoma. Coś jednak musiało być na rzeczy - wcześniej nie miała tych zwidów, dlaczego pojawiły się teraz? Może w Mocy coś odkryje? Może zgłębi się w samą siebie i dowie czegoś więcej? Musiała spróbować. A jak nie, to pójdzie do Mai'fach, która i tak już sporo o niej wiedziała. Opowiedziała jej pokrótce swoje przygody i to jak się znalazła na Gamorr i choć nie była pewna czy otrzyma jakąś pomoc i zaufanie, to nie mogła ciągle się ukrywać, bo do niczego dobrego to nie doprowadzi. Wiedziała, że sama sobie z tym nie poradzi.
Wieczór się powoli zbliżał. Coś słyszała o tym, że ma być narada czy też omówienie kolejnych kroków, ale ona sama była tylko obserwatorem. Nikt nie brał jej pod uwagi, nikt jej też prawie nie zauważał, pomimo tego, że tyle się kręciła po plaży i jej okolicach. Może nawet i lepiej, nie chciała uwagi, chciała pomocy, a tą może, choć nie musi znaleźć u Mai'fach i być może wśród osób z jej kręgu.
Otwarła oczy i omal nie odskoczyła widzą pyszczek Ewoka niedaleko swojego.
- Chcesz mnie do zawału doprowadzić?! - odetchnęła i wstała.
Medytacja nie dała jej jasnych odpowiedzi i to było irytujące, jak również mocno niepokojące. Skierowała swoje kroki w stronę obozowiska rebeliantów. Powoli zmierzchało, a ona chciała załatwić tę kwestię, zanim znów zrobi się rumor. Znalezienie Mai'fach nie było takie trudne, jej aura była niezwykle jasna.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 596
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Nantel Grimisdal » 5 Cze 2018, o 21:44

Jeszcze przed wejściem na statek zbliżyła się do nich ta dziwna, kicająca istota. Długie uszy miała położone nisko nad głową, jej wąsiki drgały. Przypominała jakiegoś puchatego królika, czy coś w tym rodzaju. Najbardziej podobne stworzenia widział tylko na migawkach z holonetu. Nie miał pojęcia, co o tym sądzić, dopóki nie znalazła się jeszcze kawałek bliżej. Wtedy poczuł te złowrogie, wzbudzające ciarki uczucie, jakie czuł ścierając się z Istotą z Etros. Po minie Nadii poznał, że też poczuła się nieswojo. Z lekkim przerażeniem spojrzała na niego.
- Nantel, co to jest? Myślałam, że ten koszmar się skończył...
Dziewczyna drżała ze strachu. Przytulił ją najmocniej, jak potrafił, próbując dodać otuchy swoją obecnością i uczuciem.
- Nie wiem, ale skoro jest razem z rebeliantami... Będziemy musieli spytać tych, co wiedzą tu coś o Mocy, o co tu chodzi... Będzie trzeba na nią uważać.
Jeszcze dziwniejsze było to, kiedy kicająca istota o tak złej aurze zaczęła opiekować się rannymi najemnikami rozłożonymi na plaży pod statkiem. Dyrygowała ludźmi i brała się za ich opatrywanie niczym najlepszy lekarz. To przypomniało mu też, co przewozili na statku. Postanowił coś sprawdzić.
- Ej, ty! - Nantel podszedł do najbliższego z tych, którzy pomagali z rannymi - Weź kilku ludzi do pomocy i chodźcie do ładowni. Mamy kilka skrzyń z lekami i żywnością. Przydadzą się wam.
Kątem oka obserwował stworzenie, które emanowało mu mocą Istoty z Etros. Ciekawiło go też, jak zareaguje na pomoc. Przed dalszymi działaniami powstrzymywał go tylko fakt, że inni zdawali się jej ufać i nie zważać na te złe przeczucia. Postanowił jednak mieć ją stale na oku, bo wiedział, jak pokrętny i zdradziecki był Duch z Etros.

***


Razem z Kittani udali się do wnętrza Shooting Stara, gdzie w pomieszczeniu wspólnym próbowali połączyć się z pałacem Beji Beasadi. Ka'aval i Mai'fach zostały na zewnątrz, rozmawiając o swoich sprawach. Nim twi'lekanka zniknęła mu z zasięgu wzroku, miał wrażenie, że jest przybita i mocno czymś zawstydzona. Wyglądała trochę jak mała dziewczynka, która coś nabroiła i wie, że dorośli dokładnie wiedzą, co zrobiła.
Gdy Kittani łączyła się z Ylesią, Nantel przytargał pod projektor ładnie owiniętego ishi tiba. Miał nadzieję, że taki podarek pozwoli przebłagać Beji i oszczędzi im kolejnych problemów. Po kilku chwilach na wyświetlaczu pojawiła się ślimacza postać żeńskiego hutta. Z pozoru wyglądała na uśmiechniętą i zadowoloną widokiem swojej ulubienicy, Nantel jednak wiedział, ze w stosunku do tej rasy trzeba być niezwykle ostrożnym.
- Ach, Kittani! Cóż za cudowny widok, widzieć cię całą i zdrową! Jakże się cieszę! Chciałam ci podziękować. Naprawdę. Z mojego calutkiego serca jestem ci niezmiernie wdzięczna za to, co zrobiłaś dla nas wszystkich. Och, i jest pan Grey - zwróciła się w końcu w stronę Nantela.
- No właśnie, bo my w tej sprawie - zaczęła Kittani.
- Pozwól, że ja wytłumaczę - przejął Nantel - Nie jestem żadnym Greyem. Jestem jedynie Nantel Grimisdal, prosty mechanik, który uciekł z Taris i oszukał twojego brata, bo potrzebował pomocy w odnalezieniu Nadii. Chociaż zgaduję, że twój wielki umysł od dawna już to wiedział, tylko nie mówiłaś tego na głos. No i pewnie wiesz też, że do końca taki zwykły nie jestem. W każdym razie... Chciałbym cię prosić, by te kłamstwo i nieporozumienie, zostało między mną a twoim bratem. O ironio, to on sam stwierdził, że jestem tym Greyem, którego szuka. W ramach przeprosin za całą tą sytuację, chciałbym ci wręczyć mały prezent.
To mówiąc przesunął się lekko tak, by Beji mogła zobaczyć leżącego za nimi pojmanego ishi tiba. Początkowo nie wyglądała na zadowoloną rewelacjami, które przedstawił Nantel, ale gdy tylko zobaczyła, co kryło się za nimi, jej ślimacze cielsko aż zakręciło się w miejscu z zaskoczenia i podniecenia. Po chwili się opanowała, mlasnęła niby w zamyśleniu, jednak nawet przez holoprojekcje dało się odczuć zmianę nastawienia.
- Jaki ładny prezent! Uwielbiam takie! I ta wstążka! Panie Nantel, skąd wiedziałeś, że czerwony to mój ulubiony kolor? Jakże on cudnie wygląda! Muszę powiedzieć, że nie jest pan wcale taki zwykły, no no. Nie myślał pan o karierze łowcy nagród, poważnie? Kittani moja droga, zawołaj tu moich ludzi, nie możemy tego tak zostawić.
- Chciałem tez dodać, że raczej mój los związał się z Rebelią. Myślę, że nawet na dłużej...
- Hmm, hmm, w takim razie myślę, że to małe nieporozumienie możemy puścić w niepamięć.
- Dziękuję.
- Tak, tak. A teraz proszę, zostaw nas jeszcze na chwilę same z Kittani. Mamy trochę do pogadania.
- Oczywiście.
Nantel i Nadia udali się do wyjścia z frachtowca, po drodze mijając jakiegoś najemnika, który pewnie był człowiekiem Beji. Nim zeszli z trapu, ze środka usłyszeli jeszcze jeden pojedynczy strzał. Nie trzeba było być geniuszem, by wiedzieć, że podstępnego ishi tiba mają już z głowy raz na zawsze. Nie czuł się z tym jakoś szczególnie źle. Śmierć oczywiście nigdy nie była dobra, ale kapłan na nią zasłużył, będąc na usługach hutta i grożąc wszystkim, którzy nie działali po jego myśli. Można by rzec, "ryzyko zawodowe".

***


Na zewnątrz Ka'aval i Mai'fach już na nich czekały. Obie nie wyglądały na zadowolone z przeprowadzonej właśnie rozmowy, ale przynajmniej się nie pozabijały, co Nantel uznał za dobry znak.
- Nantel słuchaj, wiem, że mówiłam co innego, ale...
- Musisz lecieć, prawda? - przerwał jej w pół zdania.
- Tak. Potrzebujemy posiłków z lucrehulka. Jaina musi się dowiedzieć, jak dokładnie wygląda sytuacja.
- To niezwykle ważne dla całej misji - do rozmowy włączyła się druga kobieta.
- Rozumiem. No trudno, takie jest życie. Zanim odlecisz, zostaw mi trochę sprzętu, bo czuję, że tutaj każdy mechanik się przyda.
Spróbował się uśmiechnąć, choć trochę z zaskoczeniem musiał przyznać, że brakować mu będzie krzykliwej i cholerycznej pani pilot. W ostatnim czasie Shooting Star stał się trochę jak drugi dom. Po tych wszystkich latach tułaczki, razem z Nadią były pierwszą rodziną, jaką miał od dawna. Odprowadzili ją wzrokiem, gdy udała się nad brzeg jeziora w stronę grupki gammorean, wiedząc, że minie trochę czasu, nim znowu ją zobaczą.
- Ka'aval wspomniała, że jesteście czuli na Moc, chociaż kategorycznie stwierdziła, że nie powie nic więcej.
- Ja właściwie nie byłam tego świadoma aż do niedawna... - Nadia wzdrygnęła się.
- Ze mną było trochę inaczej, to długa historia.
- Mamy jeszcze sporo czasu do wieczora i uczty, którą knury z pewnością urzadzą dla upamiętnienia poległych.
No i zaczął. Od początku, sięgając aż do czasów dzieciństwa, gdy pojawiły się dziwne wizje, które spowodowały jego ucieczkę od rodziny z Nar Shaddaa. Potem opowiadał o Taris, o czasach, gdy pracował w warsztacie, o spotkaniu z Bzhydackiem i potwornej ucieczce przed rakghulami. Potem Etros, Ylesia i w końcu starcie z Istotą z Etros. Wtedy też włączyła się Nadia, opowiadając z trudem o tym, co czuła będąc pod kontrolą ducha oraz o szczególnej więzi, jaką czuła z Nantelem.
Przez cały czas Mai'fach słuchała, a szczególne skupienie widać było na jej twarzy podczas fragmentów o wizjach Mocy i walce z Duchem z Etros, a także, gdy obydwoje z Nadią opowiadali o łączącej ich więzi, która wykraczała poza pojmowaną rzeczywistość. W tym czasie krążyli po całym obozie, raz siadając niedaleko rebeliantów, a raz stojąc przy Gammoreanach. Nie przerywało im ani przybycie następnych knurów, ani przygotowania do uczty. W tym czasie każdy miał okazję ich zobaczyć, z niektórymi zamienili kilka słów, przystanęli na chwilę zadumy razem z innymi wojownikami nad poległymi.
- Powiedzcie mi jeszcze, czym dla was jest Moc, bo słyszę, że mieliście okazję już coś o niej się dowiedzieć. Jak ja postrzegacie?
- Kiedyś uważałem, że te wszystkie opowieści o Mocy to tylko bajki i zmyślania kantynowych bywalców. Potem się jej bałem, bo nie wiedziałem jeszcze wtedy, czym jest. Ostatnio, pomoc Bzhydacka i mistyczki Sharii, której holokron znalazłem, trochę to rozjaśniło. Nadal nie wiem, o co w tym dokładnie chodzi, ale podczas walki z duchem poczułem, jak dotyka mnie i cała ta Jasna Strona i Ciemna. Czułem, jak łączę się z tą Jasną Stroną i jak mnie wspiera. Od czasu walki coś się zmieniło. Coś we mnie. Czuję teraz Jasną Stronę cały czas, jakby była stale przy mnie i mnie wspierała. Miałem też wizję, kiedy przybyliśmy nad Gamorrę o walce nad jeziorem. Zdążyliśmy w ostatniej chwili.
- Dla mnie jest czymś nieodgadnionym - wtrąciła Nadia - Po tych przeżyciach.... boję się jej.
- Ja trochę o tym myślałem. Według mnie, Moc jest siłą, jakąś energią, która musi spajać ten świat. Moc daje wielkie siły, zależne od intencji i determinacji. Coś jak siła woli. Jak to się mówi, że jak ktoś bardzo chce, to osiągnie swój cel. Czuję też, że ta Jasna Strona jest trochę tym czymś, czego w życiu szukałem. Jeśli rzeczywiście jestem wyjątkowy, to chcę pomagać innym, nie bawiąc się w knucia, politykę czy coś. Po prostu pomagać tym najmniejszym. Miałem okazję w swoim życiu widziec z bliska, jak wygląda życie w szambie.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
0000000
+++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 276
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 6 Cze 2018, o 11:06

Życie na Gamorrze powoli powracało do swojego dotychczasowego rytmu, chociaż było to mozolne niczym najcięższy z knurów przechadzający się po plaży. O rozegranej nie tak dawno bitwie świadczyły jedynie leje w okolicy plaży, piasek o krwistym zabarwieniu oraz dwie powalone maszyny, które górowały nad krajobrazem i zakłócały jego obraz. Czy knury zgodzą się na usunięcie maszyn, albo same ich się pozbędą? A może zostawią, jako świadectwo walki wspólnie podjętej z Rebelią i oddziałami Besadii? Kobieta nie miała pojęcia, czy powalone maszyny już na stałe wpiszą się w obraz Gamorry i zostaną w przyszłości nie tylko dowodem waleczności mieszkańców, ale i punktem orientacyjnym na mapie. Ta decyzja należała do prawowitych właścicieli - klanu Gweeka i Nurry. Podział na dwa obozy nastąpił w sposób naturalny i niewymuszony. Ludzie nie rozumieli języka knurów, toteż nie mogli liczyć na wciągającą wymianę zdań. Kittani wiedziała, że klan musi spędzić czas z Gweekiem. Potrzebowali swojego wodza i nie czuli w pełnym tego słowa znaczeniu wagi współpracy z najemnikami oraz rebeliantami. Nie można było im mieć tego za złe - klan był dla nich najważniejszą wartością w ich życiu. Wszyscy wiedzieli, że razem działali najlepiej, szczególnie kiedy pośród nich znajdował się wódz. Pomimo naturalnego rozpadu na dwa oddziały nadal utrzymywali ze sobą kontakt - szczególnie Kittani oraz Mai'fach z racji tego, że każdy w klanie je rozpoznawał i w miarę ufał. Reszta najemników oraz rebeliantów pozostawała w cieniu frachtowców, zacieśniając swoje więzi po wspólnie wygranej bitwie. Brunetka gdzieś nawet przyuważyła wędrujące pomiędzy kolejnymi rękoma naczynie, które zapewne kryło w sobie bardzo ciekawą substancję. Uśmiechnęła się i machnęła ręką - zasłużyli na świętowanie.

Czasami towarzyszył im też Teerev - bo tak na imię miał zastępca dowódcy najemników. Widząc owocująca współpracę pomiędzy swoimi ludźmi, rebeliantami oraz knurami sam otworzył się na relacje z innymi. Przestał pozostawać anonimowym zastępcą, który niedawno przejął władze nad swoim oddziałem. Wytłumaczył swoją początkową postawę dowódcy względem Kittani szkoleniem odbytym pod okiem Besadii i walką o dowództwo nad nowo przyszykowanym oddziałem. Gamorra miała być jego pierwszym, w pełnym tego słowa znaczeniu samodzielnym dowodzeniem a na jego barkach spoczywała całkowita odpowiedzialność za powodzenie misji przed Huttami. Nic więc dziwnego, że starał się zachować za wszelką cenę posłuch pośród swoich ludzi i nie przystawał na początkowe warunki panujące w pierwszym obozowisku. Tak samo zachowywał się również zastępca. Widząc jednak, że wszyscy potrafili znaleźć wspólny język (oraz jego strach przed knurami, do którego podobnie jak pozostali najemnicy nadal nikt otwarcie się nie przyznawał) postanowił współpracować z Kittani. Teerev sam przyznał, że podczas dotychczasowych misji oddział Besadii nigdy nie współpracował i działał w pełnej zgodności z innymi. Tego zresztą uczyli podczas ich szkoleń - to zawsze dowódca ma ostatnie zdanie i jeżeli tylko Besadii wydadzą takie rozkazy, cel oraz misja zmieniają się bez względu na to, z kim pracują. Kobieta widziała w zachowaniu mężczyzny, że szkolenie odbyte na Ylesii należało do ciężkich i przez to Beji posiadała wielu doskonałych, lojalnych wojowników.

Rozmowa z Beji oraz jej wyrok wydany na ishi tiba nie zaskoczył nikogo. Kittani uśmiechnęła się widząc, że Hutt cieszy się na jej widok i jest jej wdzięczna. Nawet jeżeli to była zwykła gra z jej strony zachowanie pozorów było ważne. A może Beji faktycznie chciała im pomóc, zyskując na tym mimochodem? Nie było teraz czasu na takie rozmyślania. Podczas gdy martwy już prezent został przeciągnięty w stronę ładowni Beji ponownie zawiesiła swój wzrok na Kittani.
- Cudowny prezent, doprawdy cudowny... Kittani, mam dla Ciebie jeszcze jedną wiadomość - kobieta spojrzała pytająco w stronę hologramu. Beji aż się zakręciła na swój ślimaczy sposób, wyraźnie zadowolona z tego co miała do przekazania. - Udało nam się zająć Nielegalne Miasto.
- Widzę, że jednak wzięłaś sobie moje słowa do serca - brunetka pokiwała głową z uznaniem. Po krótkiej wymianie zdań co do przejęcia miasta oraz współpracy najemników z rebeliantami obie z pań pożegnały się i rozłączyły w dobrych humorach. Kittani chwilę później nawiązała łączność z Damonem aby dowiedzieć się, co u nich. Jego sylwetka pojawiła się na holokronie. Był wyraźnie zmęczony, z podrapaną twarzą ale żył i zdobył się nawet na delikatny uśmiech.
- Udało nam się zająć wulkan. Odnieśliśmy niewielkie straty, mamy kilku rannych ale nic im nie zagraża - właśnie na te słowa liczyła kobieta. Porozmawiała chwilę z dowódcą oddziału na temat tego, co warto zabrać z wnętrza wulkanu oraz ile osób wymagana pomocy medyków.

Kittani wyszła z wnętrza Shooting Stara zadowolona, że może przekazać podczas wieczerzy dobre wieści. Obserwowała pozostałych z opuszczonego trapu, przyglądając się wszystkim uważnie. Nie wiedzieć dlaczego nie spodobała jej się ukochana Nantela - wydawała się być strasznie zagubioną i przerażoną istotą, która nijak wpasowywała się pośród oddziałów wojowników. Mai'fach miała własne zmartwienia na głowie - taka ilość mocowładnych bądź też czułych na Moc osób była prawdziwie niespotykana i tylko ona potrafiła z nimi porozmawiać w należyty sposób. Tajemnicza, puchata istota pozostawała jednak z boku - pomagała rannym, nie rzucając się jednak nikomu w oczy. Czyżby nie odczuwała potrzeby przynależności do któregoś z obozowisk? A może po stoczonej walce udzielanie pomocy było sposobem na jej rehabilitację? Każdy reagował inaczej na zadawaną śmierć i widok poległych ciał. Kittani postanowiła nie zadręczać owej dziwnej istoty swoją obecnością i udała się pomiędzy rebeliantów oraz najemników.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 270
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 6 Cze 2018, o 11:15

Zachodząca Opoku barwiła niebo krwistą czerwienią. Nadchodzący wieczór zapowiadał się wyjątkowo ładny.
Negatywne nastawienie Gut'tora wobec Gweeka pękło jak pęcherz gazu na błocie. Lider klanu Ha'an przyjął z ulgą wytłumaczenie Wodza-w-boju; widział w nim godnego dowódcę a rysa wywołana niedotrzymaniem umowy psuła ten obraz. Ucieszył się, gdy przedstawiono mu naprawdę ważne powody. Podziw jaki wywoływał Gweek doprowadzał wojowników klanu Ha'an do ekstatycznego uniesienia.
- Zaszczyt to dla mnie przeogromny, Gweeku Podniebny Wędrowcze, walczyć u twego boku to jak stanąć u wrót legend.
Gut'tor i jego klanbracia bardzo szybko zaczęlizajmowali się sami sobą siląc się na samowystarczalność; ostatecznie i tak musieli skorzystać z zasobów klanu Nurry i Rebelii. W między czasie dyskutowali o czymś między sobą. Zdawało się, że coś planują.

Wojownicy klanu Ha'ana z Gut'torem na czele wystąpili nagle przed miejsce gdzie siedzieli Gweek i Nurra. Całe gamorreańskie zgromadzenie umilkło wpatrując się w wojowników noszących czerwone chusty.
Gut'tor wzniósł swoją włócznię przed siebie trzymając ją oburącz. Potem klęknął a za nim ten sam gest wykonali jego podkomendni.
- Ja, Gut'tor z matki Ha'an klękam przed Tobą, matko z klanu Nurra i oddaje Ci moją broń i moje życie. Przyjmij mnie jako swego syna.
Po nim tę samą frazę wypowiadali pozostali.
- Ja, Utto z matki Ha'an...
- Ja, Jubnuk z matki Ha'an...
- Ja, Thurg z matki Ha'an...
- Ja, Slaff z matki Ha'an...

Nurra przyglądała się tej scenie a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Cisza stawała się z każdą chwilą coraz bardziej natarczywa a Gut'tor zaczął nawet zerkać w stronę Gweeka i Nurry czekając na ich reakcję.
- Powstańcie. - Odezwała się wreszcie Nurra - Matka weźmie Was w swe szeregi. Zachowajcie swoją broń by ją bronić i straćcie swoje życia broniąc jej.
- Hu-aaaaa! Klan Nurra! - Wszyscy gamorreanie wykrzyknęli nagle jak na komendę. Nowo-przyjęci wstali z ziemi i dołączyli się do chóralnego okrzyku.
Najbardziej cieszyli się obaj Thurgowie.
- Mamy "Trzeciego"! Mamy "Trzeciego"!
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5813
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 9 Cze 2018, o 21:16

Żaden kłaczek z futerka Ewoka nie sterczał w górę, odrzucony, poczuł jak wszystko w nim opada i umiera. Pisnął cicho spoglądając za odchodzącym aniołem. Serce nie sługa, Palpoo nie był by sobą gdyby się poddał po pierwszym niepowodzeniu. Krew płynąca w żyłach małego wojownika niosła ładunek hormonów, niczym u nastolatka. "Zgrywa niedostępną - pomyślał, a potem pokazuje mi swoją puszystą kitę, i kręci nią..." Oczka błysnęły inteligencją, ta kita jeszcze będzie moja. Rzucił się w kierunku najemników którzy przylecieli na pomoc wojownikom Gweeka.

Wyjaśnienie na migi że Vokabulator nie działa nie było trudne, trudniejsze było znalezienie odpowiedniej osoby, która mogłaby naprawić owo urządzenie. W końcu zlitował się nad nim jeden z najemników, wylewając wodę i susząc sprzęt przy pomocy jakichś granulków. Smakowały zupełnie jak ziarno, w sumie były trochę twarde ale smaczne. Kiedy Palpoo wyżarł już wszystkie granulki, urządzenie zostało złożone.
- Niab niach? - <skskrr burg skrr> iste... działa.
Radość futrzastej istoty była równie wielka, jak jego wybawcy, który od pewnego czasu miał podejrzenia co do źródła smrodu. Ewok gorąco podziękował po czym ruszył w kierunku maszyn znajdujących się nieopodal. Miał plan.

W obu obozach panowała radosna atmosfera, ale przywódcy nie zaniedbali podstawowych zasad bezpieczeństwa i wystawili straże. Palpoo śmierdział tak strasznie, że nawet nie musiał podawać hasła. Ta wykrywalność była kolejnym problemem walecznego miśka. Musiał użyć całej swej erudycji by zdobyć to czego pragnął.
- Nie mogę tak po prostu rozdawać zapasów.
- Zali przebłagać cię nie zdołam?
- Nie
- Zatem pozostanie mi jeno jedno.
- Idź stąd proszę.
- Spocząć raczę od nawietrznej.
- Na stu bogów, zdajesz sobie jak śmierdzisz?
- Doskonale...
- ARGH. No dobra ale żeby nikt się nie dowiedział.

Zbliżał się wieczór, a zabiegi Palpoo zaowocowały tym, że teraz biła od niego woń jakby coś zdechło w dziale z cytrusami. Nie zniechęcało to młodego romantyka. Wyposażony w prezent ruszył na poszukiwania wybranki swego serca był absolutnie pewien, że tym razem nie będzie w stanie mu się oprzeć. Poszukiwania nie trwały długo, spostrzegł ją zamyśloną siedzącą na niewielkim pagórku czy też kupce piachu. Zbliżył się dbając o to by mieć wiatr w pyszczek, pachniała siankiem i jakimś bliżej nieznanym mu zapachem, zapewne miłości. Palpoo stał przed samą wybranką, była taka spokojna i urocza. Zaczął powoli zbliżać swój pyszczek w kierunku noska Mirax. Nagle jej oczy otworzyły się. Właścicielka pięknych źrenic odskoczyła gwałtownie.

- Chcesz mnie do zawału doprowadzić?! - odetchnęła i wstała rozglądając się po obozie, lecz Palpoo nie rezygnował. Zebral w sobie całą odwagę jaką miał i padając na kolana wyciągnął przed siebie z trudem zdobyte marchewki. Spojrzała zaskoczona na wiecheć, a misiek błyskawicznie obrócił go marchewkami do góry. Przeklinając w duchu swą niezręczność zaczął.
- Racz wybaczyć mą śmiałość o piękna nieznajoma, nasze pierwsze spotkanie zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie, lecz przez problemy technicznej natury nie zrozumiałaś co serce me czuje. Zostań, zaszczyć mnie swą puchatością, pozwalając bym wielbił cię czule.
Na nieszczęście dla Ewoka, którego przemówienie niejednej by rozluźniło gumkę w majtkach, psotny wiatr zakręcił a w oczkach Mirax pojawiły się łzy, Palpoo obrał je za wzruszenie i dobrą walutę.
- Bogini moja, pozwól mi być z Tobą, wszak masz serce dobre i pewnym, że twa dobroć urodzie dorównuje. - Palpoo nie miał pojęcia o rzezi jaką jego wybranka urządziła na plaży - Ach aniele mój zdradź chociaż swe imię pod którym będę cię wielbić po wsze czasy.
Tu pamięć zawiodła, i skończyły się wskazówki wyciągnięte z taniego romansidła podsuniętego Palpoo przez Kwatermistrza, jego wybranka najwyraźniej zdecydowała za niego i postanowiła zareagować.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1636
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 10 Cze 2018, o 13:29

Mnuurg został ostatni na placu boju. Jego dawaj towarzysze zginęli z jego ręki podczas gdy Wielki Wódz Grogg Zginłoząb przyglądał się temu z sadystyczną radością odmalowaną na swej brzydkiej, pooranej bliznami twarzy; żółte kły szczerzyły się w nieprzyjemnym uśmiechu.
Mnuurg podszedł bliżej tronu Wodza i klęknął przed nim.
- Zrobiłem, o co prosiłeś.
Nie wiedział co więcej powiedzieć, więc czekał.
Zginłoząb nie odpowiedział od razu, tylko wpatrywał się uporczywie w ocalałego. Chwilę to trwało, a po mruczeniu jakie wydobywało się z ust wodza dało się wywnioskować, że wódz się zastanawia.
- Wstań. - Powiedział w końcu. - Wybaczam Ci.
Mnuurg dyskretnie odetchnął z ulgą i podniósł wzrok na swego wodza. I zobaczył, że Wódz celuje do niego ze starej strzelby blasterowej. Ruch palca na cynglu był ostatnim spostrzeżeniem dokonanym za życia Mnuurga.
- Wybaczam. - Powiedział raz jeszcze wódz. Tym razem już tylko do siebie.
- Bardzo mi pomogłeś Mnuurgu... Ta strzelba to tylko raz strzelić może... Nie dałbym rady zastrzelić wszystkich trzech na raz. Dziękuję...

***

Khadim Keehebb położył ręce na marumurowej balustradzie tarasu zawieszonego nad rozległymi obszarami gamorreańskiej dżungli. Płaskowyż Mgieł był cudownym miejscem w którym brutalność Gamorry ustępowała pięknym widokom. Jeziora, drzewa, wzgórza i rysujące się w oddali górskie szczyty tworzyły w tym miejscu niepowtarzalny i pełen harmonii obraz. Obraz, którym gubernator sycił się każdego dnia podczas śniadań spędzonych tutaj ze swoją żoną.
- Ech... Długo się już tym chyba nie nacieszę. - Powiedział do siebie.
Z tej odległości nie dostrzegał żadnych niepokojących znaków, ale wiedział, że gdzieś tam, w tym urokliwym obrazku, rozgrywa się śmiertelna walka. Walka na którą nie miał wpływu. I normalnie nie chciałby mieć. Gamorreańskie klany skakały sobie do gardeł od wieków i nie było to nigdy specjalnie niepokojące. Zawsze wychodził z założenia, że lepiej było gdy przelewała się ich krew niż gdyby mieli skupić się na walkach z garnizonem imperialnym. Ale to powoli przechodziło w niepamięć. Obecna walka pomiędzy klanem Nurry a klanem Obrogga wywoływała dziwne poruszenie wśród pozostałych klanów dzieląc planetę na dwa obozy. Jego wywiad nie miał jeszcze pełnego obrazu sytuacji ale wszystko wskazywało na spore zaangażowanie różnych grup najemniczych. Co gorsza słyszał też plotki o nie małym zaangażowaniu huttów w to starcie. I to po obu stronach.
W tym majestatycznym i spokojnym pokazie piękna i harmonii tkwiła brzydka skaza, która wkrótce miała zniszczyć cały obraz. Jeszcze miał czas by ją odszukać i w porę usunąć. Bał się jednak, że próbując tego dokonać, tylko przyspieszy proces zniszczenia.
- Szefie... - Na taras wkroczył Zgor'zel. - Właśnie przybył. Chce się z Panem widzieć najszybciej jak się da.
- W porządku. Przyprowadź go.
- On już tu jest, szefie... - Rodiański szef ochrony, mający słuszną reputację zakapiora, zmieszał się. Chyba pierwszy raz odkąd pracował u Keehebba. W tym momencie na taras, przepychając rodianina na bok, wsunął się młody hutt.
- Witam Pana, Panie gubernatorze. - Hutt był młody i daleko mu było do spasłej i ociężałej formy dorosłego osobnika; poruszał się całkiem żwawo. - Nazywam się Ksorba i chciałbym renegocjować w imieniu mego papy Zorda wszystkie umowy jakie ma z Panem zawarte.
Hutt przysunął się do balustrady i spojrzał na ten sam pejzaż, który wcześniej podziwiał gubernator. - Pięknie tutaj, naprawdę pięknie! Ach! Co za miła odmiana po tych piaszczystych wydmach.
- Rozumiem, że pobyt na Tatooine był... trudny. - Zagaił Keehebb. Młody brzuchonóg był śmiały i takie też było jego zachowanie, ale gubernator wiedział jak złamać odrobinę każdego hutta.
- Może śniadanie? Podyskutujemy sobie w trakcie posiłku. Kuchnia już wszystko szykuje...

***

Noc była jasna i gwieździsta i była idealną do uczczenia pamięci poległych. Dla wszystkich nie-gamorrean - nawet dla Gweeka, który wszak nie wychował się na tej planecie - obrzędy pożegnalne były... czarujące. Inne. Odmienne. Pokazujące jak bardzo bogata jest kultura knurzych wojowników. Były pełne szacunku i należytego oddania. Żywi wiedzieli, że zawdzięczają swoje życie, tym którzy je stracili.
Gdy przyszła odpowiednia pora z wielu gardeł zaintonowano niską, przypominającą pomruk, pieśń, która poniosła się po wodach jeziora i wracała do słuchaczy odległym echem. Na tle tego pomruku, Nurra i inne matrony wypowiadały imiona poległych oraz wznosiły lamentujące modły.
Nie było nikogo, kto słuchając tego nie sięgnął pamięcią do swoich zmarłych; w blasku wielu ognisk płonących na plaży "Grzybiego Jeziora" czuło się obecność ukochanych, rodziców, towarzyszy którzy połączyli się już z Mocą.
Pieśń trwała długo hipnotyzując i pozwalając na wytchnienie dla objętych żałobą biesiadników.
Potem pieśń się skończyła nagle, a Nurra dała okrzykiem znać, że czas teraz się radować.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5813
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 11 Cze 2018, o 13:34

Mdłości wyrwały leżącego ze snu. Buchający żar z trzewii przeplatany podmuchami zimna powodował drgawkami całego ciała. Powieka uniosła się leniwie do góry. Promienie przedzierające się przez pióropusz liści były nie do zniesienia. Przymrużone, przekrwione oko natychmiast zaczęło łzawić i jeszcze bardziej piec. Głowa obróciła się w bok. - Jeśli tak ma wyglądać umieranie, to chciałbym żyć wiecznie. - pomyślał obolały. Ciało za namową umysłu, spróbowało powrócić się do pozycji siedzącej. Nie zidentyfikowany dotąd ciężar, przygniatał mu połowę ciała. Zrzucił z siebie gniotący balast, obracając się przy okazji. - Ups... Nurra bezwładnie przetoczyła się z brzucha na plecy, chrapiąc dalej w najlepsze. - Jak to szło? Piję by paść, padam by wstać, wstaję by ... się odlać? - pozycja siedząca, ogólne zmęczenie i ból ciała uniemożliwił płynne wstanie. Na czworakach odwlekł się z legowiska i zrobił swoje.
- Ale żółciutki. A jaki aromat. No no. Kto tu zagląda to tak wygląda )-:
Oddychając z nieukrywaną ulgą, rozejrzał się dookoła. Ból w prawej części szyi się nasilił. Spał widocznie w niewygodnej pozycji, naciągając mięśnie. Spróbował sobie przypomnieć, "co tu się, kurwa, odjebało?". Jak to możliwe, że ktoś nabił mu pizdę pod oko?

Siedzieli na okrągłych, wyciętych z pnia stołkach. Było ich pięciu. Gut'tor, Borrge, Gweek, Ortogg, i niemożliwie chudy jak na knura przystało, Slaff. Sędziowała im Nurra. Odwleczony pojedynek między dwoma wodzami wreszcie mógł zostać rozstrzygnięty. Rywalizacja o wodza-w-ucztach rozrosła się do pięciu pretendentów. Legendarna wytrzymałość Gweeka zostać miała zweryfikowana. Każdy z walczących trzymał w dłoni naczynie podobnej pojemności. Wygra ten, kto najdłużej usiedzi na swoim tronie. I tak pili kolejka za kolejką. - Po pierwszym, nie zakąszaju. Po drugim, nie zapijaju. Po trzecim, się nie skręcaju. Po czwartym, się przewracaju. - faktycznie to ostatnie powiedzenie kryło w sobie wiele prawdy. Z pijatyki odpadł Borrge. Piąty i szósty, pozostał tylko chudy i tłusty. - Po kolejnych dwóch, pamiętałem jedynie, że chciałem wstać. Chciałem... Siły opuściły me ciało, nogi odmówiły posłuszeństwa, a co piłem i było dalej? - nie zdołałem spamiętać. - To było na końcu.

Klan Ha'an krył wiele tajemnic. Wniósł do społeczności nowe siły, determinację i wiedzę, a najważniejsza z tych trzech była wiedza, poparta umiejętnościami praktycznymi. Przyłączając się tropicieli, włóczęgów, przybłęd, myśliwych i innej maści wygnańców, uzupełnili szeregi o najcenniejszą rzecz z punktu widzenia żołnierskości. W posag zawartego mirażu, wniesiono cztery olbrzymie dzbany płynu. Każdy z nich, niesiony przez dwóch rosłych, rdzennych mieszkańców. Gliniane naczynia postawiono na środku, aby każdy miał doń dostęp. Korki w szyjkach, szczelnie odcinające powietrze od cieczy, wykonane z kory tutejszych drzew, wyciągnięto z głośnym wystrzałem. Słodka woń owoców z napęczniałych bukłaków mieszała się z mocnym, karmelowym aromatem brązowego płynu. Jeden z trunków, zamknięty przeturlano po piasku, w kierunku blaszanych potworów, ziejących ogniem. Niezły ubaw miało trzech Thurgów, widząc mocujących się z zamknięciem rodianina i młucącego w miejscu skrzydłami toydarianina. Płynnym cięciem "nowy" odciął szyjkę od korpusu dzbana, tuż pod rękami ściskającymi dwa olbrzymie uszka. Zlękli się dwaj rebe-mnicy celności ciosu, choć szacunku do napitku nie miał zielonoskóry z trąbką. Chwila minęła i padł sztywny po wychyleniu dwóch dużych łyków z metalowego, podróżnego kubeczka. Wyśmiany gromkim śmiechem przez schodzących się kompanów, przez najbliższe kilka godzin będzie pełnił wartę przy łóżku lub polowym hamaku, rozwieszonym w dużej ilości, między palmami. - Ha ha. Słabe istoty z kosmosu. - No ba, ha ha. Będą musieli rozcieńczać. - Ha ha ha. Gamorrańska przepalanka na cukrze. - Hłe, hłe, hłe. Się wie.

Nieliczne kwiczące i podniesione głosy, przebijały się przez muzykę płynącą z bębnów i piszczałek. Opróżniano powoli, podawane z rąk do rąk naczynka. Wypominki o wyczynach zmarłych gładko przeszły w przechwałki o tym, kto jaką ranę złapał bądź bliznę posiadał. - A pamiętacie tego... no... jak mu tam było? - Ymruka? - Hy hy, co mu to małego ucieli. - Khe khe, ano. - Faktycznie małego mia hu hu hu.

Noc trwała w najlepsze, a przeklęci ci, na których wypadło pełnienie warty. Ciągnęli gałązki. Dwie najdłuższe, dwie najkrótsze i dwie nacięte na środku. Odbiją sobie rano, pijąc tyle, ile będą w stanie, ażeby im się łatwiej zasypiało. Tak przynajmniej postąpili zgniłozieloni wojownicy. Sprawiedliwy los, nie mylić z hazardem. Nieliczni najemnicy, ośmieleni nadzwyczajną jasnością umysłu po spożyciu trunku, ciekawie zaglądali do grupek wojowników siedzących i gaworzących po swojemu przy ogniu. Rozpoczęcie wymiany barterowej nie wymagało znajomości języka. Nierzadko też dochodziło do pozytywnych skutków owych "konwersacji". Jedni i drudzy uważali, że pozbywają się niepotrzebnych im rupieci, wymieniając je za coś, czasem wręcz bezcennego w ich oczach.

Nurra, Gut'tor i Gweek przechadzali się wzdłuż plaży, omawiając sprawy ważne, związane z przyszłością powiększonego klanu. Wskazywali różne kierunki i strony, nierzadko przechodząc kilka kroków przed siebie, w ciszy. Jeden mianownik pozostawał zawsze ten sam. Pola Śmierdzących Stóp. To tam mieli uderzyć na początku, choć i z tego to kierunku nadeszły pokraczne bestie oraz przyleciały znad wody buczące ropuchy, wypluwające wojowników. Szczęście czy przeznaczenie - nie miało wielkiej różnicy. Czas wykonać krok w przód. Nie mogli wiecznie uciekać, chować się lub dzielić siły na pół, czy więcej części. Wszelkie tradycje zostały zerwane miesiące, jeśli nie lata temu. Zasad było kilka, a każda z nich prosta.
- ...
- Nie mieszano się z obcymi istotami, pokroju ludzi i im podobnych.
- Wszelkie sprawy załatwiano wyłącznie między klanami.
- Tradycja, obrzędy i wiara w duchy przodków stały ponad konfliktami i podziałami.
- Honor danego knura lub Matrony szedł równo w parze, wiążąc się z reputacją.
- Dane słowo często było walutą, równie drogocenną co materialne bogactwa.
- Pakty, układy i sojusze przypieczętowane przelaną krwią, nie mogły zostać zerwane.
- Walki, spory, konflikty rozstrzygano w jedynym, akceptowalnym przez społeczeństwo i odwiecznie prowadzonym sposobem - walką wręcz.
- ...
Było jeszcze ich kilka. Od większości były nieliczne, uzasadnione wyjątki lub dopuszczalne odstępstwa na małą skalę, traktowane z przymrużeniem oka lub uznawane jako dozwolone w danej sytuacji. Wielka Rada Klanów już dawno przestała istnieć, by je wszystkie respektować i kultywować. Wymordowanie delegatów - czyli po trzech najstarszych Gamorrean lub Matron z każdego klanu, spowodowało zaprzestanie ich gromadzenia się na wiosnę w celu omówienia planów, przedstawienia szykujących się konfliktów, przedmiotów sporów lub ustalenia pokoju między zwaśnionymi stronami. Na "zimę", której nie zaznano od stuleci, walki zamierały. Czyniono przygotowania i wojny podjazdowe, tarcia na granicach terenów dwóch lub więcej społeczności, badano teren i zbrojono się. Robiono zapasy na dalekie przemarsze, umacniano i rozbudowywano fortece. Odbudowywano knurzy potencjał, poprzez częstą prokreację. Mimo że kobiet było mniej, traktowano je z szacunkiem i rodziły często liczne potomstwo. Zatrudniano przybyszy z nieba lub gwiazd, by spisali historię, opowieści lub dokonania danej grupy gruboskórnych, humanoidalnych istot. Przechadzając się po okolicy, trójka gamorrean przystawała i zamieniała po kilka zdań w asyście droida - zdalniaka "Oczka". Chętnych nie było dużo, choć na widok Kittani, Nurra się nieco wzburzyła. - A ta, czego tu znowu chce?

Przystanąwszy przy jednej z połączonych grup bersekerów, siedzącej dookoła ogniska, Gweek przysłuchiwał się przechwałkom każdego z nich. - Co to nie on... - zacichotał, słysząc zaczepki Gurnota. Jego niepozorny wygląd nijak miał się do potwierdzanych legend przez jego kompanów, a co w wątpliwość podawali Gweekowi żołdacy. Bajki należy opowiedzieć, legend wysłuchać, plotki zweryfikować. Stając naprzeciw niego na ubitym piachu, mieli zetrzeć się, aż do pierwszego upadku. Jednoczesne uderzenie w pysk, cios za cios, zakończyło rywalizację. Z pizdą pod okiem, wódz doznał naprawdę ciężkiego nokautu. Po wymianie jednego sierpa z Gurnotem "Szybkie Pięści" musiał ustąpić pola, po kilku minutach dopiero dochodząc do siebie. Przy tym pytał - Gwiaaaasty? Wszyyyndzie wirujooo. Gdzieee joooo jestęęę? Jego sekundanci poddali walkę, choć przeciwnik długo chwiał się na miękkich nogach. Musieli zweryfikować mu przydomek z "Szybkie Pięści" na "Kamienna Pięść" czy wręcz "Stalowa Pięść" bo kaliber powalonego niedowiarka miał swoje gabaryty, a co najważniejsze - zdążył mu jednocześnie oddać, niszcząc przy okazji ksywę "Szybki".
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 237
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 12 Cze 2018, o 20:05

Z początku zignorowała zupełnie Ewoka, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, poza tym miała ważniejsze sprawy na głowie i pewnie wszystko inne mogło poczekać. Zdawało jej się, że może zająć się swoimi sprawami aż do momentu, gdy ten znów się pojawił i to z... bukietem marchewek. Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, o ile było to możliwe. Marchewki? Karmi ją? To kwiaty?! Teraz jednak niewielka istotna rozgadała się na dobre, w dodatku najwidoczniej urządzenie tłumaczące działało sprawnie, co nie zmieniało faktu, że słuchając nie dowierzała temu, co słyszy.
On ją podrywał.
Omal nie palnęła się łapką w głowę.
Nie chciała łamać serca biednemu stworzeniu, ale musiała trochę sprowadzić go na ziemię, bo najwyraźniej się rozkręcił.
- Posłuchaj - zaczęła powoli. - Nie mam teraz czasu na twoje zaloty, w ogóle... nie obraź się, ale nie jestem zainteresowana. Dopiero zakończyła się walka, w której też brałam udział, mam jeszcze sporo rzeczy do załatwienia, proszę zajmij się sobą, albo pomóż innym.
Po tych słowach odwróciła się i poszła w stronę obozu rebeliantów by porozmawiać z Mai'fach.

Kobieta na szczęście znalazła dla niej nieco czasu, choć Mirax widziała, że nie czuła się w tej rozmowie komfortowo. Mimo to doceniała chęć komunikacji. Opowiedziała kobiecie wcześniej pokrótce o swojej sytuacji, ale rozmowy nie dokończyły, teraz chciała to zrobić, w szczególności poruszając kilka kwestii, które ją trapiły.
- Wszyscy patrzą na mnie jakbym była jakimś upiorem, czy możesz mi powiedzieć, co jest ze mną nie tak? Sama nie rozumiem, co się działa i jak się stało, że doszłam do obecnego momentu i w takiej formie.
Kobieta nie odpowiedziała od razu, jakby się wahała, ale zaraz potem zdecydowała się podjąć temat.
- Twoja obecnosć w kuahibańskim ciele jest zagadkowa. I... Zupełnie nie wiem nic na pewno. Zdajesz się być w porządku, przyznaję. Jednak Twoja aura... Wybacz. Nie dziw się ale jesteś niczym upiór. Cień kogoś, kto nie powinien istnieć w tym miejscu i czasie... Przykro mi, ale tak to odbieram.
Nie bardzo rozumiała, o co w tym chodzi. Nie powinna istnieć?
- Sama nie pojmuję tego, co się stało. Mówiłam ci, co się wydarzyło i jak znalazłam się w tym ciele, ale jak do tego doszło... - westchnęła i zaraz potem kontynuowała. - Słyszałam, że mówiliście o Jainie, jak się domyślam to jakaś wasza przywódczyni... czy po tym, co ci opowiedziałam, jest możliwe, żebym otrzymała pomoc z waszej strony?
Może ona byłaby w stanie wyjaśnić jej kilka trapiących ją kwestii? Może udzieliłaby wsparcia? Miała na to nikłą nadzieję, jednak słowa Mai'fach ostudziły jej zapędy.
- Tak, Jaina to nasza przywódczyni. I chyba jedyna osoba, która mogła by Ci naprawdę pomóc. Nawet udało mi sie z nią porozmawiać w Twojej sprawie. I... Cholera... Ona nie jest jeszcze gotowa na spotkanie z Tobą. Mało tego, kazała mi Ciebie pilnować i jednocześnie nie rozmawiać z Tobą i dystansować się. Ale Jaina nie widziała tego co ja. Jest w Tobie dobro... Nie widzę tego zła, którego ona się obawia.
- Rozumiem, że dostrzegacie we mnie coś, co was niepokoi, ale naprawdę nie wiem o co może chodzić. Staram się naprawić własne błędy i odpokutować to całe zło, które pojawiło się za moją sprawą. Gdybym miała wtedy więcej wiedzy i umiejętności... możliwe, że nie doszłoby do tego nieszczęścia na Taris. Ciężko być jednak osobą wrażliwą na Moc, żyć z tym piętnem i bać się każdego cienia na ścianie.
Przełknęła ślinę i zamilkła na moment. Życie na Taris nie było łatwe, a z czasem tylko wszystko się pokomplikowało. Trwała w samym środku tego wszystkiego i nie radziła sobie. Nikt nie był w stanie jej pomóc, a jej mistrz okazał się zdrajcą, który chciał ją oddać Imperium, choć jednocześnie do końca w nią wierzył - był specyficznym, dziwnym człowiekiem. Podniosła wzrok na kobietę.
Zaraz potem opowiedziała jej o tym, co zaczęła widzieć po bitwie o upiorach czy zjawach, czy cokolwiek to było.
- Wiesz... widzę te dziwne zjawy... wszystkich, których życia pozbawiłam. Wcześniej ich nie było, nie wiem skąd to i dlaczego. Tak jak ja jesteś wrażliwa na Moc, wiesz o co może chodzić?
- Zjawy... Nie pomogę Ci. To może oznaczać wszystko. Naprawdę. W twoim przypadku to może być WSZYSTKO
Ta odpowiedź niestety jej nie zadowoliła, ale czego innego mogła się spodziewać? Mimo wszystko doceniała, że Mai chce z nią rozmawiać i wykazuje pewną dozę ostrożnej sympatii. Domyśliła się też, że najwyraźniej kobieta także nie jest przeszkolona w Mocy, albo ma to przeszkolenie tylko szczątkowe, podobnie zresztą jak Mirax.
- Co będzie dalej? Trafiłam do was przypadkiem, choć może Moc tak chciała.
- A pytanie o to co dalej nie powinno być skierowane do mnie. Nawet jeżeli Moc Ciebie do nas skierowała to ja nie potrafię dostrzec jej dalszych zamiarów. Choć... Może... Może to nie Moc? Może to Twoje własne decyzje doprowadziły Cię do tego momentu?
- Nie wiem, może. Chce jednak wierzyć w to, że jest w tym jakiś sens i nie bez powodu...
W tym momencie Mai'fach zrobiła się blada. Mirax widziała to nawet przy słabym świetle, półmroku, który zaczynał pojawiać się nad plażą.
- Mai? Wszystko w porządku? - zeskoczyła i chwyciła manierkę z wodą podając kobiecie. Czuła przez Moc zafalowała i jakby zgęstniała wokół niej. Nie rozumiała co się dzieje, ale na fali swoich doświadczeń mogła wywnioskować, że coś się działo niedobrego. Bała się tylko, że może to być jej wina. Skupiła się, starając zorientować się w Mocy, co się dzieje.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 596
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Nantel Grimisdal » 13 Cze 2018, o 20:59

- Jak tylko będzie okazja, musisz porozmawiać z Jainą. Ma większą wiedzę niż ktokolwiek z nas. Powinna się wami zająć.
To kończyło ich rozmowę. Nantel miał jeszcze wiele pytań, ale teraz czas na nie się wyczerpał. Będzie musiał poczekać na kolejną okazję albo i na spotkanie z przywódczynią Rebeliantów. Każde z nich odeszło w inną stronę obozu zająć się swoimi sprawami. Nantel i Nadia wrócili do Shooting Stara, z którego wzięli swoje rzeczy, zanim statek miał odlecieć. Zrobili przegląd uzbrojenia i pomogli przenieść resztę ładunku na drugi frachtowiec, by Ka'aval miała całkiem puste ładownie.
Mieli chwilę odpoczynku. Wtedy nad taflą jeziora został zauważony ścigacz, do którego jednak nikt z zebranych nie próbował strzelać. Pewnie były to kolejne części sił rozproszonych po planecie. Transporter wylądował przy grupie najemników Besadi i wyszło z niego dwunastu ludzi, a wśród nich... Anton, Potis i Lori. Ten pierwszy nie wyglądał na szczęśliwego widząc Nantela, ale pozostała dwójka na ich widok się ucieszyła. Pobity przez mechanika najemnik wciąż miał sińce i strupy na twarzy. Trzymał się z tyłu. Za to pozostała dwójka uchodźców ze stacji Etros podeszła się przywitać.
- Znowu się spotykamy!
- Cześć! Widzę, że też trafiliście do sił huttów.
- No jakoś tak wyszło. W sumie dzięki tobie się udało. Jak zobaczyli nas tam na Ylesi z Antonem, to nie chcieli nas przyjąć. Dopiero następnego dnia zatrudniliśmy się z łapanki u tego drugiego hutta, Beji. Tym sposobem ominęła nas przepychanka między nimi, bo przylecieliśmy tutaj.
- I nawet przeżyliśmy - dodała Lori z uśmiechem - wracamy właśnie z Nielegalnego Miasta.
Uścisnęli sobie ręce. Było to ciekawym symbolem, jak wspólny cel może łączyć ludzi. Choć ich poprzednie spotkanie dalekie było od przyjaznego, to jednak znaleźli wspólny język. Czasem los dziwnie łączy znajomości w Galaktyce.
W tym momencie czwórka z przybyłych najemników wyniosła ze statku ciało ishi tiba i zapakowała je na ścigacz. Wyniosła też z niego dwa z pozoru zezłomowane droidy B1 i worek jakiegoś sprzętu i rzuciła na plażę.
- Potis, dowodzisz grupą - odezwał się jeden z czwórki - Spróbujcie rozebrać z tych droidów co się da i naprawić te osobiste generatory tarcz. Zużyliśmy je w mieście a jeszcze przydadzą się naszym ludziom w następnych walkach.
- O, to widzę, że znalazła się robota dla mnie - Nantel sięgnął po sprzęt - Wiecie, jak jesteśmy po jednej stronie, to trzeba się skupić na tu i teraz, a nie rozpamiętywać. Pomogę wam.
- Dobra, mów, co mamy robić.
Dość szybko rozrzucili na piasku zawartość dużego worka, która okazała się być kilkudziesięcioma zużytymi lub uszkodzonymi generatorami tarcz osobistych. Widać było, że wiele z nich ściągnięte z trupów, sporo było nadpalonych od przeciążenia albo jakiegoś wybuchu. Droidy nie nadawały się już do niczego, ich procesory i części motoryczne były rozwalone, za to w obu przetrwało trochę obwodów i główne źródła zasilania. Można je było wykorzystać do naprawy. Nantel zorganizował swoich pomocników i przydzielił ich do zadań. Dwójka dawnych uchodźców zajęła się rozkręcaniem generatorów i dzieleniem na te rozwalone doszczętnie i na te do naprawy. On sam z Nadia zajęli się wyjęciem źródeł energii droidów i zrobieniem prowizorycznego połączenia do baterii generatorów. Kiedy tak pracowali, zaczęło im się przyglądać coraz więcej najemników. Nantel nie widział wcześniej wśród nich zbyt wielu znających się na technice, ale kilku coś tam potrafiło dłubać. Po chwili podeszli też pytając, jak mogą pomóc. Ci, którzy nie znali się na naprawach przyglądali się ich pracy, a potem podchodzili, by popatrzeć albo towarzysko pogadać. Nim się spostrzegli, obóz najemników przeniósł się wokół ich prowizorycznego warsztatu i stali się centrum integracji. Przynajmniej ludzkiej części sił. Nawet Anton w którymś momencie przestał się boczyć i podał Nantelowi kilka narzędzi. Na małym skrawku plaży zadziało się coś niesamowitego. Gdy gwiazda Gamorry powoli zachodziła, podeszło do nich nawet kilku knurów, zainteresowanych technicznymi nowinkami. Ludzie ustąpili im kawałek miejsca i oni także pomogli w naprawach na swój knurzy sposób oceniając stan sprzętu. Gdy skończyli, rozdali te generatory, które dało się naprawić po równo między ludzi i gamorrean. Potem częściowo się rozeszli, zająć się ostatnimi sprawami przed ucztą, ale grupka techników - i ludzi i knurów - do świętowania zasiadła razem, połączona teraz niewidzialną więzią wspólnej pracy i fachu.
Nim rozeszli się do poszczególnych grupek, Nantel, Nadia i reszta techników stanęli razem i wsłuchali się przemówienia przywódców skierowane do nich wszystkich. Przed tym było tez uczczenie poległych, a przynajmniej tego patrząc na knurze tradycje się domyślał. Słuchał uważnie, co mieli do powiedzenia i jakie były przyszłe plany. W tej kwestii miał mało do powiedzenia. Był tu... nowy i właściwie dopiero poznawał wszystkich. No, może teraz z technikami znalazł wspólny język. Po przemowach zaczęła się właściwa część imprezy. Grupka znajomych, do której teraz już należał poszła w jeden kąt i zaczęła się integrować. Długo, choć Nantel starał się zachować trzeźwość umysłu. Zabawa trwała i wdział, jak wielu wojowników i najemników odreagowało w końcu stres dzisiejszych walk.
Kiedy uczta miała się już ku końcowi i biesiadujący rozeszli się już do swoich grupek każda w inną stronę plaży, Nantel i Nadia też wybrali się na spacer wzdłuż brzegu jeziora. Po wydarzeniach dzisiejszego dnia i hałaśliwej biesiadzie, podziwianie lokalnej flory i nocnego krajobrazu było szansą na wyciszenie się i jego, i jej. Nie uszli jednak pięciu kroków poza obóz, gdy niedaleko obozowiska najemników dostrzegli rozmawiające nad brzegiem jeziora Mai'fach i to dziwne złowrogie stworzenie.
- Ostrożnie - szepnęła do niego Nadia i mocniej chwyciła go za rękę, widząc, że przygląda się ich rozmowie.
Ostrożność musiała jednak zejść na drugi plan. Dosłownie w tym samym momencie obydwoje poczuli, jak nieokreślony przepływ Mocy uchodzi z Mai'fach i kieruje się w stronę stworzenia. Kobieta zachwiała się i upadła na piasek, a oni poczuli znajome, złowieszcze odczucie Istoty z Etros.
Pierwsze co zrobił, to chwycił swój kastet w kieszeni, ale od razu go puścił. Nie, najpierw ratunek. Trzeba chronić przywódczynie rebeliantów a nie rzucać się z agresją wywołaną strachem przed dziwną istotą. Musiał działać szybko. Nie miał pojęcia, z czym przyszło im się tutaj mierzyć, ale najwyraźniej Ciemna Strona znowu próbowała tu oszukać wszystkich i być może pozbyć się zagrożenia ze strony wyszkolonej w Mocy. Działał instynktownie. Nie mógł pozwolić, by ta istota wchłonęła energię Mai'fach czy cokolwiek próbowała zrobić. Musiał chronić przed nią Nadię i resztę Rebeliantów. Rzucił się do biegu, łapiąc się też na tym, że odruchowo sięgnął po wsparcie Jasnej Strony, która od czasu walki z Duchem z Etros stale przy nim była gdzieś w zasięgu, na granicy odczuwania. Znowu liczył na jej wsparcie, chociaż nie potrafił nawet określić jego natury.
Dopadł do miejsca, gdzie stały. Z całej siły i całym swoim ciężarem odepchnął dziwną istotę, licząc że wrzuci ją do wody i zdekoncentruje. Mai'fach zaczynała się już powoli podnosić z ziemi. Była przytomna, ale chwiała się i miał wrażenie, że nie do końca potrafi skupić na czymś uwagę. Chwycił kobietę pod ramię i odciągnął od brzegu. Ta szła mimowolnie za nim i coś próbowała powiedzieć, ale nie potrafił zrozumieć, o co jej chodzi. Nie miał pojęcia, jak przerwać ten przepływ Mocy, ale liczył, że odległość coś pomoże.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
0000000
+++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 276
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 14 Cze 2018, o 16:04

Wieczerza nadeszła szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Każdy zajmował się sobą, niemalże zapominając o niedawno rozegranej bitwie. Pomimo początkowego podziału na wyraźnie odmienne obozy ludzie oraz gruboskórzy mieszkańcy planety zaczęli się mieszać, wspólnie podejmując różne zadania. Knury ze względu na siłę dźwigały największe ciężary, pomagając uprzątnąć poległych braci z plaży czy też przenieść części robotów. Rebelianci oraz najemnicy posiadający jakiekolwiek wykształcenie w kwestii medycznej zajmowali się ich poważniejszymi ranami, wobec których skuteczność ziołowych papek mogła być mizerna bądź zbyt czasochłonna. Ci z zacięciem technicznym zgromadzili się przy Nantelu, który przy pomocy mieszkanki ludzi oraz knurów naprawiał kolejne tarcze. Był to widok niemalże niespotykany na co dzień - siła knura oraz precyzja najemników pozwala na odratowanie rzeczy, które później zostały wspólnie rozdane pomiędzy wszystkich obecnych - bez względu na rasę czy przynależność do danej grupy. Podobnie przedstawiały się posiedzenia zgromadzone wokół ognisk, gdzie alkohol w znacznie większych ilościach spożywany przez klan niż przez ludzi łączył w alkoholowym upojeniu wszystkich zgromadzonych. Knury chwaliły się swoją siłą, bronią która była obecna w ich kulturze od setek lat czy też mocą alkoholu. Jednocześnie przyglądały się wszystkim nowikom technicznym oraz broni, której używali ludzie. Więzi zacieśniały się z godziny na godzinę a oba obozowiska powoli przekształcało się w jedno, ogromne zbiorowisko istot które łączyło coś większego. Połączyła ich wspólna idea i pragnienie wolności - na ojczystej planecie, wykupiona ciągłą walką czy też opłacona z polecenia Huttów.
Kittani cieszyła się widząc, jak trzy odmienne grupy stanowiły teraz jedność. Zanim mogła dołączyć do pozostałych wraz z dowódcą najemników przeprowadzili rozmowy dotyczące sytuacji w wulkanie oraz w Nielegalnym Mieście. Damon spisał się na medal, chociaż zaskoczone świnie wewnątrz wulkanu nawet nie podejmowały poważnej walki. Udało im się pojmać kilku jeńców, co z pewnością ucieszy klan Nurry oraz Gweeka. Sytuacja w wulkanie zdawała się być w miarę spokojna i w pełni kontrolowana. Kittani poleciła dowódcy dokładną inspekcję zasobów, które zostały obecne w wulkanie - szczególnie wszelkie pojazdy oraz myśliwce pozostawione po śmierci Hutta. Obecni mechanicy oraz technicy mieli wstępnie ocenić ich stan oraz zasoby paliwa. Ważne było również zgromadzenie większych zapasów dla załogi Lucka, jednak kobieta wyraźnie zaznaczyła, aby zostawić coś dla klanu Nurry. Nieznacznie większym zmartwieniem było Nielegalne Miasto - w mieście obecne były nadal pojedyncze walki, jednak nie były już one zakrojone na tak szeroką skalę i nie stanowiły zagrożenia dla przejęcia miasta. Głównie rozchodziło się o mieszkańców, którzy wskutek zajęcia miasta przez Besadii podzielili się na dwa obozy. Bogatsi mieszkańcy widocznie stali po stronie Obrogga i podejmowali próbę buntu, podczas gdy biedniejsza część miasta wspierała Nurrę.
Co do matrony - nadal zdawała się być piekielnie zazdrosna o Gweeka. Kobieta uczestniczyła w całej modlitwie oraz obrzędzie klanu ze względu na szacunek do ich tradycji. To oni byli prawowitymi właścicielami tych ziem, podczas gdy ,,przyjaciele z niebios" byli gośćmi korzystającymi z ich dobroci. Obrzęd w istocie był piękny i poruszający, jednak gdy chwila zadumy nad zmarłymi minęła niczym niesiona podmuchem wiatru a alkohol znowu zaczął się lać litrami, Kittani postanowiła opuścić chwilowo towarzystwo i jak to miała w swoim zwyczaju czuwać nad wszystkim z boku. Po nietęgiej minie Nurry zapewniła ją, że zdecydowanie woli ludzkich mężczyzn od silnych knurów a Gweek - podobnie zresztą jak ona sama oraz cały jej klan - są dla niej serdecznymi przyjaciółmi, którym zawsze pomorze bez względu na wszystko. Dopiero gdy matrona usłyszała, że wspólnie wyruszyli na jej poszukiwania ponieważ obydwoje zamartwiali się o jej los powróciła niezłośliwa Nurra i wreszcie odpuściła temat odwiecznej zazdrości. Brunetka zapewniła również, że całkowicie zrozumie jeżeli pozostaną już na zawsze na Gamorrze - wszak ktoś musiał sprawować władzę. Kiedyś ich drogi musiałyby się rozejść i tak.
Podczas powrotu w stronę obozowiska kobieta usłyszała szepty na plaży. Nie chciała być wścibską, toteż zachowała znaczną odległość aby uniknąć przypadkowego podsłuchiwania. Nagle z dwóch głosów zrobił się szum - jakby ktoś nagle dołączył do owej intymnej rozmowy. Chwilę później brunetka usłyszała brodzenie w wodzie i niemalże plusk świadczący o tym, że ktoś nagle wylądował w jeziorze.
- Co jest do cholery... - kobieta mruknęła odsłaniając dłonią gąszcz roślin, który uniemożliwiał jej dostrzeżenie co zaszło na plaży. Podejrzewała pijanego najemnika który przegrał nieuczciwą walkę z grawitacją po alkoholu. Ujrzała jednak wszystkich mocowładnych zgromadzonych w jednym miejscu. Tajemnicze stworzenie, teraz zmoczone od stóp do głów wyglądało na wyraźnie zaskoczone takim obrotem sytuacji. Mai'fach zdawała się podpierać o Nantela. To już było podejrzane. Co Moc obecna w tym miejscu przekazywała zebranym? Tego już nie mogła wiedzieć.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 270
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 15 Cze 2018, o 21:37

Oczy Palpoo zamieniły się w wielkie lśniące paciorki. Zaniemówił i znieruchomiał. Ona go kocha! Powiedziała to wyraźnie, pamiętał przecież jej słowa.
- Posłuchaj - zaczęła powoli. - Nie mam teraz czasu na twoje zaloty, w ogóle... nie obraź się. - Nie chciała go obrazić, a przecież była taka delikatna i urocza. Uważała na jego uczucia. Zależało jej na nim. A potem dodała.
-Dopiero zakończyła się walka, w której też brałam udział, mam jeszcze sporo rzeczy do załatwienia, proszę zajmij się sobą, albo pomóż innym. - Jest wojowniczką tak jak on, i walczyła z knurami. Musiał się dowiedzieć, zabrał się do rzeczy zupełnie źle. Ona wskazała mu drogę. I odeszła. Wiedział już co musi zrobić. I zrobi to choćby miał paść z wycieńczenia. Patrzył chwilę za odchodzącą puszystokitą istotą. Krew odpłynęła mu z mózgu a wszystkie systemy działały w trybie podtrzymywania życia, nie wiedział ile czasu tak stał. Zapewne niezbyt długo bo Kushibanka zniknęła mu z oczu a już gnał co sił w kierunku obozu knurów.

- Białokita wojowniczka o pięknych uszach i zabójczym spojrzeniu, czy walczyć z wami raczyła drodzy towarzysze?
- Co kurwa? - Knur patrzył na Palpoo jak na istotę z innego świata. Coś musiało mu się stać w vokabulator.
- Zali pytam jakże stawała niewielka istota o futrze puchatym?
- Temu chyba chodzi o Białą Śmierć. - Koło Palpoo znalazło się kilku Gammorean z którymi walczył już wcześniej. Znali Palpoo i byli zaskoczeni nagłą zmianą w jego wypowiedziach.
- Biała Śmierć, zali aż tak wielką wojowniczką jest ma wybranka.
- O Futrzaty przyjacielu, cięła wojowników w dzwonka tym swoim świecącym kijem.
- Wypruwała flaki!
- Urzynała głowy! Ledwośmy za nią nadążyli!
- Ach miłości moja, lepiej me serce trafić nie mogło piękna, zabójcza, kocha mnie. Lecz cóż uczynić by jej zaimponować.

Palpoo zmartwił się mocno, jego futerko dalej śmierdziało, a w morderczych zdolnościach z pewnością nie dorównywał swojej wybrance. Wszak mordowała Gammorean z łatwością i urokiem, podczas gdy on musiał się zdrowo napocić by zabić choć jednego. Podłamany ruszył w obóz, nasłuchując i zdawkowo rozmawiając z towarzyszami. Spotkał niedobitki, które wróciły z domu pędraków, zapłakał nad śmiercią Lato, wraz z jego braćmi. Napił się bliżej nieznanego trunku z Guttorem. Lecz w głębi wciąż rozważał słowa wybranki. "Proszę zajmij się sobą, albo pomóż innym"
Idąc w ten sposób dotarł na wydmę z której rozciągał się widok na jezioro. Spostrzegł niedaleko jakieś postacie. Wyglądało jakby kobieta rozmawiała z kimś małym, z kimś kto bez wątpienia był jego wybranką. Nagle zrozumiał. Patrzył na niewielką istotę rozmawiającą z człowiekiem. Musi być lepszy, musi pomagać innym. Całe życie pomiatano nim i myślał tylko o sobie. Ona o wiedziała, Ona chciała żeby był dobry żeby knury znów pytały go o radę. Chciała żeby był wielki. Pisnął radośnie.
Wtem jakiś mężczyzna rzucił się na jego wybrankę wrzucając ją do wody i odciągając kobietę, która z nią rozmawiała. Krew zawrzała w niewielkim wojowniku. Nie bacząc na godność padł na cztery i niczym demon smrodu pomknął w kierunku napastnika. Mężczyzna wyczuł go bądź spostrzegł odwracając się w kierunku Ewoka, ten jednak zamierzał rozprawić się z nim później. W pełnym biegu wyskoczył w górę długim szczupakiem, jego oponent musiał puścić Mai'fach starając się równocześnie obronić przed atakującym Palpoo. Robienie dwóch rzeczy na raz nie było dobrym pomysłem. Podobnie jak próba uniku przed piekielnie zwinnym przeciwnikiem. Palpoo przemknął między nogami Nantela zawadzając o coś po drodze. Nie zatrzymało go to gnał co sił w łapkach w kierunku wody pragnąc uratować swą wybrankę! Jeszcze jeden skok i z chlupotem wylądował przy mokrej białej postaci zachlapując ją wodą. Chwycił ją mocno i zaczął ciągnąć w kierunku brzegu piszcząc głośno.
- Nie bój się pani, albowiem zaraz Cię uratuję, a potem skarcę tego nędznika co raczył napaść damę.
Bystre oczka Ewoka wypatrywały mężczyzny który musiał być gdzieś na brzegu.

Integralność jaj Nantela pozostaje w gestii Quorna :D
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1636
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 15 Cze 2018, o 22:07

Nie miała bladego pojęcia co się dzieje, ani dlaczego Mai'fach zasłabła. Chciała jej pomóc i wesprzeć, ale właściwie nie zdążyła nic zrobić, ponieważ nagle pojawił się jakby znikąd mężczyzna. Wyczuła w Mocy, tak samo jak jego agresywne intencje, ale nie zdążyła niczego zrobić, skuliła się jedynie, przyjmując na siebie cios i chwilę potem znalazła się w wodzie. Natychmiast wypchnęła łebek nad tafle wypluwają wodę i spojrzała w stronę brzegu. W jej oczach malowało się bezgraniczne zdumienie i kompletny brak zrozumienia sytuacji, w której się znalazła.

***


Kilka godzin wcześniej

Medytowała. W jej życiu pojawiało się coraz więcej pytań i coraz więcej niewiadomych. Dlaczego wszystko tak się komplikowało? Żyła spokojnie, miała zwykłą, kochającą rodzinę i choć trwali w wiecznym niepokoju, potrafili odnaleźć szczęście w tym co posiadali. Nauczyła się wówczas wiele, jak być dobrą, pomagać innym, okazywać szacunek i empatię. Wszystko to jednak szlag trafił w momencie, gdy ich dom został napadnięty przez żołnierzy.
Zmieniło się wszystko.
I od tego czasu było tylko gorzej.
Przetrwała, dotarła na Taris, nadal pomimo tego, co ją spotkało, kierowała się zasadami wpojonymi w domu. Cierpiała i tęskniła za rodziną, ale żyła nadal, bo musiała, co tego by chcieli. To jednak słabo pomagało. Jednak robiła to, co kochała - pomagała innym, leczyła, okazywała troskę, starała się służyć radą.
A potem znów wszystko się popsuło.
Najpierw dziwne ataki na szpital, do tego dwóch nieznajomych jej ludzi, którzy nagle zapałali zainteresowaniem do jej osoby. Wiedziała, że coś jest na rzeczy, mogła się zaprzeć, ale tego nie zrobiła. Od tamtej pory było tylko gorzej. Mnóstwo ofiar, śmierci, cierpienia. Moc była z nią coraz silniej i coraz bardziej świadomie po nią sięgała. Uczyła się nowych rzeczy, a im więcej wiedziała i potrafiła, tym jej sytuacja się pogarszała.
Aż do tego przeklętego momentu na Taris.
Nadal nie rozumiała, co się stało i jakim sposobem mogło do tego dojść. Miała wrażenie, jakby minęły od tamtego czasu całe wieki, a nie ledwo kilka tygodni. Jak ze zwykłej dziewczyny zmieniła się w śmiercionośną broń? Jakie tajemnice były przed nią ukryte? Jaki los miał ją czekać? Wszyscy zdawali się jej bać, jakby lada moment miała zrobić coś nieoczekiwanego i śmiertelnie groźnego, ale ona nie chciała. Chciała robić to, co zawsze.
Chciała pomagać. Chciała leczyć i być wsparciem dla potrzebujących i rannych. Chciała zrobić coś dobrego, a przede wszystkim, chciała odkręcić cały ten bajzel. Może gdyby miała większą wiedzę odnośnie tego kim jest naprawdę, byłoby to prostsze? Póki co wszystko było tak bardzo zagmatwane, a ona czuła się w tym wszystkim zagubiona. Szukała odpowiedzi.
Miała nadzieję, że Moc ją poprowadzi właściwą ścieżką.

***


Chwila obecna

Zaraz potem pojawiła się kolejna postać, którą okazał się... Ewok. Oczy Mirax zrobiły się jeszcze większe, o ile w ogóle było to możliwe. Już chciała zadać pytanie, co jest grane i dlaczego w ogóle do tego doszło, ale nie zdążyła.
- Przest...!
Zaczęła gramolić się z wody, ale mała puchata kulka wylądowała obok niej chcąc pomóc wyjść z wody. Czy on był głuchy czy co? Czy nie dość jasno dała mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana?
- Nie potrzebuję ratunku, nic mi nie jest i nic nie rób, przemocą nie da się rozwiązać wszystkiego. - wyszła z wody kierując swój wzrok w stronę Nantela, nadal wyglądała na skołowaną. - O co chodzi? Co się stało? Chciałam pomóc, a mnie zaatakowałeś.
Jej uszy oklapły. Naprawdę nie rozumiała o co chodzi. Wszyscy odnosili się do niej w taki sposób, że naprawdę było to przygnębiające. Starała się jak mogła, a mimo to, wciąż ktoś patrzył na nią jak na zło wcielone. Pokręciła łebkiem zrezygnowana.
- Wybaczcie, cokolwiek się stało... nie wiem, co się stało, nie wiem o co chodzi, nie chciałam zrobić niczego niewłaściwego, tylko rozmawiałyśmy...
Czuła, że potrzebuje odpoczynku, że musi się odsunąć i wypocząć, ale czy znikanie i zamykanie się na wszystko było dobrym rozwiązaniem? W ten sposób chyba tylko wzmocni niechęć innych do siebie i podejrzenia, które musieli do niej żywić. Dlatego tak bardzo chciała rozmawiać z Mai i dlatego szukała pomocy, czego nie ukrywała przecież. Po prostu nie wiedziała, co się dzieje z nią samą i miała nadzieje, że jest ktoś, kto byłby w stanie odpowiedzieć na kilka jej pytań i rozwiać obawy.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 596
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 17 Cze 2018, o 22:52

Nantel zwiał się na plaży z bólu. Ewok był małym zmyślnym skurwysynem i wiedział gdzie bić by wyeliminować cel.
- Co za mały... - Nantel cedził przez zęby.
- Nantel! Język! - skarciła go Nadia.
Nadia nie wiedziała komu pomóc bardziej, jej oblubieńcowi czy Mai'fach, która słaniała się na nogach i zdawała się być nie mniej przetrącona niż Nantel. Palpoo nieporadnie próbował być usłużnym czego Mirax nie zauważała. A w zasadzie zauważała ale nie doceniała. Snu-snu jednak nic sobie z tego nie robił i na swój (przekręcony sposób) interpretował gesty i słowa.
- Proszę Cię, zostaw mnie. Ja naprawdę nie potrzebuje Twojej pomocy.
- Oczywiście, że nie. Pani jest nadzwyczaj zaradna. Palpoo będzie tutaj jednak stał i czekał. Może rozczesać jej futro?
Gweek i Nurra wyszli z krzaków na plażę, zwabieni hałaśliwym rozwojem wypadków. Zatrzymali się o kilka kroków od dziwacznie zachowującej się grupy i... zaczęli się śmiać. Faktycznie, para gamorrean wyglądała w tym momencie niczym stateczna para, która przyglądała się wygłupom swoich dzieci.
- Patrz. - Powiedziała Nurra. - To są nasi sojusznicy. Rebelianci. Pffffff.
- Hehehee. Taaak. Trochę śmieszni są, co? - Powiedział Gweek rechocząc.
Kittani, która do tej pory stała najdalej od zgrupowania postanowiła podejść do wszystkich.
- Hej. Co się tutaj dzieje? - Zapytała.
- Biją się. - Powiedzieli Gweek i Nurra.
- Ratują damy z opresji. - Wypiszczał falsetem wokabulator Palpoo.
- Ufffff... jaki ból... - Jęczał Nantel.
- Topią mnie... - Powiedziała Mirax po cichu. Wszyscy zamarli i spojrzeli się na Kushibankę.
Wtedy...

***

Dwa dni później odbyła się narada. Do tego czasu Mai'fach unikała Mirax. W zasadzie przez dwa dni trwania przygotowywań do narady wszyscy unikali Mirax. Może oprócz Palpoo. Ten nie odstępował Mirax na krok co i rusz znosząc jej nietypowe prezenty, deklamując improwizowane wiersze sławiące jej urodę. Stałym punktem programu była też nieskończona lista pytań czy wszystko u niej dobrze i czy może pomóc. Mirax nie była tym zachwycona a im bardziej oponowała tym więcej natarczywości wykazywał Palpoo.
Alienacja nie było niczym nowym dla kushibanki, ale tym razem wyraźnie czuła, że coś jej nie tak. Zbyt często Kittani bądź Nantel przyglądali się jej i szeptali coś do siebie. Zbyt często wszyscy schodzili jej z drogi i za mało było życzliwych słów; nawet gamorreanie, którzy przecież traktowali ją jak wcielenie jednego z duchów z ich panteonu wierzeń, odsuwali się od niej. Nie sądziła by się jej tylko "wydawało". Coś było na rzeczy.
Mai' bardzo szybko ogarnęła się po incydencie i po długiej rozmowie z Jainą i konsultacjach z każdym podjęła stosowne kroki i decyzje.
- Sytuacja jest napięta. - Powiedziała wchodząc do ładowni Ghtorca. - Czekali na nią między innymi Kittani, Mirax, Nantel, Palpoo oraz Gweek ale nie brakowało też innych przedstawicieli klanu Nurry, sił Besadi czy rebeliantów.
Mai' bardzo rzeczowo zaczęła opowiadać o aktualnej sytuacji. Nie próżnowała przez te dwa dni i na podstawie informacji uzyskanych od zwiadowców i z raportów z Nielegalnego Miasta i Wulkanu złożyła całkiem zgrabny kolaż.
- Mamy opanowany Wulakn, choć zgodnie ze słowami Damona kwestią czasu pozostaje ponowna próba odbicia tej siedziby. Musimy więc ją zatem jakoś wzmocnić. Potrzebujemy także zorganizować tam solidną bazę. Zaopiekować się poszkodowanymi, zapewnić prowiant, wyżywienie, zaplecze techniczne. Fenn ma niebawem przyprowadzić posiłki i dobrze by było gdyby miał gdzie je wprowadzić. Naprawdę... masa roboty.Ponowna utrata tego miejsca nie wchodzi w grę. Przeciwnik ma szerokie zaplecze my póki co mamy tylko wulkan. Musimy go utrzymać. Od zwiadowców Guttora i Besadi wiem, że ostatnie silne zgrupowanie klanu Obrogga pozostało w rejonie "Pól śmierdzących stóp" ale jest to raczej straż tylna bo większość sił ruszyła w stronę "Nielegalnego Miasta". Klan Obrogga z pewnością będzie chciał odzyskać miasto dla gamorrreańskich możnowładców, którzy go wspierają. Więc wzmocnienie nielegalnego miasta jest dla nas kolejnym priorytetem.
- Musimy wprowadzić kogoś do domu gubernatora. Potrzebujemy znać jego ruchy. Ktoś musi tam szpiegować. Nie mówię, że musisz być to Ty, Nantelu. Po prostu musimy dostać tam oczu i uszu. Imperium nie będzie zbyt długo ślepe. I myślę, że już od jakiegoś czasu zaczyna się bliżej przyglądać temu co się dzieje na Gamorr. Musimy mieć rękę na pulsie.
- Nurra mówiła też o kolejnych mniejszych klanach do których trzeba dotrzeć. Klany te chętnie przyłączą się do walki za naszą sprawę, no ale trzeba przed nimi stanąć i porozmawiać z nimi. Ich przedstawiciele już zaczęli pojawiać się na obszarze który kontrolujemy. (Czyli trójkąt - nielegalne miasto, wulkan i dom pędraków). Musimy tylko do nich dotrzeć. Musimy to wszystko dobrze rozegrać.

- Niestety ja będę musiała niebawem lecieć razem z Ka'aval na Lucrehulka. Muszę porozmawiać z Jainą. - W tym momencie Mai' spojrzała mimochodem na Mirax (obok, której siedział Palpoo, który sposobił się do tego by pogłaskać jej ogon. Wyglądał tak jakby miał się zmoczyć z podniecenia gdyby udała mu się ta sztuczka). Każdy zainteresowany od razu zrozumiał, dlaczego Mai'fach miała wracać. - Nim odlecę wyznaczę następce.
- Ok. Słucham... Co macie do zaproponowania.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5813
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

PoprzedniaNastępna

Wróć do Przestrzeń Huttów