Content

Przestrzeń Huttów

[Gamorra] - Gambit Knurów

Image

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Nantel Grimisdal » 18 Cze 2018, o 22:16

Nantel popatrzył po wszystkich zebranych. Byli zbieraniną różnych sił, z różnych ras i frakcji i każdy z nich miał swoje własne powody, dla których znalazł się na Gamorrze. Jednak wszyscy obecni byli zgodni co do jednego. Walczyli za sprawę Rebelii. Nawet chcąc, nie chcąc musiał przyznać, że ta złowroga istota w ciele kushibana robiła coś w tym celu. I chociaż nie znał jej motywacji, to działała.
Działanie. To właśnie słowo było związane z tymi, którzy tu byli. Każdy z nich postanowił zrobić coś dla lepszego jutra. Teraz przyszedł moment na kolejne kroki, na kolejne próby i niebezpieczeństwa. Osobno nie byli odpowiedni do takiego przedsięwzięcia, jednak razem się uzupełniali. jedynie ta dziwna istota wzbudzała jego nieustający niepokój i była zgrzytem w tej dobrze działającej machinie buntu przeciw Imperium, jaką stworzyli. Skoro jednak inni nie kazali jej iść jak najdalej od nich, to jej sprawę zostawił mądrzejszym w tych tematach od siebie, a sam z Nadią starali się po prostu trzymać z dala.
Mai'fach jasno przedstawiła następne działania, które musieli podjąć. Po jej przemowie każdy zaczął się zastanawiać, gdzie sprawiłby się najlepiej. Nawet knury wyglądały na niezwykle zamyślone, szepcząc między sobą. Stwierdził, ze odezwie się pierwszy, bo w głowie zaświtał mu już pewien plan działania.
- To ja zajmę się gubernatorem. I tak miałem to zrobić dla Beji Besadii, więc nawet mam już w głowie pewien plan na początek. Co potem, to się zobaczy, ale jest od czego zacząć. Podrzućcie mnie tylko do miasta, bo w tej dżungli przez rok się nie odnajdę.
- Ja z kolei poszłabym do tej bazy w wulkanie. - odezwała się Nadia - Już wczoraj z Nantelem rozmawiałam i stwierdziliśmy, ze przyda mi się spokojniejsze miejsce z dala od walk i wybuchów chociaż na kilka dni aż się do końca nie pozbieram po Ylesii - wzdrygnęła się na wspomnienia z planety.
- Na pewno przyda się dodatkowa para wprawnych rąk przy organizacji bazy - dokończył mechanik - A co zaś się tyczy twojego zastępcy, Mai'fach, to pozwolę sobie zauważyć, ze Kittani z tu obecnych chyba z każdą grupą potrafiła się dogadać i z tego, co słyszałem, to ona zebrała większość z nas do kupy na Gamorrze. Myślę, że da radę.
Tyle z jego strony. W spokoju wysłuchał opinii innych i deklaracji tego, co zamierzają robić. Gdy zebranie się skończyło, spakował cały swój mały dobytek do plecaka, łącznie z holokronem, beretkami oficera i bronią. Podzielił też kredyty, które dostał od Beto na kilka czipów i ukrył dobrze w kilku miejscach ubrania. Wiedział już, jak je wykorzystać.

***

Gdy przyszedł czas rozstań i pożegnań, spędził z Nadią naprawdę przyjemne chwile. Niestety nie trwały one tak długo, jakby chciał i wszyscy szykowali się do drogi. Grupa mająca zorganizować bazę w wulkanie ruszyła w swoją drogę. Kiedy odprowadził wzrokiem swoją ukochaną, wrócił do reszty i najpierw pożegnał się z Ka'aval, a potem podszedł do Mai'fach jeszcze raz z nią porozmawiać.
- Chcę zrozumieć czym jest Moc i zacząć się czegoś o niej uczyć i o tym, co potrafi. Czy masz może jakieś rady i wskazówki, od czego zacząć?
- Och... Nie jestem specjalnie szkolona. Po prostu medytuj. Szukaj spokoju w rozmyślaniach. Wyczuwaj życie wokół siebie. Staraj się obcować z mocą. Czy dowiesz się coś dzięki temu więcej? Nie wiem. Być może nie. Ale na pewno Ci to nie zaszkodzi.
- Dziękuję. Skorzystam ze wszystkich twoich wskazówek. Postaram się też dobrze wykorzystać wiedzę mistyczki Sharii, której holokron znalazłem. Może czegoś uda mi się o tej Mocy dowiedzieć - uśmiechnął się na zakończenie.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
0000000
+++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 290
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 20 Cze 2018, o 16:02

Ostatnie dni nie były dla niej łatwe. Po incydencie nad brzegiem jeziora wszyscy zaczęli ją unikać i ogólnie sprawiali wrażenie lekko przerażonych. Nie, nie sprawiali. Mirax czuła, że się jej bali, choć ona nie chciała nikogo skrzywdzić. Nadal nie wiedziała, co się właściwie wydarzyło i dlaczego Mai zasłabła, ale najwyraźniej obwiniali o to ją samą. Tak, jakby naprawdę chciała tego! Nie chciała, ale nie rozumiała też, co się z nią działo i dlaczego. Ciągle uczyła się o Mocy, wciąż starała się nauczyć panowania nad nią i tego, jak ją wykorzystywać we właściwych i dobrych celach. Niestety nie wszystko jej wychodziło i miała wrażenie, że z czasem to się pogłębia. Że dzieje się COŚ, co ją samą powinno przerażać. Czyżby jej zła strona wróciła? Miała z nią więź, dręczyła ją, ale myślała, że już sobie z tym poradziła... może zbyt wcześnie opuściła gardę. Wiedziała, że będzie musiała nad tym popracować.
Nie podobało jej się to, jak ją traktują, choć chciała z nimi rozmawiać otwarcie i niczego nie ukrywała, także własnej niewiedzy niezrozumienia pewnych zjawisk. Dlatego potrzebowała pomocy. Przez te dwa dni trzymała się na uboczu, choć nie uciekała przed wszystkimi. Skupiała się za to na samodoskonaleniu, medytowała, zbierała siły zarówno fizyczne, jak i mentalne. Wiedziała, że będzie jej to potrzebne.
Jedyną osobą, która jej nie unikała była Palpoo. Tak, dowiedziała się jak ma na imię jej adorator, a pomimo jej próśb, chodził za nią krok w krok. Musiała wymyślać coraz to inne fortele, by choć przez moment być samą. Zaczynała się irytować, ale tylko Moc sama wie, w jaki sposób udawało jej się zachować pełnie spokoju. Uciążliwa obecność Palpoo też było dla niej lekcją - cierpliwości i opanowania.
Potem nastąpiło zebranie, gdzie postanowiono ustalić dalsze działania. Mirax była wraz ze wszystkimi, ale lęk oraz zdystansowanie względem jej osoby było niemalże namacalne. Nastąpiło rozdzielanie zadań, aż w pewnym momencie Mai spojrzała na nią dość wymownie. Każdy zaczął zabierać głos, postanowiła więc i ona to zrobić.
- Nie ufacie mi, rozumiem. - powiedziała, gdy tylko wzrok wszystkich skupił się na niej. - Nie zrobiłam wam jednak niczego złego, wręcz przeciwnie, pomagałam w walce i później wspierałam rannych. Pomimo waszego niezbyt przychylnego nastawienia wszystko noszę, na wszystko się zgadzam i przystaje na wasze warunki, choć z rebelią nie mam nic wspólnego - jej głos był szorstki i surowy, słychać było tłumioną irytację, która zbierała się już od paru dni. - Mimo to chce wam pomóc, bo w ten sposób możemy zdziałać coś dobrego. Jeżeli moja zaangażowanie ma udowodnić moje szczere intencje, zgłaszam się na zwiad. Jestem drobna, szybka i zwinna, do tego mam po swojej stronie Moc. Jeżeli to nie udowodni wam, że naprawdę jestem po waszej stronie, to nic już tego nie zrobi. Rozumiem waszą ostrożność, ale jeżeli w taki sposób podchodzicie do sojuszników, to nie wróże wam kolorowej przyszłości.
Skończyła i owinęła się kitą, na którą próbował polować Palpoo. I to w sumie jej o czymś przypomniało.
- Dobrze będzie jeżeli Palpoo pójdzie do miasta. Ta wojownicza istotna niewątpliwie będzie dużym wsparciem dla pozostałych.
Tym razem naprawdę skończyła i czekała na zakończenie rozmów, rozdzielenie konkretnych zadać i kolejne przygotowania do ruszenia. Dlaczego wybrała zwiad? Poniekąd było to spokojne zadanie, choć okraszone niebezpieczeństwem. Mieli jednak rozeznać się w sytuacji, a nie walczyć, a walki miała już dość. Chciała się przydać w inny sposób i bez niepotrzebnego rozlewu krwi, choć nigdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie. No i mogłaby się pozbyć Palpoo. Nie tyle, że go nie cierpiała, co po prostu ją irytował i dekoncentrował, a wolała skupić swoje myśli na celu. I rzecz jasna udowodnić, że naprawdę chce im pomóc.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 610
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 21 Cze 2018, o 10:07



Dom Gubernatora
A- Wieża (Ściany są równe, ale paint krzywo rysuje). Na wieży są tarasy widokowe i pokój zabaw. Na wieży jest też zainstalowany holonet radiowy.
B- Dom mieszkalny. Rezydencja. Niemalże pałac. Ogólnie: luksus.
C- Lądowiska.
D- Warsztaty
E- Generatory, stacje uzdatniania wody i cała potrzebna infrastruktura techniczna.
F- BRAK DANYCH
G- Budynek nie działającej już dziś elektrowni wodnej. Obecnie dom służby.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 21 Cze 2018, o 22:30

Krótki odpoczynek był dla Palpoo niezwykle męczący. Kiedy tylko mógł starał się okazywać swe względy niedostępnej wojowniczce. Biała śmierć, lub też Puchata Rozkosz jak nazywał Mirax, konsekwentnie ignorowała jego zaloty. Lecz on się nie poddawał. Skoro prezenty i poezja nie działały potrzebował nowego podejścia. Wyjście było tylko jedno.
- Witaj Asharo,
Vocabulator zabuczał niskim głosem z akcentem koreliańskim. Kobieta westchnęła, odkładając powoli czyszczony właśnie element blastera. Nie była ślepa i spodziewała się rozmowy ze swoim puchatym przyjacielem. Palpoo pojawił się znikąd, wyzwalając ją i Mike'a od pewnej śmierci. Walczył u jej boku i z pewnością kilkakrotnie ratowali sobie wzajemnie życie. Był jej towarzyszem broni, ale był też obcy, tak bardzo obcy.
-Cześć Snu Snu, co tam?
Odwróciła się i ujrzała wpatrzone w nią ciemne oczka i ruchliwy nosek. Nad nimi rysowało się wyraźnie finezyjnie wykrzywione rondo skórzanego kaptura czy też kapelusza. Ciężko było jednoznacznie zakwalifikować niekształtne nakrycie głowy Ewoka. Poniżej było gładko uczesane futerko z czystą przepaską biodrową, a raczej fartuszkiem w którym znajdowały się wszelkie skarby Palpoo. Wyraźnie było widać duży wysiłek i uwagę jaką misiek przykładał do swojego wyglądu.
- Niach... bo widzisz jesteś kobietą.. i ja.. zakochałem się... w Mirax.
Czekała pozwalając mu mówić. Spokojnie i uważnie patrząc na swojego towarzysza. Wiedziała co się dzieje i było go jej zwyczajnie szkoda.
- Ona opiera się moim staraniom. Pomóż proszę. Nie mogę żyć, bez niej. Chcę...
- Rozumiem, ale musisz przyznać, że twoje metody są dosyć oryginalne.
- Robię jak mi podpowiada poradnik
- Poradnik? zaraz jaki poradnik?
Palpoo zagrzebał w fartuchu i wyciągnął łapkę z małym datapadem. Uruchomił urządzenie i Ashara z trudem utrzymała kamienny wyraz twarzy.
<Drogie Bravo Moja wybranka nie zwraca na mnie uwagi, co robić?
Daj jej zaskakujący prezent. Jeśli nie stać cię na wyszukaną biżuterię zrób coś sam, zaśpiewaj serenadę albo ułóż romantyczny wiersz. Wpatruj się wybrance w oczy oraz dąż do delikatnego kontaktu. Nie zawahaj się kobiety lubią zdecydowanych mężczyzn. Czułych ale zarazem stanowczych, męskich ale wrażliwych. Silnych lecz o delikatnej naturze. Każda kobieta wewnątrz jest księżniczką i podświadomie czeka na księcia który się nią zajmie i spełni jej najskrytsze marzenia.>

- Palpoo, to nie jest najlepsze źrodło wiedzy o kobietach.
- Mam jeszcze inne porady.
- Z tego samego źródła?
- Tak. Kwatermistrz mi dał.
- Oddaj mi to.
- Ale...
- Oddaj, to nie są dobre porady dla twojej... sytuacji. Musisz być sobą, przestań udawać kogoś innego.
- Ale...
- Oddawaj już...
Palpoo przez chwilę walczył ze sobą, po czym zaufał czarnoskórej. Ta odebrała od niego Datapad i zniszczyła go.
- Żeby Cię nie kusiło, a teraz bądź sobą, i wyłącz ten Koreliański głos. Jest przerażający. Jedyny plus to taki, że nie bluźnisz.
- Chujowo...
Komunikator Palpoo został przełączony w normalny tryb, co miało swoje konsekwencje. Mike najwyraźniej nie zdołał naprawić urządzenia. Powłócząc nogami Ewok ruszył w swoją stronę. Wiedział, że Ashara miała rację, ona zawsze miała rację. Przyzwyczaił się już do tego. Nie mógł widzieć że po obliczu kobiety spływają łzy. Otrząsnęła się i wróciła do czyszczenia broni.

Mirax skończyła przemawiać i nagle zorientowała się, że wszyscy przyglądają jej się z uwagą. Nic nie zrobiła, nie powiedziała niczego nie tak, tego przecież chcieli więc. Odwróciła głowę, to ciało nie do końca należało do niej i czasami żyło własnym życiem... Wtulony w kitę Ewok wyglądał na wniebowziętego. Podstępnie wykorzystał chwilę nieuwagi by osiągnąć swój cel. ARGH ciemna strona kusiła tak bardzo.
- Zadowolony?!
- Niab <3
- TO PUSZCZAJ MOJĄ KITĘ!!!
Mirax wyszarpnęła swój puszysty ogon z rąk prześladowcy i zniknęła w kilku szybkich skokach. Palpoo siedział rozmarzony z maślanym wzrokiem.
- Ty ta czopka to nie jest lewy cyckonosz Chrumy?
- Ano jest, coś mówiła że się jej zepsuł i ma nowy. Cwana bestia.
- Ano cwana, prawdziwy mistrz podchodów.
- Tylko że capi.
Krótką chwilę rozprężenia przerwała Ashara która wyłoniła się z mroku tuż za Palpoo. usiadła na miejscu niedawno zajmowanym przez Mirax upewniając się, że ma swojego puchatego towarzysza na oku. Misiek siedział nieco zaśliniony i całkowicie odcięty od narady, zatem nie powinien stanowić zagrożenia. Chyba.

- Trzeba ich bezwzględnie rozdzielić, przynajmniej dopóki Palpoo nie odzyska mózgu. Pójdę z nim i najemnikami do Nielegalnego Miasta. Nie możemy sobie pozwolić na jego utratę, a dzięki separacji oboje odzyskają spokój ducha. Potrzebujemy kilkunastu ludzi i rozkazów.
- Jakie miasto kurwa?
- Widzicie, już mu lepiej. Idziemy do miasta, będziesz miał okazję na okrycie się sławą i zaimponowanie swojej wybrance.
- Ale ja nie chcę jej zostawiać, co ty sobie wyobrażasz?! Do@$@ #$@%
- Zaraz dostaniesz solidnego kopa i oboje wiemy gdzie, jesteś wojownikiem i musisz jej to udowodnić.
- Komu mam przyjebać no komu.
Palpo zerwał się na łapki szukając godnego siebie przeciwnika. Niestety en się nie pojawił. poczuł za to delikatne ukłucie w okolicach kupra i padł na pyszczek.
- czasami łatwiej przeprosić niż namawiać. Jak się obudzi będziemy już w Nielegalnym mieście.

Metoda Ashary może nie była elegancka ale znalazła powszechne zrozumienie. W skład oddziału prócz Palpoo i Ashary, miało wejść dwóch rebeliantów oraz piątka knurów należących do obu klanów. Całość miała ochraniać przeszło dwudziestka najemników. Oddział stanowił sporą siłę i był też dobrze wyposażony. Niestety Mike był zbyt ciężko ranny by wyruszyć z Asharą, z kolei jej obecność była niezbędna by upilnować i okiełznać Palpoo. Głównym celem było uzyskanie wpływów i przejęcie kontroli nad Miastem a jeżeli okaże się to niemożliwe szpiegować i uniemożliwić przeciwnikom rekrutację. Ot standardowa misja partyzancko-rekrutacyjna. Następnego dnia Palpoo jeszcze spał i nie mógł pożegnać się z Mirax. Wyruszyli więc niezwłocznie.

Miałem zgodę Pandy
20:13:16 Panda: NOOOOOOOOOOOO!!!
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1650
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 22 Cze 2018, o 13:47

Wydarzenia z ostatnich dni były bardzo intensywne dla wszystkich obecnych w obozie. Przepychanka nad jeziorem, której Kittani była świadkiem zmieniła bardzo dużo w stosunkach międzygatunkowych. Przede wszystkim zmieniło się jej podejście względem puchatej kushibanki. Pomimo pozornego braku zagrożenia z jej strony od tego czasu Kittani starała się ograniczyć kontakty z mocowładną istotą do minimum. Moc rządziła się swoimi prawami, których nie rozumiały nawet istoty odczuwające ją - a co dopiero Kittani, która miała jedynie do dyspozycji wiedzę teoretyczną której nijak nie potrafiła wykorzystać ani przełożyć na praktykę. Nawet obecna w ich gronie Mai'fach, która zdawała się być doświadczoną użytkowniczką Mocy zasłabła z tylko sobie znanego powodu, a cała aura Mirax pozostawała dla niej zagadką. Z tego właśnie powodu kobieta postanowiła unikać przedziwnej istoty która nikomu nie wyrządziła krzywdy. Coś wyraźnie ją niepokoiło w jej zachowaniu i pomimo szczerych intencji oraz słów ze strony istoty brunetka w przeciągu następnych dni wyraźnie omijała okolice, w których zwykła przebywać mocowładna z puchatą kitą. Wir obowiązków oraz kontakt z pozostałymi oddziałami jedynie ułatwiał sprawę - Kittani wciąż była czymś zajęta, nie miała więc czasu spacerować po obozie.

Narada wewnątrz frachtowca była czymś, co kobieta wyczekiwała już od kilku dni. Wiedziała, że musi nastąpić ponowny rozdział oraz trzeba podjąć akcje zakrojone na szeroką skalę. Działa na Gamorrze powoli zaczynały przypominać lawinę zdarzeń wywołanych małym kamyczkiem w postaci poszukiwań Nurry. Teraz obecni na statku musieli martwić się zarówno o zajęty wulkan oraz miasto jak i pozostałe klany obecne na planecie, gubernator oraz ta przedziwna, mocowładna istota która zdawała się przerazić większość tu obecnych w ostatnich dniach. Kittani martwiła się właśnie tym ostatnim aspektem. Przy Mai'fach, która jako pierwsza wyczuła mocowładną istotę brunetka miała świadomość, że w razie jakiegokolwiek zbiegu zdarzeń jej towarzyszka z Lucrehulka podejmie walkę z Mocą, w ostateczności będzie posiadać chociażby mgliste wyobrażenie tego, co się dzieje. Jej powrót na Ducha oznaczał brak jedynej mocowładnej istoty na Gamorrze, której Kittani całkowicie ufała i stawiała w roli potencjalnego obrońcy. Gweek też zyskał jej ogromne zaufanie, jednak wiedziała, że knur nie jest tak wyszkolony w Mocy - ciężko byłoby mu w tak krótkim czasie doścignąć poziom Mai'fach. Brunetka nie dała jednak po sobie poznać, że zaniepokoiła ją informacja o podróży mocowładnej. Pozwoliła wypowiedzieć się wpierw większości obecnych, swoje zdanie pozostawiając niemalże na końcu. Nantel doskonale nadawał się do przeniknięcia w towarzystwo gubernatora. Skoro Beji planowała wysłanie go już wcześniej a mężczyzna posiadał jakiś plan działania sprawa wyklarowała się jako pierwsza. Jego towarzyszka zadeklarowała się do pomocy w wulkanie. Kittani wiedziała, że jest ona wrażliwa na Moc - posiadanie takiego towarzysza mogło być przydatne. Z ulgą przyjęła wiadomość o tym, że puchata istota postanowiła wykazać się jako zwiadowca aby zyskać ich zaufanie. Wolała nie przebywać z nią nawet pośród kilkudziesięciu rebeliantów. Wyczuła jednak irytację w jej głosie. Spojrzała odruchowo na Mai'fach, oczekując jakieś reakcji z jej strony na wybuch jej rozżalenia i szorstki ton wypowiedzi. Ta jednak nie zrobiła nic, co mogłoby wskazywać na zagrożenie - kobieta postanowiła więc nawet nie komentować tonu wypowiedzi, przytakując jedynie na jej propozycję. Ewok wyraźnie działał na nerwy puchatej istocie. Kobieta dawno nie widziała tak zakochanej bez pamięci istoty - chodził za nią niczym cień a jego nieudane zaloty i mizerne sztuki podrywu rozeszły się błyskawicznie po całym obozie, wywołując uśmiech i rozbawienie wśród wszystkich obecnych. Odseparowanie ich z pewnością przysłużyło by się do odnalezienia spokoju przez Mirax.
- Podejmuję się organizacji siedziby bazy w wulkanie oraz wzmocnienia jej. Zabiorę ze sobą do wulkanu obecnych tu rebeliantów oraz kilku członków klanu. Mike oraz Nadia również znajdą dla siebie miejsce w wulkanie. Zgadzam się również z podziałem zaproponowanym wcześniej. Teerev wraz ze swoim oddziałem przejmie dowództwo nad Nielegalnym Miastem i dołączy do obecnych tam najemników. Ashara, Palpoo, rebelianci oraz knury umożliwią nam stały kontakt. Musimy ze sobą współpracować oraz komunikować się, dlatego każdy dostanie łącznościowca bądź komunikator. Sądzę, że ,,rozmowy" z pozostałymi klanami to już zadanie dla Gweeka oraz Nurry i doskonale sobie z tym poradzą - brunetka spojrzała w stronę matrony oraz knura, czekając na ostatni głos w dyskusji.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 289
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 23 Cze 2018, o 02:18

Głowa mnie boli i nie mogę spać... nie mogę leżeć i nie mogę wstać. - tak sobie pomyślał jegomość, rozpłaszczony na wznak. Siły działającej grawitacji były silniejsze, niż chęci do życia tej skacowanej istoty. Jak za dawnych, dobrych czasów.

Próbując sobie przypomnieć i oejne nocne przygody, mógł bazować jedynie na migawkach. Spaślakowi chodziła po głowie pewna sytuacja, nie dająca spokojnie opuścić powieki. Jak coś, co drażni oko, powodując jego swędzenie i łzawienie, a w konsekwencji - tarcie dłonią po podrażnionym miejscu. I tak nakręcała się korba. A poszło o ducha, opętanie i rytuał.
Chlejąc kilka dni z rzędu, też potrafił mówić nie swoim głosem, choć nie o to chodziło. Jak to mówią - w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy, które mocno uwiera, gdy dostanie się między poślady. Takim okruchem była Mirax i należało coś zrobić. Nawet wpadł na pomysł - jak tu oddzielić miszczynie od Mirax. Uśmiechnął się sam do siebie półgębkiem. Oddzieliłby łeb od reszty ciała i to jednym cięciem! Ale... zawsze jest jakieś ale. A co jeśli z jednego trupa wyjdą dwa duchy? Z jednym byłby problem, a co dopiero z duetem. O i kolejny problem. Nigdy nie ma pod ręką martwego stwora, gdu jest potrzebny! ... czekaj czekaj. ... a ryba się nada? Mniejsza lub wieksza i trochę śmierdząca, ale jest. Tylko jak wykonać ten rytuał?- Widział jak to robią inni - odprawiali różne modły, skłony i ukłony. Tylko komu lub czemu bić pokłony?

Sprawa była zdecydowanie zbyt skomplikowana na bolącą głowę. I do tego powieka do końca się nie otwiera. Porzuciwszy "Trudne sprawy" dla mądrzejszych od niego, pytał sam siebie "Dlaczego ja?".

Tak minął mu dzień pierwszy na rozmyślaniach egzystencjonalnych. Doglądał swoich pobratymcòw i dzielnie znosił docinki, że tak przejął się sprawą, że pipa na oku mu wyrosła lub oko pipą zarosło. W sino-fioletowym kolorze było ku nawet do twarzy. Nawet chciał zagaić rozmowe z Mirax, ale nie było jakoś okazji. Mały smrodziarz kręcił się bez przerwy przy puszystej istocie. Pytanie musiało poczekać. Łączył fakty i wspomnienia. Kolejna porcja niewiadomych została ustawiona w logiczną całość. Nawet jeśli uzyskałby odpowiedź, to nie miał jak jej zweryfikować lub sprawdzić, czy w tym konkretnym przypadku się sprawdzi i zadziała. Sprawa była delikatna. I obyczajowa.

Drugi dzień przebiegał spokojniej. Ranni gamorranie nie wzbraniali się więcej przed opatrunkami ze śmierdzącej im substancji, widząc efekty jej działania. Nagle przestała im szkodzić, jak to marudzili wcześniej. Rany nie śmierdziały zgnilizną, jak się obawiano. Obozowisko pod gołym niebem nabrało większej organizacji, porządkowano teren, pozbywając się śmieci i odpadów. Współpraca wymagała zrozumienia. I pokory. Równowaga między siłą zielonoskórych rąk, a bystrzejszym okiem ludzi wypracowywano w pocie czoła. Gorący, tropikalny klimat nie ułatwiał niczego. Próbowano dobrać się do zniszczonych pojazdów, próbując uruchomić choć jeden.

Równowaga biologiczna terenu wokół cypla została zachwiana. Może i ryb pływało mnóstwo, ale prymitywne metody połowu nie były zbyt efektywne, choć czasem efektowne. Podwodne detonacje granatów szybko wypłoszyĺy ławice, przetrzebiając ich liczebność. Jedna sieć, kilka durastalowych haków i wlócznie nie było w stanie wyżywić tak wielkiego skupiska producentów odchodów. Pobliskie tereny łowieckie pozbyły się zwierzyny, wypłaszanej coraz dalej i dalej przez hałas i dźwięki dochodzące znad brzegu. Ileż można żreć grzyby? Nie mają one wartości odżywczych, jedynie oszukują żołądek i jego posiadacza. Wylatują drugą stroną niemal w nie zmienionej postaci.

Wieczorem nadszedł czas, kiedy to wszystkie zainteresowane grupy miały usiąść do rozmów. Najlepszym miejscem, choć niekoniecznie z punktu widzenia zatęchĺego powietrza był frachtowiec i jego ładownia. Zarodniki "wiele dni smrodu" dawały smrodliwie o sobie znać. Pojemne miejsce i całkiem kanciaste z łatwością pomieściło intresariuszy.

Gweek siedział na małym pieńku, obok Nurry. Władcza i wyniosła, górowała nad zebranymi ze zdobycznego fotela, służącego jej za imitację czy też namiastkę tronu. Słuchali obydwoje przemowy najstarszej z kobiet. Później głos zabrał młodzian i jego "matrona". Nieoczekiwanie na środek wyszła metrowej wielkości istota, rozpoczynając swą tyradę, pełną irytacji i oburzenia lub oburzenia i irytacji. Gamorreanie zaczęli chrząkać i kwiczeć. Najpierw cicho, później coraz głośniej i dobitniej. Dobrze, że nie zabrali ze sobą zdalniaka, a i wokabulator ewoka nie tłumaczył gamorrese. Drugim można rzec po gamorrese językiem "urzędowym" na Gamorr - czyli mówionym, był huttese, równie często używany, ze względu na wpływy huttów i im podobnych wysłanników, równie brzydkich kreatur. Powaga sytuacji wymagała pominięcia nieudolnego tłumacza o skrzekliwym głosiku i obelżywym usposobieniu. Rozumiano wspólny, choć ciężko przechodził on przez krtanie humanoidalnej rasy półwieprzków.
- Buahahaha Słyszeliście? Hah hah huu-huu... - Ma ze sobą Mocz... haha hłe hłe . - Taki żółciutki i cieplutki hy hy.
- Cisza!
- Nurra przerwała w zalążku wystrzeliwane salwy śmiechu i drwin, ucinając dalsze pośmiewisko jakim mogłaby stać się Mirax. Następnie majaczył Wiekki Mały Smród to jest Snu, wdając się w dyskusję z kobietą ciemnej maści. Nasmarowaĺa się czymś czy co? Utytłała się w jakimś czarnym g...rzybie i domyć nie może? Nie pasowała ewidentnie do trzech jasnych panienek.

Po ich przekomarzaniach, głos zabrała trzecia z wymienionych kobiet, zgadzając się na wcześniejsze ustalenia ochotników plus rozdzielając resztę zadań. A Gweek siedział na dupie i nie mówił nic. Za to odezwał się Głos, Głowa, Oczy i Uszy klanu Nurry. Matrona zaczęła udawać nieudolnie ludzki śmiech. Słowa śliskie jak u huttów, spłynęły jadem z ust.
- Chorzy na wilgotne powietrze ludzie z gwiazd! Jesteście widocznie tak samo szaleni jak ja i wszyscy dookoła! Ale to dobrze. Tej małej przyda się przewodnik ... i może jeden z latających.Ma oczy wyżej i macha skrzydłami. Dobry Gut'tor poprosi Utta, czy nie zechce wyrównać i spłacić zaciągniętego długu. Inaczej ona zginie lub zemrze z głodu. Boję się o nią, jak bestii żyjących w dżungli.
Wracając do Miasta - jest mocno podzielone. Dostaniecie pięciu wojowników, najmniej rozpoznawalnych z naszej społeczności, by skontaktowali się z klanbraćmi płatnerza lub nim samym. Jak zapyta "od kogo jesteście?" - to powiecie mu, że "dacie zarobić". Powinien wiedzieć o kogo chodzi. Wojownicy zaś, mają chronić małego i jego towarzyszkę.
Co się tyczy wulkanu, to zapytaj Thurgów i Ortogga czy pójdą z Tobą. Stary stracił zapał do życia w momencie, gdy zepsuło mu się strzeladło. Naprawcie je lub dajcie większe, a będzie wasz. Wszyscy nasi ranni pójdą do wulkanu.
- szmery i ciche kwiki rozeszły się echem po ładowni.
- Bez dyskusji! Postanowiłam, że pójdą tylko zdrowi. Czeka nas długi i wyczerpujący marsz. A Ty co Gweek tak siedzisz na dupie? Nie masz nic do powiedzenia? Zawsze taki wygadany a yeraz co? Obleciał Cię strach? - na tę uwagę cichotano w ukryciu, zaś Muh dalej siedział z rękami opartymi na zgietych kolanach. - No to może Gut'tor ma coś do powiedzenia?

Wódz-w-boju odczekał, aż rozmowy się skończą. W sumie nie było na co czekać, bo nie trwało to długo. Widząc smacznie śpiącego miśka wstał i przeturlał nogą małego pieńka w kierunku leżącego Snu. - A to co? - spytała Ashara. - Wypłata, bardziej nagroda pocieszenia. Uczciwie zarobił na małe co nieco i może będzie mniej tęsknił. - wskazał palcem wskazującym na wydrążony otwór w twardym drewnie. Całe dwa dni zastanawiał się, jakiej grubości ma być dziura. Palca? - ale czyjego?... Pomiaru nie zamierzał robić, tym bardziej pytać dżentelistotę o rozmiar. Bez przesady. Może Mały lubi dziewice? - wtedy nie miałby dylematu i by nie zrobił dziury wcale. Tak to tylko obróci pieńka we właściwą stronę i ... ucieszy się z Gweekowej wypłaty.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 248
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 23 Cze 2018, o 09:17

Narada zbliżała się ku końcowi. Po Gweeku głos zabrał Erd. Ithorianin mówił krótko: poparł kandydaturę Lefith na zastępcę Mai'fach podczas jej nieobecności, sam zaproponował, że pójdzie z nią organizować wulkan (taka była ich misja od samego początku) wskazał jednocześnie, że do nielegalnego miasta ruszy Careen. Uczennica Mai'fach była bardziej "ruchliwa" niż stary ithorianin więc z pewnością nie będzie spowalniać grupy. Erd do bazy Urpy chciał zabrać jeszcze technika Xantee.
- Dziewczyna zna się na robocie nie mniej niż ja a Xantee to zdolny programista. Zna się na tych komputerach czy tam droidach. Bystry jest. - Tymi słowami Erd zamykał swoją wypowiedź.
Po Erdzie wypowiadał się też Teerev, który mówił, że sytuacja z dowodzeniem w Nielegalnym Mieście może być nie jasna i trzeba będzie szybko ustalić z Beji kto, co i jak. Sam jednak podkreślał, że to wszystko uda mu się ustalić dopiero wtedy gdy będzie na miejscu. Zwrócił jednak uwagę, że w mieście mogą być wyżsi rangą. Gut'tor mówił krótko, i to głównie do Nury i Gweeka. Wspomniał, że zna dwa kolejne miejsce gdzie mogą przebywać przedstawiciele dwóch różnych klanów. Dodał też, że Utto ruszy z Mirax jeżeli taka jest wola Gweeka.
Na samym końcu, gdy wszystko było już powiedziane i każdy podświadomie czuł, że czas kończyć posiedzenie odezwała się Mai'fach, która do tej pory cały czas cierpliwie wysłuchiwała wszystkich.
- Przychylam się do propozycji Nantela. Nie wiem w jakich okolicznościach poznałeś się z Kittani, nasz podniebny wybawco, ale dobrze ją oceniłeś. Levfith ma naturalne talenty do zjednywania sobie ludzi. Kittani będziesz moim zastępcą. Masz posłuch zarówno wśród rebeliantów, gamorrean jak i ludzi besadii. Jako jedyna dasz radę utrzymać współpracę. Myślę, że na chwilę obecną jest to najlepsza kandydatura. Ja - tak jak mówiłam - muszę Was opuścić ale postaram się wrócić jak najszybciej. Robię to głównie dla Ciebie Mirax. - W tym momencie Mai'fach spojrzała się na kushibankę, a wszyscy zgromadzeni w ładowni zrobili to samo. Mirax poczuła się jakby oglądano ją nagą pod mikroskopem. - Zarzucasz nam niechęć i nieufność na którą nie zasługujesz. Cały czas stawiasz się w pozycji tej pokrzywdzonej zupełnie zapominając, że świat wcale nie musi Ci padać do stóp. Żądasz od nas zaufania i zrozumienia, jednocześnie sama nie dając tego samego nam. Ani nam nie ufasz ani nie próbujesz nas zrozumieć. Myślisz, że komukolwiek tutaj łatwo jest o bezgraniczną otwartość i życzliwość wobec obcych? Rekrutujemy się spośród wyrzutków, niewolników, przestępców i osób, których życie ciężko doświadczyło. Mamy na pieńku z prawie każdą organizacją w Galaktyce i cholera, nie da się w takich warunkach witać każdego z otwartymi ramionami. Nantel - ty to co innego... Nie dziw się, że traktujemy Cię surowo Mirax. Bo tak traktowano każdego z nas gdy wstępował w nasze szeregi.
- Chcę jednak byś wiedziała, że opuszczam to miejsce specjalnie dla Ciebie. Lecę do Jainy i do innych mocowładnych z Lucrehulka by omówić Twój przypadek. Robię to wbrew rozkazom Jainy. Do tej pory masz wypełniać wszelkie rozkazy, które zostaną Ci powierzone. O ile oczywiście nadal oczekujesz od nas zaufania i zrozumienia. Wykaż się tym samym. Tak jak każdy z nas gdy wstępował w szeregi Rebelii.

***

Parę godzin później pierwsze grupy zaczęły opuszczać obóz zmierzając ku wyznaczonym celom i zadaniom.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 23 Cze 2018, o 14:17

Słowa zostały wypowiedziane, nikt z nikim się nie pokłócił, a i zawarte ustalenia miały jeden wspólny mianownik - stała łączność między grupami. Opuszczenie ładowni było naturalną kontynuacją narady, przechodząc gładko w etap planowania i przygotowania się do wymarszu. Nurra zdecydowała, że klan wyruszy z samego rana, o świcie.

Trójka Thurgów nie miała problemu, aby dać się namówić na wymarsz do wulkanu, razem z Kittani. Przygotowanie bazy do obrony, z punktu widzenia mieszkańców globu, będących jednocześnie zdobywcami fortecy może okazać się owocne. Przy okazji wciągną do spółki swojego nowo poznanego imiennika. Tak samo, jak świeże spojrzenie obcego gamorreanina, który ma tam zamieszkać, czyli Arrag'a. Stary Ortogg niechętnie dołączył do czwórki, która wyruszy gdzie indziej niż jego Matrona. Obietnica uruchomienia plującej ogniem zabawki stała mu przed oczami, rozpalając wyobraźnię. W chwilach wolnych od bezrobocia, będzie mógł zajrzeć do małego bajorka przy wejściu do bazy.

Utto, jak na gamorreanina przystało - mając możliwość wywiązania się z drobnej przysługi, otrzymanej podczas walki na plaży ze strony Mirax, ochoczo podjął się misji zaprowadzenia drobnego zwierzątka do Pól Śmierdzących Stóp. Wolałby do ochrony zwanej umownie "pomocą" ze dwóch kompanów z włóczniami, ale nie pogardzi istotami obcej rasy. Jego oczami będzie któryś z wiecznie marudzących toydarian. W ostateczności mogą być obaj. Znają huttese i będą dobrymi łącznikami między knurami, a kushibanką.

Do Nielegalnego Miasta Nurra wytypowała trójkę swoich klanbraci, gdyż znała ich predyspozycje najlepiej. Podobnie Gut'tor - dwóch. Wspaniała piątka miała za zadanie utrzymać przy życiu malca i jego opiekunkę. Przy okazji i w miarę możliwości, nawiązać kontakt z przychylnie patrzącymi na ich walkę gamorrean - mieszkańców miasta i jego okolic. Nic na siłę; jak nie pałką to młotkiem.

Zapasy podzielono sprawiedliwie, według potrzeb każdej z grup i możliwości zdobycia żywności przez nią. W nocy zostawiono wnyki, choć mała szansa była na to, ażeby coś w nich się złapało. Prócz niezbędnych narzędzi, broni i ekwipunku czysto o militarnym przeznaczeniu, zadbano w szczególności o obuwie. Zapowiadał się forsowny marsz, a stara prawda jak świat mówiła, że dżungla potrafi zjeść nogi żywcem. Skaleczenia, zadrapania i otarcia łatwo można było zapaskudzić, doprowadzając do gnicia lub nabycia grzybków, pleśni czy paskudnych insektów. Stopy musiały po długim marszu zostać wysuszone do suchutka i odpowiednio traktowane w czasie postojów. Inaczej skończy się jak Ci, porzuceni przez Obroggów. Padli z wycieńczenia, odniesionych ran lub kumulacji zagrożeń mikroklimatu Gamorry. Żywność zabezpieczono w wielkich worach, niesionych na plecach. Owinięto je nieprzepuszczalnym wilgoć materiałem, co dodatkowo zapobiegło rozpadowi sakw i worów. Każdy, z drużyny liczącej ponad trzy dziesiątki wojów, spakował swoje osobiste rzeczy oraz te zdobyczne, które własnoręcznie będzie musiał dźwigać na własnych barkach, nogach lub przy pasie. Nie zapomniano o komunikatorze w dwóch sztukach. Obiekt mały, a ręce duże... o awarię nie trudno. Zrobiono też zrzutkę kosztowności i przedmiotów na zamianę by zaopatrzyć się rzeczy na liście przygotowanej wcześniej, a potrzebnych klanowej społeczności do dalszej egzystencji. Podzielono ją na trzy kategorie przedmiotów: niezbędnych (narzędzia/długoterminowa żywność), średnio potrzebnych - bez których da się obejść (gabaryty, zaawansowane technicznie przedmioty, nośniki energii) i potrzeb własnych (zachcianek pojedynczych osób, dóbr luksusowych). Jak na klan wędrowny przystało - nie było tego wcale tak dużo. Przewagą w handlu i wymianie twardej waluty na towary i odwrotnie, nad wymianą barterową była uniwersalność, akceptowalność i trwałość tej pierwszej. Niezależnie od ilości - można było ją dzielić na wiele sposobów, natomiast futra czy skóry - już nie.

Gweek natomiast załadował do swojego wora podłużny przedmiot, kilka klekoczących kawałków prawdopodobnie metalu lub tworzywa sztucznego obijającego się od menażki - większego odpowiednika piersiówki, trwałe źródło ognia i paliwa jako rozpałkę, trochę opatrunków, kilka gwoździ, haczyk z linką syntetyczną, kilka metrów sznura, hak z wkrętem na końcu, koc termiczny, czarną taśmę izolacyjną uniwersalnego użytku i opaski zaciskowe. Za pas wetknął zdobyczny i groźnie wyglądający nóż w kaburze, tuż obok sporych rozmiarów bukłaku. Pod karwasz lewej ręki wepchnął mały dla niego nóż, tzw. "motylka". Przydatna broń, służąca też do zabawy.

Pochód ruszył w kierunku Zakopanych Zadów. Mieli jednoczyć swe siły, a nie dzielić, jak do tej pory czyniono. Nie nastawiali się specjalnie na którąkolwiek z grup. Parli do przodu, mając przed sobą czujki wpatrujące śladów bądź znaków bytności inteligentnych form życia. Najtrudniej złapać pierwszy trop. Później może być tylko rzęsista ulewa deszczu.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 248
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 25 Cze 2018, o 13:56

Po zakończonej naradzie wszyscy udali się do swoich towarzyszy, aby rozpocząć przygotowania. Nie inaczej zadziało się również w przypadku Kittani - jej głównym zadaniem było zebrać wszystkich rebeliantów oraz przygotować statek do odlotu w stronę wulkanu. Gweek zapewnił jej wsparcie ze strony trójki Thurgów, Arrag'a oraz starego Ortogg'a. Knury mało interesowała rebeliancka kryjówka oraz organizacja bazy - kobieta odnosiła wrażenie, że bardziej do pomocy przekonało ich pobliskie jezioro oraz ewentualne resztki lawy gdzieś w okolicy wulkanu oraz wizja tego, jak może być w środku. Tak czy inaczej nie narzekała na obecność knurów pośród swoich ludzi - stanowili ważny element, gwarantujący bezpieczeństwo oraz siłę roboczą. Wszystkie ranne knury, które nie mogły wyruszyć wraz z Gweekiem oraz Nurrą na ,,klanowe rozmowy" również zostały przydzielone do wulkanu. Oprócz szeregu rebeliantów obecni na pokładzie byli również medyk Erd, technik Xantee oraz Nadia. Statek załadowano wszystkim, co mogło okazać się przydatne - od prowiantu zapewnionego przez klanowych łowców po części, które mechanicy oraz technicy odzyskali z powalonych maszyn oraz zepsutych skuterów. Zabrano również amunicję oraz każdą sprawną broń, która ostała się po poległych żołnierzach oraz wrogach. Po raz kolejny przejrzano zebrane przedmioty z kieszeni nieboszczyków i zabrano to, co mogło zostać wykorzystane w rebelianckiej bazie. Każda z grup dostała uprzednio przetestowany, sprawny komunikator, natomiast do oddziału Teereva dołączył rebeliancki łącznościowiec.
Kittani wykonała jeszcze ostatni obchód po bazie aby upewnić się, że zebrała wszystkich ludzi oraz potrzebne rzeczy. Podczas swojego spaceru zauważyła Q4 oraz Eja. Zdawali się być równie zaskoczeni obecnością kobiety co ona ich obecnością.
-Q4, dlaczego nie wróciłeś z Mai'fach na Lucerhulk? - zapytała dziwiąc się, że droid w najlepsze spędzał czas z niedawno poznanym jaszczurem zamiast wrócić do swojego właściciela. Q4 wzbił się nagle ku górze i zawisł na chwilę niemalże w jednym miejscu. Kittani usłyszała ogromny szum wydobywający się z wnętrza droida - system chłodzenia ledwo dawał sobie radę z unormowaniem temperatury pod wpływem wzmożonej pracy maszyny. Musiał w tym momencie dokonywać bardzo głębokiej analizy oraz obliczeń - brzmiał tak, jakby zaraz miał wystartować niczym statek. Po chwili szum wiatraków ucichł, a droid opadł smutno obok Eja. Piszczał coś żałośnie. Zdał sobie sprawę, że przegapił odlot mocowładnej.
- Hej, nie martw się - Kittani przycupnęła obok Eja oraz Q4, przyglądając się temu drugiemu uważnie. I niech ktoś jej spróbuje wmówić, że droidy nie potrafią wygenerować jakichkolwiek uczuć - My też powrócimy na Ducha, ale wpierw musimy zostawić porządek na planecie. Zobaczysz swojego właściciela wcześniej czy później. Mi się natomiast przyda Twoja pomoc w wulkanie. Ktoś musi kontrolować maszyny, patrolować korytarze oraz przekazywać ważne informacje. Sądzę, że jesteś idealnym kandydatem. To co ty na to, droidzie? Pomożesz mi? - Q4 wystrzelił ku górze, kręcąc się z radości wokół własnej osi. Początkowe rozżalenie z powodu pozostania na planecie zastąpiła euforia - droid poczuł się przydatny, ba - wręcz niezastąpiony. Teraz natomiast Kittani miała przed sobą smutnego gada, który spoglądał na nich wyraźnie zagubiony. Jak nie jedno to drugie...
- Sądzę, że przydasz się tym, którzy wyruszają do dżungli. W końcu to Twój dom. A jeżeli nikt Cię nie zechce, zawsze możesz pozostać w wulkanie.

Takim oto sposobem ładownia Ghotroca nie była już w stanie pomieścić więcej osób czy rzeczy. Wszyscy powoli przygotowywali się do odlotu, żegnając wychodzących wcześniej knurów oraz najemników. Kittani pożegnała się zarówno z Mai'fach, Nantelem, Gweekiem oraz Nurrą jak i Teerevem. Rebelianci oraz najemnicy wzajemnie klepali się po ramionach wymieniając ze sobą ostatnie żarty oraz życząc sobie wzajemnie powodzenia. Knury upewniały się natomiast, że broń pozostałych jest sprawna - przytulenie nie wchodziło w grę ze względu na zapach, który nieprzyzwyczajeni ludzie nie mogli znieść. Kittani od czasu Tatooine coraz mniej go odczuwała. Nie przeszkadzał jej tak jak kiedyś, w kryjówce pod podłogą warsztatu... Spojrzała po raz ostatni w stronę obozowiska, uśmiechając się na widok tylu istot stojących po tej samej stronie, co ona sama. Dokonywali razem czegoś niezwykłego.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 289
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Nantel Grimisdal » 25 Cze 2018, o 20:08

Poleciał razem z Ka'aval i Mai'fach. Postanowiły podrzucić go do imperialnego miasta-enklawy, bo jako jedyny z całej grupy do swojej części zadania udawał się sam jeden. Przy sobie miał komunikator by kontaktować się z resztą, ale wiedział, że zadanie infiltracji siedziby gubernatora wymaga, by zrobił to w pojedynkę. Nawet we dwie osoby łatwiej wzbudziliby podejrzenia i trudniej byłoby wejść w otoczenie celu.
Cały jego dobytek mieścił się w plecaku, więc nie miał problemu z transportem i poruszaniem się. Swój zdobyczny karabin E-11, który tak dzielnie służył mu od Taris oczywiście musiał zostawić. DL-45 schował zaś do plecaka. Wolałby przypiąć go do pasa i mieć pod ręką, ale miał jedynie podrobioną kartę ID na nazwisko Jursij Krito a nie papiery na broń. Nawet w najgorszym przypadku, jak ktoś znajdzie ją ukrytą, to pół biedy w Przestrzeni Huttów, gdzie każdy wiedział, że trzeba mieć się czym bronić i była to codzienność, ale chodzenie z nią na widoku nie wchodziło w grę. Resztę jego dobytku stanowiło przede wszystkim półtora miliona kredytów, które już wcześniej rozdzielił na kilkanaście kart i czipów, by mieć jak płacić różną kwotą, zależy co i od kogo chciałby kupić i za kogo uchodzić. Pochował je dokładnie w różnych miejscahc ubrania i torby. Na samym dnie plecaka ukrył dobrze holokron mistyczki Sharii i baretki republikańskiego oficera. To, że je wziął, było cholernie niebezpieczne, ale nie wiedzieć czemu, czuł, że musi je mieć przy sobie. Kolejne przeczucie? A może po prostu się do nich przywiązał jako dawnego symbolu tego, za co zdecydował się teraz walczyć. Poza tym w torbie znalazły się też: notes jego byłego szefa z warsztatu na Taris, przenośny komputer niewielkich rozmiarów, z dobrym oprogramowaniem szyfrującym i jednorazowe komunikatory wyniesione z Ylesii, ubrania, jego talia pazaaka i trochę żarcia na najbliższy dzień. Do kieszeni wcisnął swój ulubiony kastet i podrobioną kartę ID. W zależności od sytuacji mógł wyciągnąć albo jedno, albo drugie. W rękę chwycił skrzynkę narzędzi.

***

Statek wylądował na oczyszczonym placu na skraju miasta. Od ściany lasu oddzielał go jedynie wysoki mur, który otaczał całe miejsce. Miasteczko Małe Zera wyrosło z dawnej wojskowej bazy Imperium noszącej ambitną nazwę Baza I, więc oba te miana były teraz używane zamiennie. Stanowiło pewną ostoję cywilizacji na planecie. Bieżąca woda, kuchnia jak na Courscant i zdumiewający brak gamorrean w okolicy przyciągały wszystkich obywateli Imperium mających "przyjemność" przebywać na planecie i pragnących od niej odpocząć. A poza normalnymi mieszkaniami innych dodatkowych atrakcji było tu sporo. Był nawet kurort leczniczy z błotnymi zabiegami i organizowanie polowań w dżungli. No i wyścigi. To tam Nantel chciał zacząć swoją operację i wkręcić się w pobliże gubernatora, który znany był z uczestniczenia w nich. Wszystko wydawało się piękne, niczym ostatni kawałek cywilizacji w dziczy. Nie należało jednak zapominać, że tak naprawdę rządzili tu huttowie. Pod płaszczykiem rygoru oficjalnych władz Imperium, całość była mocno okraszona nielegalnymi działaniami ślimakowatych, wliczając to wątpliwe rozrywki, wykorzystywanie niewolników i różnego rodzaju używki. Powodowało to, że oprócz czystych i schludnych, jak na możliwości Gamorry, obywateli, w mieście była też dzielnica biedoty, która pod ciężkim batem swoich pracodwaców miała zapewnić służbę i usługi dla "tych lepszych".
Nantel pożegnał się z obiema kobietami, życząc im szcześcia.
- Niech Moc będzie z tobą, Nantel.
- Yyy eee dzięki - wydukał w odpowiedzi, cokolwiek te życzenia na drogę miały znaczyć. Miał nadzieję, że coś dobrego.
Shooting Star odleciał a on swoje kroki skierował w głąb miasteczka. Do wyjścia z lądowiska nikt go nie zaczepił. Ludzie byli po prostu zajęci sobą. Ot, kolejny podróżny został podrzucony do Małego Zera. Najpierw postanowił zorganizować sobie nocleg. Udał się w stronę biedniejszych budynków. Nie po to, by wśród biedoty szukać kawałka podłogi. Za tymczasowe lokum postanowił obrać jakiś hotel pracowniczy, gdzie na razie na jedną albo dwie noce wynajmie osobny pokój. Zwykle na taki mogli sobie pozwolić brygadziści załóg albo specjaliści, a on z ubioru i wyglądu mógł za takiego być wzięty. Nikt nie powinien zadawać pytań.
Szedł jedną z ulic i widział już przed sobą miejsce, do którego zmierzał. Dwupiętrowy motel wciśnięty był między warsztat a magazyn drewna i sprawiał wrażenie dokładnie takiego obiektu, jakiego szukał. Wtedy po prawej od Nantela, przy jednym ze straganów, wybuchło jakieś zamieszanie. Spojrzał w tamtą stronę. Gruby handlarz chwycił w pół małego wychudzonego dzieciaka, umorusanego od stóp do głów tak, że właściwie trudno było odgadnąć jego karnację. Chłopiec krzyczał i szarpał się, próbując się wyrwać z żelaznego uścisku. W ręku trzymał jakiś tutejszy owoc.
- Puść mnie!
- Ja ci dam złodzieju mały! Spędzisz ze starymi noc w karnym obozie poza murami to zmiękniesz!
- Ja nie kradłem! Chciałem wziąć dla taty! On zaraz przyjdzie i zapłaci.
Dzieciak kłamał. To było tak pewne jak duchota i upał panujący wszędzie wokół. Był głodny i po prostu próbował przeżyć. Albo kradł dla chorej matki czy rodzeństwa. Kolejny przykład, że ci biedni mieli naprawdę przekichane. Nantela coś ruszyło. Nie mógł tego tak zostawić. Patrząc na tego chłopca widział, że niewiele brakowało, by sam znalazł się w tej sytuacji. Pamiętał jeszcze życie na ulicach Nar Shaddaa. Musiał mu pomóc.
- Ej, proszę zostawić mojego syna!
Handlarz był tak zdziwiony, że z miejsca puścił dzieciaka i ten upadł na ziemię. Wlepił wybauszone oczy w idącego w jego stronę mechanika, niedowierzając, że chłopak nie kłamał. Sam dzieciak był równie zdziwiony. Podniósł się, ale stał w miejscu, też gapiąc się na swojego wybawiciela. W ręku nadal ściskał jedzenie.
- Co to ma znaczyć? Czemu bił pan mojego syna?
- Ja eee, tego no... Myślałem, że on to ukradł.
- No tak, wszędzie tylko się dopatrujecie. - spojrzał w stronę chłopca - No ale jak patrzę, jaki on znowu brudny, to się nie dziwię uprzedzeniom. Dobra, da pan jeszcze skrzynkę tych owoców. Kupię całą, bo dobre są. Nie ma co się pluć, tym bardziej, że rabanu wielkiego nie było. Sprawa zostanie między nami.
- Dobrze, już podaję. Osiemdziesiąt kredytów równo będzie.
Zapłacił i swoje narzędzia zarzucił na owoce. Chwycił całą skrzynkę i odwrócił się w stronę wciąż stojącego w szoku chłopaka.
- Idziemy do matki, bo zaraz zacznie się martwić.
Odeszli od straganu i skręcili w boczną uliczkę. Handlarza zostawili za sobą. I tak, gdy tylko dostał swoją zapłatę, całkiem stracił zainteresowanie niedawnym incydentem i wrócił do swoich spraw.
- Jak masz na imię, mały?
- Hilt - to było jednak wszystko, co z siebie wydusił.
- Słuchaj Hilt, zaprowadź mnie do swojej mamy. Zostawię wam to jedzenie i spadam. Rozdajcie też chociaż z połowę sąsiadom, bo pewnie też głodni.
Dzieciak pokiwał głową i przez najbliższych kilka uliczek prowadził go, aż nie znaleźli domu, na tyłach którego krzątała się jakaś kobieta. Miała brudne wytarte spodnie i narzuconą na siebie szarą bluzkę. Zmęczoną twarz opuściła na naprawiane przed chwilą buty. Gdy podeszli, zerwała się na ich widok i przerażona spojrzała na Nantela.
- W porządku. Tym razem się wywinął. Macie tu jedzenie i... podzielcie się z sąsiadami. Ja już muszę iść
- Ale kim ty do cholery jesteś? - kobiecie słysząc jego słowa ulżyło, ale nadal pozostawała niefna.
- Aj, nikim ważnym, ale miałem okazję pomóc, to pomogłem. Przeniosłem się z Nar Shaddaa, więc wiem, jak chujowe jest życie w Przestrzeni Huttów.
- No cóż, w każdym razie dzięki.
Kiwnął im na pożegnanie głową i odszedł z plecakiem i narzędziami, zostawiając im całe żarcie. Za sobą usłyszał jeszcze krzyk chłopaka.
- Dziękuję.
Odwrócił się w jego stronę i uniósł rękę na pożegnanie. Pierwszy raz zobaczył w końcu uśmiech na twarzy Hilta.
Dotarł nareszcie do wcześniej widzianego motelu. Wynajął pokój, akurat na jego potrzeby i jeszcze z oknem na ulicę. Właścicielem był trochę przygłuchy już staruszek, ale trochę krzyku i jakoś się dogadali. W pokoju walnął się na łóżko, sięgnął po coś do jedzenia i komputer. Resztę dnia spędził na szukaniu wszystkich informacji o lokalnych wyścigach, zawodnikach i zespołach, a także o ostatnich zwycięzcach i przegranych. Na koniec spróbował znaleźć, czy któryś zespół nie szuka mechanika i jaki jest najbliższy termin treningu lub wyścigu.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
0000000
+++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 290
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 26 Cze 2018, o 12:35

Kittani
Ej, pomachał swoim gadzim ogonem i wywiesił jęzor. Kittani nie wiedziała czy gad ją zrozumiał. W zasadzie w dużych szklanych oczach nie widać było nic więcej poza bezgraniczną radością wynikającą z faktu, że ktoś się nim interesuje.
- Nie bardzo wiesz co się dzieje, co? - Kittani pogłaskała stworzenie po głowie. Gad oblizał się jakby zaraz miał z apetytem wgryźć się w mięso kobiecej ręki, ale potem zamknął oczy i zamruczał gdy ręka drapaniem zafundowała mu przyjemną pieszczotę.
Stworzenie przez chwilę oddawało się bezwolnie panowaniu Kittani gdy nagle zerwało się na równe nogi i uniosło głowę nasłuchując. Coś - i to coś bardziej interesującego niż drapanie po głowie - przykuło uwagę Eja.
Kittani również nadstawiła ucha i po chwili uśmiechnęła się.
- Powiedz mu, że nie musi mnie nosić.
To była Mirax. Szykowała się do opuszczenia obozowiska. Za nią podążali Utto i jeden z Toydorian. Chyba Pato, ale Kittani nie rozróżniała ich.
- Oszaleć z Wami można. Sama bym sobie poszła, bym miała przynajmniej spokój. - Mówiła dalej Mirax. Utto powiedział coś w swojej chrumkającej.
- On mówi, że sama by nie trafiła bo nie zna drogi. - Przetłumaczył Toydorianin.
- Wspaniale... Jeżeli Moc ma wobec mnie jakieś plany to, kurwa, chyba sobie ze mnie jakieś żarty robi. Bo inaczej tego nazwać nie mogę.
W tym właśnie momencie Ej się zerwał i wskoczył w krzaki biegnąc do Mirax. Kittani uśmiechnęła się do siebie bo już po chwili słuchać było jak Mirax "cieszy się" że do jej kompanii dołączył jeszcze "głupawy jaszczur"
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 26 Cze 2018, o 21:43

Długi szereg wyruszył na wschód w stronę Zakazanego Miasta. Na czele szła piątka knurów, jeden z nich niósł pod pachą wciąż nieprzytomnego Ewoka, reszta prowadziła kolumnę przedzierając się przez dżunglę i torując drogę pozostałej części oddziału. Zaraz za nimi maszerowała trójka rebeliantów. Czarnoskóra Ashara poruszała się jak pantera, delikatna i zarazem twarda. Za nią podążał Herb, starszy lekko już szpakowaty mężczyzna, na biodrze kołysała mu się legendarna w pewnych kręgach DL-17, dopełniając obrazu weterana który swoje już przeszedł. Jego całkowitym przeciwieństwem był młody chłopak z Ereesus - Wash. Niósł on na plecach większość całkiem zbędnego sprzętu a jego niemal nowy blaster i ubranie ostro kontrastowało z towarzyszami. Od czasu do czasu rzucał motywujący rzut oka na tyłek idącej przodem Ashary wzdychał cicho i maszerował dalej. Za tą niecodzienną głową pełzła powoli reszta węża w postaci najemników prowadzonych przez Teerev'a Oficjalnie mężczyzna dowodził całą operacją, nieoficjalnie był wkurwiony na trójkę cywilów których mu podrzucono. Miał swoje rozkazy i wykonywał je najlepiej jak się dało w danej sytuacji, a nie było to łatwe. Obserwował idących z przodu i wyciągał własne wnioski.

Do wieczora uszli już spory kawałek, Gammoreanie całkiem sprawnie przecierali drogę, zmieniając się co jakiś czas. Nie musieli się specjalnie śpieszyć, popas i odpoczynek wydawały się być dobrym pomysłem. Spore obozowisko zostało otoczone przez wartowników wystawionych przez Teerev'a on sam przechadzał się między kilkoma ogniskami. Jego podwładni nie integrowali się z knurami, które zorganizowały sobie własne ognisko. Trójka rebeliantów dosiadła się do jednego z ognisk rozpalonych przez najemników. Siłą rzeczy to przy nim zatrzymał się dowódca.
Ashara jadła w milczeniu jakieś mięsko, tuż obok niej leżał śmierdzący kawałek futra, zapewne ich nieoceniony zwiadowca. Mężczyźni zaś rozprawiali z Twillekańskim najemnikiem na temat szans podboju planety. Zdania były wyraźnie podzielone.
- nawet bez interwencji Imperium nie będzie łatwo
- Pesymizujesz, przecież tu nic nie ma ot banda barbarzyńskich świń. I kupa lasu.
- świnie są u siebie dzieciaku, a jak byś nie zauważył są kurewsko trudne do zabicia. W dodatku Huttowie maczają tu swoje krótkie łapki. Z tego nigdy nie wynika nic dobrego.
- Uważał bym na słowa staruszku, to niebezpieczna dżungla.
- Widzisz? On dobrze zna swoich pracodawców.
- Zamknijcie się wreszcie..
Ashara miała dość, z resztą zauważyła nadchodzącego Teerev'a. Oficer zbliżył się do ogniska, poddczas rutynowego obchodu, w sam raz na przebudzenie Palpoo. Śmierdząca kulka futra pisnęła, a po chwili wyciągnęła się pokazując łapki. Po chwili futrzak kulnął się i usiadł spoglądając na ognisko i nieznane twarze które go otaczały.
- Co jest kurwa? - zaskrzeczał komunikator wiszący na szyi Snu Snu.
- Mamy zadanie, idziemy do zakazanego miasta. - głos Ashary skłonił go do odwrócenia głowy.
- Zaraz, pamiętam...
Nosek Ewoka chodził bardzo szybko, a zwoje w mózgu pracowały z wielką mocą. Zrobili mu coś żeby rozdzielić go z jego wybranką. Chciał się bić, a potem potem nagle zasnął. Mózg dodał dwa do dwóch i ewok spojrzał spode łba na Asharę.
- Jeszcze mi podziękujesz.
- A żeby cię... Futrzana kulka wkurwu wystrzeliła w stronę murzynki i zawisła w powietrzu.
- Jestem Teerev i ja tu dowodzę. - mężczyzna złapał miśka w powietrzu i trzymał go teraz za futerko na karku. - Nie będzie żadnych zadym pod moją komendą. Rozumiesz misiek.
Palpoo uniósł się w powietrzu. Najemnik jedną ręką podniósł kilkudziesięcio-kilogramowego Ewoka. Zbliżając go sobie do wysokości twarzy. Snu Snu pamiętał dobrze dawne czasy, spotykał już takich jak Teerev. I nie wspominał tego dobrze.
- Tak, - pisnął - puść mnie.
- proszę.
Misiek zgrabnie zamortyzował upadek przykucnięciem. Wyprostował się i ostentacyjnie poszedł do ogniska knurów.
- Poradziła bym sobie.
- Nie wątpię.
Mężczyzna odszedł a Ashara odprowadziła go wzrokiem. To nie będzie łatwa misja. Rozmowa przy ognisku jakoś się urwała. Zjedli kolację i powoli kładli się spać. Czekał ich forsowny marsz.

Rankiem Palpoo dalej udawał obrażonego na Asharę, ale w rzeczywistości nieco ochłonął. Rozłąka z Mirax mu służyła. Dalej wzdychał za swoją ukochaną, ale nie mając obiektu westchnień przed oczami siłą rzecz musiał się skupić na sprawach doczesnych. Takich jak sprawdzanie terenu przed maszerującym oddziałem. Uzbrojony w dzidę z kamiennym grotem Palpoo ruszył na daleki rekonesans posuwając się przed oddziałem. Z początku Teerev wkurzył się na taką samowolkę, lecz gdy misiek uprzedził ich, o zbliżającej się z przeciwka grupie Gammorean, zmienił zdanie. Uniknęli spotkania z jakimiś wędrowcami i ruszyli dalej tym razem z Ewokiem na szpicy wykonującym rozkaz Teerev'a. Podróż jeszcze kilka razy była przerywana niespodziewanymi spotkaniami, a raczej unikaniem ich dzięki wcześniejszym ostrzeżeniom Palpoo. Czas płynął szybko i wkrótce oczom małego zwiadowcy ukazały się trzy wielkie lądowiska oraz miejska dżungla zabudowań. Hałaśliwe śmierdzące miejsce zupełnie niepasujące do krajobrazu pierwotnej dżungli. Zakazane Miasto było całkiem spore i z pewnością zamieszkane nie tylko przez Gammorean. Należące do knurów gówno-dzielnice zajmowały całe przedmieścia, lecz w środku czaiły się zarysy budowli należących do bardziej zaawansowanych ras. Oddział zatrzymał się na skraju dżungli a do Palpoo dołączył dowódca i Ashara. Obserwowali miasto przez makrolornetki.
- Chyba nie powinniśmy tam wmaszerować pod bronią i całym plutonem. - Bardziej stwierdziła niż zapytała Ashara, odsuwając od oczu makrolornetkę i zerkając na dowodzącego mężczyznę.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1650
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 28 Cze 2018, o 00:27

Wydarzenia znad Grzybiego Jeziora bardzo szybko przestały być ważne. Tkwiły one ciągle w pamięci uczestników jednak w obliczu nowych zagrożeń bledły i stawały się tylko nic nie znaczącym głosem przeszłości. A przecież później, wiele lat po zakończeniu zmagań na Gammorze, historycy nie mieli wątpliwości, że od Grzybiego Jeziora tak naprawdę Rebelia zaistniała na galaktycznej scenie. Ci jednak, którym los podarował możliwość uczestniczenia w tych doniosłych wydarzeniach, postrzegali cała bitwę w dużo prostszy sposób. Nie dostrzegali w niej niczego wzniosłego. Ot, potyczka, którą jedynym udało się przeżyć a drugim nie. Nie było czasu na dorabianie do tego filozoficznych treści.
Wszyscy musieli iść dalej i zmierzyć się z nowymi, dużo bardziej niebezpiecznymi zadaniami. Zadaniami, które z racji swojej wagi i zakresu, były znacznie poważniejszymi. Można było zyskać wiele ale jeszcze więcej stracić. Gra zaczynała się toczyć o naprawdę wysokie stawki. Powoli też docierało do wszystkich, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Chcąc nie chcą musieli podjąć wyzwanie, które rzuciła im Gamorra. Nikt już nie mógł tak po prostu wycofać się z tej planety i liczyć na to, że ułoży sobie spokojne życie gdzieś w odległym zakątku galaktyki. Klan Obrogga, Huttowie z rodziny Desiljic a nawet Lojaliści i Imperium, wszyscy oni znali autorów swych porażek. Trzeba było przeć przed siebie do chwalebnego zwycięstwa lub końca.

Kittani
Opoku schodziło już z nieboskłonu i pod oślepiającym kątem wdzierało się do kokpitu Ghtroca. Piloci i wszyscy zgromadzeni wokół nich musieli przesłaniać oczu bo nawet automatyczne filtry promieniowania nie działały na tym statku tak jak trzeba było.
Brunetka weszła do kokpitu w momencie gdy piloci zaczęli właśnie wprowadzać statek ponad okrągły wlot do wulkanu. Od razu zaklęła; nie wiele było widać, gdyż Opoku było wyjątkowo nieznośne.
- Obróćcie statek. O 90 stopni na sterburtę. - Rozkazała Kittani. Ciągle uczyła się nowej roli. Rozkazywała już ludziom wcześniej, ale teraz robiła to oficjalnie. Czuła się odrobinę dziwnie. Piloci zareagowali jednak posłusznie rzucając przy tym krótką odpowiedź.
- Tak jest, dowódco.
Damon już nawiązywał kontakt z rebelianckim Ghotrociem i udzielał stosownych instrukcji by załoga mogła wprowadzić go do wnętrza wulkanu bez niechcianych komplikacji.
Brunetka wstrzymała oddech gdy statek przekroczył krawędź krateru i z każdej strony został otoczony przez wulkaniczną skałę. Wszyscy z ulgą przywołali chłodny cień, który momentalnie zastąpił jasny blask w kokpicie. Nie trzeba już było mrużyć oczu i wszystko można było w spokoju oceniać. Przez chwilę tylko wąski prześwit jasnego nieba nad głowami był źródłem światła. Potem ktoś z wnętrza bazy uruchomił światła kontrolne i pozycyjne, które migotliwą czerwienią wprowadzały Ghtroca w pogrążone w mroku wnętrze bazy.

Gweek
Gweek i jego kompania dotarła do domu Pędraków Następnego dnia. Tam zorganizowali sobie krótki postój. Kilku zwiadowców przeczesało okoliczne "wyspy" w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów gamorrean a kilku poszło nawet do trzeciego, na wpół już utopionego AT-ATa; maszyna to miała wkrótce całkowicie zniknąć pochłonięta przez zdradliwe bagna. Ani jedni ani drudzy nie mieli tego dnia szczęścia i nie udało im się znaleźć nic wartościowego. Miało się też wrażenie, że całe życie z tej okolicy przeniosło się gdzieś w inne miejsce. Tylko białych robali wszędzie było pełno. Wystarczyło stanąć w błocie i wyjść z niego by już po chwili w zagłębieniu pojawiły się dwa albo trzy larwy.
- Czują Trupa. - Mówił Guttor. - Mają teraz na czym żerować.
Postój był krótki ale pozwolił Gweekowi i reszcie zaopatrzyć się w zapasy robaczego białka. Gamorreanie zajadali się tłustymi robakami i dopiero po kilku godzinach postanowili ruszyć dalej. W tym mniej więcej momencie na skraju dżungli pojawiło się kilku gamorrean, którzy biegiem rzucili się w stronę oddziału Gweeka. Nim jednak Gweek coś zdążył zareagować Guttor już był przy nim i powiedział.
- To moi. Przyłączą się do nas. - Guttor uśmiechnął się. Choć złożył niezłamywalne przysięgi klanowe to jednak do niedawna był Ha'an. A tożsamości klanowej nie zapomina się tak łatwo. Był dumny z tego, że jego ludzie są tu w okolicy i, że Nurra-Ha'an będzie silną podgrupą. Potem gdy radość z powitania i wszystkie konieczne wyjaśnienia zostały udzielone ruszyli dalej.
Zostawili za sobą bagniska "Domu Pędraków" i zaczęli się zapuszczać w lesiste i nie mniej wciągające i wilgotne tereny, które odcinały ich od "Zakopanych Zadów". Gęsty, poplątany i mglisty las sprawiał dziwnie nieprzyjemne wrażenie. Tak jakby zielona dżungla Gamorry była niewinnym i niegroźnym parkiem. Z każdym krokiem mrok zalegający pod sękatymi i powykręcanyi korzeniami gęstniał, zapach zgnilizny i próchnicy postęgował się a mgła zdawała się sięgać do nozdrzy tak jakby chciał ich wszystkich podusić. Nawet Nurra, której nie obce były zagrożenia Gamorry, mówiła, że czekała ich fatalna przeprawa.
- Na Moczarach żyją straszne chuje. - Mówiła. - Polują dla zabawy. Nie raz widziałam. Kolekcjonerzy płacą dobrze, ale nie warto iść na nie. Można zemrzeć szybko.
- No... Ale nie bardzo jest inna droga. - Dorzucił Guttor.

Kotel opisujesz wejscie do wulkanu i pierwsze kroki. Gweek sposob na przejscie Moczarów i Lasów musisz wykminic. Czym wieksza grupa tym wieksze szanse ze zaatakuja was drapiezniki ale i tez wieszke szanse ze przetrwacie ich atak. Poza tym ustal tempo ostrożność.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Kittani Levfith » 29 Cze 2018, o 20:24

Powrót we wcześniej poznane miejsca zawsze był dziwny. Lądowanie w wulkanie wywołało w Kittani przeróżne wspomnienia. Rozpracowanie całej struktury wulkanu podczas przemknięcia wraz z IG czy też loty, które wykonywała wraz z niewolnikami po ich uwolnieniu to tylko jedne z niewielu, które kobieta miała w swojej pamięci. Przez jakiś czas to miejsce było domem przyszłych Rebeliantów jak i knurów - tutaj, po zabiciu przez Kittani rządzącego wulkanem Hutta zawiązał się zalążek czegoś większego. Nie mieli wtedy jeszcze pojęcia, co ich czeka. Nikt nie podejrzewał wówczas że dane im będzie spotkać samą Solo, stać się częścią Rebelii, dowódcą całej bazy... Moc miała wobec nich najwyraźniej dalsze plany. Nie wiedzieć jak, ale cały czas była obecna w życiu Kittani, chociaż ona sama miała z nią niewiele wspólnego. Znowu zaprowadziła ją dziwnym zbiegiem okoliczności oraz towarzyszącymi jej kompanami do wulkanu. Ich podróż okupiona była wieloma ofiarami, wliczając to najbliższych towarzyszy. Kittani pogrążała się w swoich wspomnieniach dokładnie tak, jak statek powoli osuwający się do wnętrza wulkanu.

W samym wnętrzu niewiele się zmieniło od ich ostatniej wizyty. Jedyne co rzucało się w oczy to ubogie wyposażenie w porównaniu z wcześniejszym stanem bazy. Już na pierwszy rzut oka widać było, że dotychczasowi właściciele pozbyli się części zgromadzonych wcześniej przez rebeliantów oraz knury rzeczy, które uznali za zbednę. Najważniejsze elementy zostały jednak zachowane niemalże w takim samym stanie, co ,,zostawił" je Hutt. Po rozdzieleniu zadań Kittani udała się na obchód ich nowego domu, zabierając ze sobą najważniejszych towarzyszy - Erda, Damona oraz Xantee. Towarzyszyła im również Nadia - kobieta nie do końca wiedziała co z nią począc i do czego by się przydała, toteż postanowiła zabrać ją na spacer po bazie. Technicy obecni wcześniej we wnętrzu wulkanu zaprezentowali działanie wszystkich systemów, oceniając ich funkcjonowanie jako dobre. Do starych magazynów które obecnie nie zachwycały swoją zawartością sukcesywnie znoszono wszystkie dobra, które pomieściły się na statku. Erd szczególnie zainteresował się wyposażeniem laboratorium oraz ambulatorium, podczas gdy technik szczegółowo wypytywał o sekcję podtrzymania życia oraz monitoring ruchu w wulkanie. Nadia natomiast... przyglądała się wszystkiemu z nieodganiętym wyrazem twarzy, towarzysząc im w rozeznaniu.
- Ilu niewolników tutaj pracowało? - zapytała, gdy przechodzili przez jeden z licznych tuneli.
- Parę setek - odparła Kittani, która szła z przodu tuż za oddziałem oprowadzającym po wulkanie. Spojrzała na Nadię znad ramienia - Musieliśmy rozplanować moje loty na kilka dni. Dlaczego pytasz?
- Po prostu... wielkość i wyposażenie bazy jednocześnie imponuje i przeraża.
- Te obślizgłe ślimaki byle czym się nie zadowalają - mruknęła spoglądając w stronę wejścia do dotychczasowej siedziby Urpa, która powoli zamieniała się w ich siedzibę dowództwa. Nie znaleźli lepszego miejsca, toteż sukcesywnie usuwano wszelkie pozostałości po Huttcie - Urpa był pewien, że wszystko pozostanie pod jego władaniem do samego końca. A popatrz - coś mu się nie udało - kobieta uśmiechnęła się nieco złośliwie, przyglądając się uważniej jakiemuś zapewne drogocennemu artefaktowi w szklanej gablocie.

Po wstępnym rozeznaniu się w wyposażeniu oraz stanie bazy wszyscy rozeszli się w różne części wulkanu aby wykonać powierzone im zadania. Kittani nadal przechadzała się po wulkanie, zmierzając w tylko sobie znanym kierunku. Dzięki powierzonemu jej dowództwu wszyscy zwyczajnie myśleli, że brunetka nadzoruje ich prace dopóki siedziba oraz magazyny nie zostaną uporządkowane. To była doskonała okazja do tego, aby na chwilę zniknąć wszystkim z oczu. Kittani od samego początku wiedziała, gdzie chce skierować swoje kroki. Oprócz straży oraz knurów praktycznie nikt nie kierował się w stronę tylnego wyjścia wulkanu. Przy jeziorze znalazła kilka białych oraz bladoniebieskich kwiatów co do których miała pewność, że nie są toksyczne. Prowizoryczny nagrobek znajdujący się wewnątrz wulkanu był praktycznie nienaruszony - najwidoczniej nikt nie zapuszczał się w te rejony. Nikt też nie przejmował się kilkoma kamieniami zgromadzonymi w kupie, które zdawały się zostać przypadkowo rzucone w jedno miejsce. Kittani specjalnie pozostawiła to miejsce właśnie w takim stanie - nie chciała, aby ktokolwiek odkrył miejsce pochówku Cada. Przykucnęła i wpatrywała się dłuższą chwilę w stos kamieni oraz ziemię pod jej nogami, delektując się ciszą wokół niej. W tej chwili chciała być sama i chociaż na chwilę uciec od zgiełku obowiązków dowódcy. Ułożyła kwiaty pod stosem kamieni, zastanawiając się czy znajdzie je również poza Gamorrą. Czuła, jakby wróciła do swojego dawnego przyjaciela i rozmawiała z nim sam na sam. Z głośnym wydechem oparła dłoń o jeden z większych kamieni, który delikatnie mienił się w nikłym oświetleniu na przeróżne odcienie niebieskiego.
- Gdybyś tylko wiedział czego dokonaliśmy... - zaczęła smutno, opuszczając niemrawo wzrok gdzieś na ziemię przed sobą. - Byłbyś ze mnie dumny.
Image
Awatar użytkownika
Kittani Levfith
Gracz
 
Posty: 289
Rejestracja: 12 Lut 2014, o 17:08
Miejscowość: Poznań

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 1 Lip 2018, o 14:28

Popas - piękne słowo kryjące za sobą wiele. Dla całej grupy oznaczał odpoczynek i napchanie brzucha tak, aby pas mocniej naciskał na pękate brzuszyska i można go było spokojnie poluźnić. Po pas można też było się upierdolić w błocie, stojącej wodzie i wszędobylskim torfie. Może to i lepsze niż ziarenka piachu dostające się wszędzie i ocierają boleśnie skórę, ale z tą różnicą, że po jakimś czasie brud wyschnie i opadnie sam od ciała oraz szczątkowych ubrań, a skruszone drobno skały nie bardzo.

Cicho wszędzie, głucho wszędzie, coś z tego będzie. I faktycznie było. Kolejnych kilku towarzyszy broni Guttora dołączyło do brzuszastej i pokaźnej już grupy piechurów. Zebrani do kupy, zagłębiali się na zdradliwe mokradła. Było o czym rozmawiać, bo nowi gamorreanie o skórze nieco ciemniejszej, niż to miało miejsce u wędrownych klanbraci, początkowo nieufni, nawiązywali wspólną nić porozumienia. Luźnym szykiem szli wgłąb lesistego terenu. Niskie drzewa swymi baldachimami liści skutecznie odcinały dostęp światła do powierzchni, pożerając łapczywie promienie słoneczne. Zapach otoczenia się zmieniał. Zatęchły, bagienny gnilno-siarczany smród zgniłych jaj, zastąpiony został niezwykle parnym zapachem butwiejących roślin i liści. Teren był trudny do przebycia, a z każdą kolejną setką kroków korzenie jakby podstawiały haki idącym, co spowalniało marsz. Brak światła i otaczający półcień mógł spowodować uwolnienie większej ilości pigmentu podgrupy Ha'an. Wśród nowych nawet był jeden o skórze bardziej żółtej niż zielonej. Tak jakby jeden kolor przechodził w drugi.

- Trudno. Przebrniemy jakoś i przez to. Będziemy musieli bardzo uważać. - dołączył się do rozmowy Gweek. - Skoro to bestie, może boją się ognia. Rozpalmy pochodnie. - zadecydował wreszcie. Kolejny, kilku minutowy popas dał chwilę wytchnienia od ukropu stojącego powietrza. Dwie palące się gałęzie, owinięte kawałkiem rozdartego materiału musiały wystarczyć. Nie było jak, ani czym podtrzymywać na długo ognia. Samo drewno za bardzo nie nadawało się do utrzymywania stałego płomienia. Materiał skór i szat też szybko się skończy, jeśli będą nieroztropnie z niego korzystać lub będą chodzić całkiem na golasa, jak stworzyły ich matka Gamorra. Częściowo wilgotne lub suche gałęzie zamiast dać jasne źródło światła albo za mocno kopciło albo za szybko się wypalało. Na domiar złego ciągły ruch w dodatku pogarszał sprawę, a znalezienie odpowiedniej do niesienia "pałki" chwilę trwało. Było też ryzyko pożaru poprzez przenoszenie otwartego ognia nad ściółką leśną, dlatego ostrożność była wskazana. Próchnica mogła szybko się zająć, rozprzestrzeniając płomienie, choć nie musiała.

Idąca trójka osobników kilka kroków przed resztą, zmieniała się rotacyjnie. Środkowy niósł pochodnię, dwójka bocznych długimi, dość cienkimi tyczkami uderzała o podłoże. Odstraszało to węże lub inne większe robactwo, czyhające na łatwy posiłek. Widoczność była marna. Lita ściana roślinności szczelnie owinięta szarą mgłą była nieprzenikniona. Nie gęstniała, ani się nie przerzedzała, zdając się jednym i tym samym bytem. Ruchome bagna tak samo często występowały co ruchome piaski na Tatooine. Zdradliwe w swej naturze, niczym szczególnym się nie wyróżniały od częściowo podmokłego miejscami terenu. Nurra szła w środku, od czasu do czasu zagadując do niektórych, teraz już "swoich" towarzyszy. Cały pluton tworzył jakby spłaszczone po bokach koło - czyli elipsę. Drugie źródło światła kroczyło na końcu stawki. Unikano przepraw przez wodę jeśli nie było to konieczne. Obchodzono mniejsze sadzawki stojącej wody bokiem. To one były źródłem czy wręcz fabryką białych chmur, nisko unoszących się nad ziemią. Korony drzew jakby więziły opary płynące z moczar, nie pozwalając uwolnić im się nad nieboskłon. Szarość powodowała trudności w ocenie godziny czy pory dnia.

Stawiam trójkę na ostrożność i pozostałą dwójkę obsadzam w prędkość przemarszu.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 248
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 2 Lip 2018, o 09:43

Palpoo
Już kilka dni po tym jak Snu-snu wkroczył do Nielegalnego Miasta miał go serdecznie dosyć. I to nawet z kilku powodów. Po pierwsze najemnicy od Beji Besadii dobrze sobie poradzili z opanowaniem miasta i pojawienie się rebelianckiego wsparcia było i symboliczne i odrobinę spóźnione. Głównodowodzący w mieście - postawny twilekański weteran walk z Ryloth imieniem Saresh Vao - wzruszył tylko ramionami gdy usłyszał od kogo przychodzą i, że przybywają z pomocą.
- No cóż... Zdążyliście na sprzątanie. - Uśmiechnął się brzydkimi spiczastymi zębami - A płacą mi tutaj na tyle dobrze, że zupełnie nie robi na mnie wrażenia, że jesteście z Rebelii. - Głos miał stanowczy, ale nie był niemiły; Vao po prostu twardo mówił to co myślał. - Możecie być nawet z pałacu miłościwie nam panującego Imperatora Daali. Wisi mi to. Dopóki będziecie pod moją komendą możecie być sobie kim chcecie o ile wykonujecie MOJE rozkazy.
Słowa Vao mimo wszystko wprawiły przybyszów z nad Grzybiego Jeziora w lekkie osłupienie a potem w rezygnację. Nawet Teerev był podminowany; on i jego ludzie chyba powoli zaczynali bardziej utożsamiać się z rebeliantami. Nastroje psuły też żarty zwycięzców, którzy używali sobie z niezbyt licznego i spóźnionego wsparcia (sam Snu-Snu stał się źródłem wielu żartów na temat możliwości bojowych rebelii i ich potężnych włochatych sojuszników. Żarty były tym bardziej bolesne, gdyż sam Vao miał przy sobie dwie przyboczne wojowniczki rasy wookie. Dysproporcja była uderzająca).

Przedstawiciele klanu Obrogga zostali bardzo szybko spacyfikowani i albo wzięci do niewoli albo wygnani do dżungli. Całość operacji zajęła najemnikom jeden dzień intensywnych walk i kolejny wypełniony już tylko spokojniejszymi pojedynczymi potyczkami. Wojownicy Obrogga zdawali się być całkowicie zaskoczonymi nagłym pojawieniem się przeciwnika w ICH mieście, stąd tak łatwe sukcesy po stronie atakujących. Biorąc pod uwagę skalę działań i ilość poszkodowanych po stronie Besadi operację bardzo szybko okrzyknięto błyskotliwym sukcesem.
Zwycięstwo było jednak niezbyt trwałe. Przegnanie Obroggowych wojowników do dżungli dało im tylko czas i miejsce na przegrupowanie się. Po pierwszym szoku i bezkarnym zebraniu łomotu klan oborgga mógł ruszyć do kontraataku. Klan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa; a Vao obawiał się tego najbardziej. W każdej chwili do Nielegalnego mogli wkroczyć jego prawowici właściciele żądni krwawej satysfakcji. Więc na trzeci dzień spokój zwycięzców został zmącony poprzez pojedyncze wypady uzbrojonych gamorrean na patrole besadi. Utrzymanie miasta w ręku ich nowych właścicieli nie było wcale pewne.
Walka z wrogim klanem to jedno, ale zarządzenie zdobytym miastem to drugie. Nowe porządki biedniejsi przyjęli z wielką radością, bowiem dość mieli wyzysku i pracy dla bogatej i wyjątkowo nielicznej elity. Elity, która w większości stała po stronie klanu Obrogga i stojących za nim Huttów Desilijic. Ci drudzy albo pozamykali się w swoich domach i nie wyściubiali nosów na zewnątrz chronieni przez swoich ochroniarzy i wysokie mury, albo od razu uciekli z miasta kierując się w stronę większych sojuszniczych osad i miast. Besadii miało jednak swój pomysł na tą sytuację i razem z najemnikami w mieście pojawiło się kilku "cywilnych" popleczników i wykonawców woli Beji Besadii.

***

Trzeciego dnia pod wieczór Palpoo wracał w okolice lądowisk przy których on i grupa rebeliantów zrobili sobie kwatery; wykorzystali do tego zaplecze jednego ze starych magazynów. Zbliżał się ciepły letni wieczór i na uliczki Nielegalnego Miasta spłynął dziwny spokój i radosna atmosfera, której w ciągu dnia brakowało. Widać było, że obie strony mają dosyć walk i każda ze stron chciała złapać odrobinę oddechu.
Uliczka, którą szedł była pusta i mało uczęszczana. Szedł tędy nie dlatego, że była to najszybsza droga do lądowisk ale dla tego, że mógł uniknąć spotkania z najemnikami, którzy ciągle na jego widok wybuchali śmiechem. Był przyzwyczajony do śmiechów więc nie robił sobie z tego większego problemu, jednak po co miał się narażać? Poza tym mógł sobie w spokoju iść i jeść smażone mięso, które dostał na jednym ze straganów na głównym targowisku.
W którymś momencie jednak - gdy widział już dachy różnych frachtowców górujących nad okolicznymi budynkami - zdał sobie sprawę z tego, że ktoś za nim szedł. Ktoś go obserwował i szedł za nim. Ewok rzucił okiem za siebie i dostrzegł fragment szarego futra znikającego za załomem jednego z budynków, który mijał przed chwilą.
Tropem Palpoo szła jedna z samic Wookie.



Nantel
Małe Zera (lub też Baza I) oferowały zaskakująco dużo. Nantel nie był w szoku tylko dlatego, że wciąż pamiętał luksusy jakich zaznał w domu Besadii. Potrafił sobie jednak wyobrazić zdumienie w jakie wpadłby typowy mieszkaniec biedniejszych regionów planety trafiając na szerokie i wybrukowane ulice Bazy 1.
O militarnym charakterze miejsca świadczyły już tylko wysoki mur z druabetonu okalający cały kompleks, kilka smukłych wież wartowniczych i duża, ciężka brama. Zniknęły hangary, baraki i place treningowe a w ich miejscu pojawiły się różnorakie budynki, ogrody, kolorowe neony, chodniki i ładne ulice. Miejsce mogło się podobać, choć wyraźnie było widać, że całość miała służyć przede wszystkim taniej rozrywce.
Małe Zera zaskakiwały. Owszem. Jednak taką osobę jak Nantel w prawdziwe osłupienie wprawili... ludzie.

***

Po trzech dniach przebywania w mieście i badania możliwych dróg dotarcia do domu gubernatora musiał przyznać przed samym sobą, że nie wiedział czego się bał. Fakt, patrole imperialnych służb porządkowych nadal przyprawiały go o nie małą porcję nerwów, jednak cała reszta mieszkańców tego miasta-ośrodka było zaskakująco otwarta i miła. Znakomita ich większość była zwolennikami władzy Imperatora Daali, ale nie przeszkadzało im to serdecznie przedrzeźniać niektóre z oficjalnie obowiązujących praw czy nawet stwierdzać przed oficerami i urzędnikami, że "imperium ssie".
Nantel wiedział, że taka a nie inna postawa jest tylko lokalnym folklorem wyrosłym na podłożu zbudowanym przez odległość do Courscant i wpływy huttów, którzy mieli więcej do powiedzenia na Gamorr niż oficjalna Imperialna władza. Folklor ten był jednak Nantelowi bardzo na rękę. Już drugiego dnia, przy pomocy uśmiechu, miłego słowa i kilku postawionych kolejek udało mu się uzyskać kontakt z mechanikiem pracującym u Gubernatora.

***

Nantel siedział w "Smarkach Snurga". Tak nazywał się lokal. Przy długim szynkwasie w wąskiej i długiej sali uszykowane było dziesięć stołków barowych. Jedyny zajęty był przez niego. Oprócz niego w lokalu był stary droid prokolorany, który robił za smętną szafę grającą i tłumacza do rozmów i gamorreański właściciel przybytku imieniem Snurg. Snurg siedział na przeciwko Nantela i czyścił kufle. Nantel bardzo szybko domyślił się skąd wziął się pierwszy człon nazwy tego przybytku.
Przebywał w mieście już jakiś czas i zdążył już zwiedzić kilka innych lokali tego typu. Ten był zdecydowanie najgorszym. Brudny, podniszczony, nieatrakcyjny i ulokowany poza główną ulicą. Skutkowało to tym, że trafiali do niego tylko Ci co musieli. Poza tym było coś jeszcze. Coś co wprawiało Nantela w szczere zgorszenie. Właściciel nie nabijał wpłat na kasę i nie wystawiał dowodów potwierdzających dokonanie zakupu. Nawet w takim miejscu próbowano oszukać Imperium. Mężczyzna zastanawiał się czy gamorreanin był na tyle błyskotliwy by świadomie oszukiwać system podatkowy czy robił to w zupełnej nieświadomości.
Spojrzał na chronometr wiszący na ścianie. Zbliżała się godzina 19.00
- Ten czas to dobrze jest tam podawany? - zapytał Gamorreanina. Ten coś odchrumkał a droid protokolarny momentalnie przestał grać muzykę i przełożył słowa Snurga.
- Tak. Pan Snurg mówi, że chronometr dobrze działa. Dodatkowo pozdrawia też Pana matkę. - Snurg wyszczerzył zęby w grymasie uśmiechu a droid wrócił do grania przerwanego utworu.
Nantel westchnął zrezygnowany, miał już powoli dosyć czekania. Zwłaszcza, że musiał robić to w miejscu takim jak to. Jakim cudem ten Snuurg wogóle się tu utrzymuj?. Westchnął raz jeszcze i w tym momencie drzwi od baru otworzyły się. Spojrzał w kierunku wejścia. I zatkało go.
W jego kierunku szła brunetka ubrana w zielono - pomarańczowy kostium mechanika. Strój ten był ubrudzony i mocno znoszony, ale na jej gibkim i kuszącym ciele wyglądał niesamowicie zmysłowo i idealnie podkreślał jej kobiecość. Wąska talia, zgrabne nogi duże oczy i zniewalająca krągłość biustu były zdecydowanie nie tym czego się spodziewał po osobie noszącej imię Axel. Liczył na to, że to będzie "on" a nie "ona". Świadomość Nantela nie przyjmowała do wiadomości tego, że ten anioł mógł grzebać się w silnikach. To było po prostu niemożliwe. Czuł też, że świadomość zaczynała mu odpływać z głowy.
- Cześć. Zamknij usta, przystojniaku. - powiedziała pierwsza uśmiechając się do niego; dziewczyna doskonale wiedziała jakie wrażenie robi. - Ty jesteś ten mechanik co szuka pracy u gubernatora? Snurg, dla mnie to co zawsze, złotko. Dzięki.



Gweek
Czas i przestrzeń zdawały się zatracać w tej wiecznie szarej i zabłoconej krainie. Lepka cisza tłumiła wszelkie dźwięki, sprawiając, że wybrzmiewały one krótko i były przez to niepokojąco nienaturalne. Chlupot nóg mącących bagnistą breję, pękające bąble gazu i trzaskanie drzew były jedynym akompaniamentem jaki towarzyszył Gweekowi i jego kompanii. A był to monotonny akompaniament, co w połączeniu z niezmiennym krajobrazem sprawiało, że umysły knurów szybko zaczęły być senne i znużone.

***

Chlup. Chlup. Chlup. Krok za krokiem. Knur za knurem. Chlup. Chlup. Chlup.
Przebudziła się ze snu. Potencjalna ofiara była w pobliżu. Drganie wody dostarczało jej wiele informacji. Mruknęła z zadowolenia i ruszyła od dna ku powierzchni.
Bestia wynurzyła łeb ponad powierzchnię wody i zaciekawieniem zaczęła obserwować majaczący we mgle pochód gamorrean. Czekała a jej oczy lśniły od drapieżnego podniecenia. Zapowiadała się syta uczta.
Gdy ostatni z gamorrean przeszedł obok i zniknął we mgle ostrożnie ruszyła za kompanią.

***

W pewnym momencie - Gweek zupełnie stracił orientację w czasie - idąca na czele trójka zawróciła do reszty kolumny mówiąc coś o światłach i gęstniejącej mgle. Prosili też o zmianę, bo mają wrażenie, że ktoś się na nich patrzy. Nurra od razu podskoczyła do nich by wypytać dokładnie o co im dokładnie chodzi. W ślad za nią ruszył też Guttor.
Gweek słuchał ich słów ale nie do końca się na nich skupiał. Czuł się otępiały a jego zmysły działy z dziwnym opóźnieniem; zaniepokoiło go to. Rozejrzał się wokół i ze zdumieniem spostrzegł, że drzewa wokół niego zmieniły się; nie wiedział nawet kiedy. Były teraz gigantycznymi i starymi drzewami o pniach tak szerokich, że nawet tuzin gamorrean łapiąc się na ręce, nie byłby wstanie ich objąć. Sękate wytwory gamorreańskiej natury poobrastane były masą mchów, porostów i grzybów. Tych ostatnich było najwięcej; zwłaszcza hub, które tworzyły na drzewach tarasowe kolonie.
- Świaatłaaa - obok Gweeka przeszedł jeden z gamorrean i z mętnym wzrokiem zaczął oddalać się od kolumny.
- Ooooo... Faktycznieeee... - kolejny ruszył we mgłę. A zaraz za nim następny. I jeszcze jeden.
Gweek też zobaczył te światła. Ogniki majaczące gdzieś w mglistej nierzeczywistości otaczających ich bagien, były... piękne. Fascynujące...
- Gweek! - Nurra ocuciła go plaskaczem. - Trzeba coś zrobić bo zaraz się wszyscy pogubimy we mgle!


Kittani
Podczas trzech kolejnych dni Kittani schodziła do grobu Durosa przynajmniej raz dziennie. Sama się sobie dziwiła, że tak bardzo potrzebuje tego kontaktu. W tym zapomnianym przez wszystkich miejscu, spowitym przez kompletną ciszę, czuła, że Cad jest gdzieś przy niej naprawdę i wpatruje się w nią swoim na wpół prześmiewczym spojrzeniem. Zamykała oczy i dokładnie widziała jego postać. Siedział tuż obok, na kamieniu. Widziała wtedy każdy jego gest, ruch. I to jego dbanie o to, by dłonie były idealnie czyste. Mówiła do niego, zadawała mu pytania i rozważała na głos wszystkie możliwe opcje. A on tylko się uśmiechał i kiwał głową. Było niemalże idealnie. Brakowało jej tylko by usłyszała jego głos. Ale on nigdy nie odpowiadał. Wtedy otwierała oczy i docierało do niej, że znajduje się sama w kompletnej ciemności z dala od wszystkich. I w pobliżu był tylko milczący grób.
- On już nie wróci. - Mówiła do siebie. I za każdym razem kolejna cząstka złudnej nadziei umierała.

***

Kittani zwiedziła cały wulkan. I nie sądziła, że zajrzenie w każdy kąt i dokonanie pełnych wycen zajmie jej aż trzy dni. Z radością witała miejsca w których już była (np. podziemne jezioro ze święcącymi formacjami skalnymi) i z wielką uwagą i skupieniem oglądała miejsca w których była pierwszy raz. Bardzo szybko zaczęła się też zastanawiać nad tym jaka była prawdziwa historia tego miejsca, bo to że Urpa był pierwszym właścicielem było mocno wątpliwe. Już to, że niektóre pomieszczenia były na wpół przysypane i sprawiały wrażenie nieodwiedzanych od przynajmniej kilku dziesięcioleci dawało do myślenia; niektóre, wydawały się być nawet zawalone z rozmysłem, tak jakby dawni właściciele chcieli coś ukryć przed potomnymi.
Wulkan był też na tyle duży, że bez komunikatorów nie było by szans by się wzajemnie odszukać. Cały czas ktoś, kogoś wywoływał a słowo "odbiór" stało się najpopularniejszym słowem w okolicy; słychać je było zewsząd, ale nigdzie nie było widać osób, które je wypowiadały.
Pierwsze dwa dni pobytu w wulkanie wszyscy spędzili właśnie na takim zwiedzaniu i szukaniu sobie miejsca. Notowano też, coś trzeba będzie zrobić i starano się ułożyć listę priorytetów. Lista zapełniała się bardzo szybko i jeszcze szybciej okazało się, że nie da się wszystkiego zrobić na raz. Ani nawet w najbliższej przyszłości. Dopiero po naradzie trzeciego dnia w pełni poczuła ciężar czekających ją decyzji. Erd, Damon, Xantee nawet stary Ortogg, każdy miał do powiedzenia coś odnośnie potrzeb związanych z nową bazą rebelii.

***

Siedziała przy grobie Cada w zupełnych ciemnościach. Jedynym światłem było to padające z ekranu datapadu gdzie wyświetlana była lista zadań. Czytała ją na głos.

- Sekcja A i B wymagają obsadzenia i zapewnienia posterunków obserwacyjnych.
- Sekcja C jedyny z którym nie mamy problemu. Wszystko działa.
- Sekcja D wymaga solidnego porządkowania. Blisko połowa pomieszczeń mieszkalnych nie nadaje się do zamieszkania na chwilę obecną (zagrzybienia, problemy z wentylacją).
- Sekcja E wymaga zbadania przez technika, część z pomieszczeń ciągle jest zabezpieczona kodami, niektóre z komputerów ciągle posiadają nierozszyfrowane dane. Po solidnej wycenie można by spróbować sprzedać kolekcję rzeźb i obrazów Urpy Lossa (czyli można zarobić niemałe pieniądze dla rebelii)
- Sekcja F wymaga solidnego porządkowania. Ambulatorium i laboratorium potrzebują nowych zapasów by w pełni funkcjonować. Przywrócenie do sprawności wszystkich systemów wulkanu wymagać będzie zaangażowania wielu techników i od zajebania (słowa Erda) czasu.
- Sekcja G wymaga porządkowania i pobieżnych napraw. Większość sprzętu działa dobrze. Wydajność całości 90%. Najgorzej ma się system pomp odwadniających i Centralna Stacja Uzdatniania Wody.
- Sekcja H wymaga SOLIDNEGO sprzątania, porządkowania i katalogowania gratów tam porzuconych.
- Sekcja J wygląda jeszcze gorzej niż sekcja D. To były pomieszczenia niewolników, prawie nic nie działa.
- Sekcja I - sprawna, przegląd nie wykazał rażących problemów. Umieszczono w tej części dodatkowe generatory oraz maszyny górnicze (dawno nieużywane)
- Sekcja K - Kopalnia. Totalne zadupie wulkanu. Część korytarzy i szybów zalana. Część prowadzi donikąd. Kilka tuneli wygląda na specjalnie zawalonych.

- I co Ty na to Cad?

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 6 Lip 2018, o 17:29

Słowa idealnie pasują mi do zaistniałej sytuacji.

..Kiedy zawieje dziki wiatr..
...rozwieje gęstniejącą poświatę...
....unoszącą się z samego serca bagien....

Czyż nie jest tym samym błądzenie we mgle, co prowadzenie grupy ślepców przez niemego? - zastanawiał się Gweek, idąc ciągle i ciągle przed siebie. Od dobrych kilku minut czy nawet godzin, nie zmieniło się zupełnie nic lub prawie co nic. Wybrany kierunek mógł być tak samo dobry, jak każdy inny. Nie było możliwości obrać jakiegokolwiek punktu, aby wyznaczyć do niego azymut. Prosty marsz mógł zwiastować bezsensowne nadłożenie drogi lub co gorsza, zabłądzenie. Ograniczona widoczność wszystkim dawała się we znaki. A co, jeśli kręcą olbrzymie koło, nie mogąc dostrzec nawet własnych śladów? Podmokły teren pochłaniał je równie szybko, co wydawane przy okazji dźwięki. Utknęli w miejscu, którego nie mogło być na żadnej mapie. Kraina, gdzie im głębiej, tam nawet owady wydawały się obumierać. Mgła niczym trucizna, przenikała przez wszelkie żyjątka, z czasem je wykańczając.

Idąc, miało się wrażenie, że stoi się w miejscu. Ciągle widziany ten sam kawałek wyciętego krajobrazu, podążał krok w krok za piechurami lub co gorsza, zawinięty był w niewidzialną pętlę, raz za razem przewijając się przed oczami. Nie było widać przeskakującego początku czy też końca niewidzialnej holotaśmy. Zmiana prowadzącej trójki, następna i kolejna. Odpoczynek, posiłek, marsz. Jarzące się ledwie drwa samoczynnie gasły od nadmiaru wilgoci. Woda jakby wisiała w powietrzu, kondensując się na skórze i ubraniach. Z pysków wylatywały kłęby ciepłej pary, powiększając niemożliwie wielką, blado-siwą chmurę, przypominającą kolor skóry nieboszczyka. Miejscami gęsta jak mąka, często cuchnąca torfem.

Chlup, chlup, chlup. Tup, tup, tup.

Słowa ominęły Gweeka tak, jak przechodzień - żebraka. Szerokim łukiem. Starały się być jak najdalej od nielubianego krewniaka lub też schować przed niechcianymi gośćmi. Ot co, kolejna zmiana prowadzących. Która to już? No właśnie. Po prostu kolejna. Leniwe oko podążyło od niechcenia za dwójką ważnych person. Kształtne, jędrne i obfite pośladki jego Matrony, w dodatku trzęsące się na boki, powinny wyrwać go z marazmu. Fakt. Był mocno zmęczony. Ale żeby aż tak? Tak mocno być zajebanym mułem i mgłą być nie mógł. Nie na taki widok. Leniwie rozejrzał się na boki, choć nie powinien. Dziwił się sam sobie, że nie podziwia tak ponętnych ruchów. Utkwił cyklopi wzrok na jednym z potężnych drzew. Pierwszy raz widział coś tak majestatycznego. Nawet największe statki, widziane z bliska, nie były tak wielkie, jak ten wybryk natury. Coś mu w tym widoku wybitnie nie pasowało. Przeca lecąc nad połaciami wszechobecnej zieleni, nie dało się odróżnić jednego konara od drugiego. Rozpościerający się widok ze szczytu wulkanu na ciemnozielony baldachim, nie owocował w korony drzew tej skali i gabarytu. Porastające dookoła swojego żywiciela huby, tworzyły jakby ścieżkę prowadzącą w górę. Kilka ścieżek, przecinających się na różnych wysokościach.

- Światła! Widzę światła.
- Ja też. I ja.
- To jakieś Święto. Wielkie Święto!
- Święto Lasu! - Lasu! Lasu!
- wtórowały mu głosy gamorrean, oddalających się w nieznane. Nogi same rwały się do marszu w kierunku błędnych ogników.
- Miałem taki piękny sen... - spoliczkowany wódz chwilę wzdychał, tęsknym wzrokiem próbując odszukać niknących we mgle kolorowe iskry.

Zrzucając torbę z ramienia, z dygocącymi rekami, pospiesznie przetrząsał jej zawartość. Nie zwracał większej uwagi na trzęsą jego ramieniem Nurrę i słów obawy, o rozchodzącą się grupę. Wyjął z niej podłużny przedmiot. Na prędce i po kilku nieudanych próbach załadował wreszcie ogniwo. Przeładował i odbezpieczył strzelbę, celując na rympał w jedno z "tych" drzew. Głośny wystrzał i błysk wyrwał się z obu luf. Pociski poleciały ze świstem do celu, rozdzierając szybko gęstniejące mgłą powietrze.
- Łap za drugi koniec i rób to co ja. - upuścił broń i wyrwał długą tyczkę z ręki zdezorientowanego wojownika. Biegł i pacał po łbie tych, którzy się oddalali w nieznane, kwicząc zajadle - Łapcie za linę. Za linę! Szybko!

Pod pachą miał końcówkę liny, aby naprężona mogła się bez trudu wyślizgnąć. Jeśli efekty błyskowo-krzykowe nic nie dadzą, zostanie zmuszony do ostateczności.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 248
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 8 Lip 2018, o 21:37

Od czasu rozstania z Mirax, Palpoo był bardzo smutny, wzdychał, łaził osowiały i najwyraźniej się nudził. Czasem tylko znikał gdzieś a gdy wracał był zrelaksowany i przez chwilę przypominał dawnego Palpoo. Zmartwiona Ashara postanowiła znaleźć mu jakieś zajęcie. A nie było to łatwe zadanie. Zdobycie miasta było dobre, tak przynajmniej Ashara wytłumaczyła Ewokowi obecną sytuację, ale było też złe bo sojusznicy ich nie potrzebowali. Dlaczego tego już nie była w stanie mu wyjaśnić, nie żeby nie próbowała ale dla mózgu Snu Snu było to za dużo informacji. Polityka powodowała, że swędziały go uszy, szumiało w głowie i musiał chodzić albo coś robić. Najczęstszą reakcją obronną organizmu był śpiew. Ashara szybko przestała tłumaczyć Ewokowi zawiłości polityki, skupiła się za to na wykorzystaniu jego zdolności. Podczas gdy knury rozpytywały pobratymców i szukały ochotników, malec zajmował się przeczesywaniem okolicy i zbieraniem “danych wywiadowczych” w skrócie podsłuchiwał kogo się dało. Nie dowiedział się zbyt wiele, ale wszystkie drobne informacje przekazywał Rebeliantom, a ci starali się je wykorzystać. Między innymi dzięki puchatym uszkom Palpoo mieli obraz nastrojów panujących w mieście, zaczynali też dostrzegać zagrożenia.

Teraz wracał z całkowicie prywatnej wycieczki po mięso. Knury na rynku tradycyjnie go ignorowały, dopóki nie pokazał kredytów. Ta ignorancja i mały rozmiar pozwalały mu wykonywać swoje zadania ale były też upierdliwe. Stąd też dobry humor małego, nie dość że dostał soczysty kawałek mięcha, to jeszcze usłyszał jak dwójka knurów mówi o wspaniałym pancerzu.
- M'uhk'gfa Taka, że gówno odpada,
- Nie chrumkaj głupot, nie stać cię na zbroje
- A właśnie stać,
- Boorb nie robi zbroi dla byle kogo.
- Dla mnie zrobi,
- W ten świński ryj dostaniesz, za kłamanie, Boorb nawet z tobą nie będzie gadał.
- Umówiłem się z nim jutro, jak chcesz cię zaprowadzę.
- Uwierze jak zobacze.
- Rano po trzecim kurze się tu spotkamy.

Podsłuchana rozmowa niewiele mówiła Palpoo, ale z poczucia obowiązku postanowił powtórzyć ją Asharze, może wychwyci w niej coś ciekawego. Zatopił zęby w kilogramowy kawał mięcha. Co jak co ale w Gammoreanach najlepsza była ilość jedzenia jakie pochłaniali. W świetnym humorze szedł do magazynu nucąc pod nosem piosenkę o miłości do Mirax, ułożył ją na poczekaniu, a jej słowa z pewnością nie przypadłyby do gustu pruderyjnej Jedi.

***

zauważył ją, im coś jest większe tym trudniej się ukryć. Palpoo nie zdradził się w żaden sposób, że coś dostrzegł, dalej szedł jak gdyby nigdy nic, lecz jego oczka przepatrywały teren w poszukiwaniu jakichś możliwości. Możliwość nadarzyła się już za zakrętem, takiej okazji nie mógł nie wykorzystać. Skoro Wookie szła za nim, to z pewnością miała w tym jakiś cel. Nie mając wsparcia Ewok postanowił zastosować pokojowe podejście. Oczywiście bieganie i gonienie dwumetrowej samicy było głupim pomysłem. Konieczne było inne rozwiązanie. Musiał zaryzykować.

Szła ostrożnie, rozglądając się uważnie, misiek za którym szła nie zachowywał zbytniej ostrożności, szedł popiskując jedną z pieśni swojego ludu. Wysokie dźwięki były w zasadzie zapętlonym jednym zdaniem, no cóż, co rasa to kultura. Snu Snu zniknął za rogiem, podeszła powoli nie śpiesząc się, chciała mu dać czas na oddalenie się od zakrętu. W końcu głupio byłoby tak po prostu wpaść na malucha. Uśmiechnęła się do siebie, ignorując pewien detal a raczej brak detalu. Wyjrzała zza rogu i jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Miśka nie było. Ucichła również jego pieśń. Ale wstyd. Ruszyła do przodu zastanawiając się gdzie też mógł zniknąć. Wciągnęła powietrze, charakterystyczna woń wielu dni smrodu była bardzo bardzo słaba. Z resztą w okolicy było multum zapachów. Stanęła niezdecydowana na środku wąskiej uliczki.

Klapa staromodnego kosza na śmieci uniosła się minimalnie. W mroku lśniły dwa drobne punkciki. Olbrzymka stała kilka metrów przed nim, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego ze Snu Snu ją obserwuje. On sam dokładnie ocenił przeciwnika. Groźnie wyglądająca broń spoczywała w pochwie na plecach. Zaś sama samica wydawała się być bardziej zaskoczona niż rozgniewana. Trzeba to wykorzystać, w końcu jeżeli za nim poszła to na pewno miała jakiś powód. Pokrywa uniosła się całkowicie a Palpoo wyszedł z kosza. Cichutko odłożył pokrywę i stanął na niej strząsając z futerka odrobiny śmieci. Kosz, rynna dach, a potem na drugą stronę i szybko w małe okienko tuż nad podłogą. Taki był plan na wypadek gdyby Olbrzymka miała jednak wrogie zamiary. Wyprostował się i starał wyglądać godnie. Zdał sobie sprawę, że musi wyglądać dość kretyńsko stojąc na koszu na śmieci z nabitym na patyk smażonym mięsem i śmieciami w futrze. Nie obchodziło go to nabrał powietrza w płuca.

Odwróciła się gwałtownie słysząc za plecami przerwaną piosenkę, stał za nią, wytarzany w jakimś świństwie, to dlatego go nie czuła. Z pyszczka wydobyły się ostatnie przeraźliwe dźwięki. Ewok skończył śpiewać i w uliczce zaległa cisza. Ich oczy spotkały się szukając, właśnie czego? Palpoo wytrzymał spojrzenie Wookie, stojąc na koszu sięgał jej prawie do piersi, to podnosiło jego pewność siebie.
- Cześć, przybywam w kuchni i nie mam złych robaków. - Komunikator palpoo radził sobie z Shyriiwook podobnie jak i z innymi językami.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1650
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 9 Lip 2018, o 08:07

Palpoo
Tego nie mógł się spodziewać! Samica Wookie niemalże podskoczyła słysząc za sobą słowa Ewoka. Jej ręka momentalnie powędrowała do kabury z blasterem i nim się Palpoo zorientował miał wycelowaną w siebie broń (blaster rozmiarów małej strzelby trzymanej w jednej ręce). Kobieta przy tym warczała groźnie i pokazywała swoje uzębienie. Potem dostrzegła Snu-snu stojącego na koszu i od razu cały bojowy nastrój zniknął.
Wookie coś warknęła i ryknęła, czego Palpoo nie zrozumiał. A wokabulator nie spieszył się z tłumaczeniem; działał tylko w jedną stronę. Wookie powiedziała coś jeszcze, ale Palpoo znowu nic nie zrozumiał.
Stali więc tak przez chwilę odrobinę zmieszani nie wiedząc co mając ze sobą dalej zrobić. Palpoo wykorzystał ten czas by się lepiej przyjrzeć samicy. Miała czarne futro przetykane białymi i szarymi pasmami. W jej włosy były poupinane rozmaite korale nadając im iście "pirackiego" wyglądu. (Palpoo pamiętał kiedyś pirata, który miał podobną fryzurę). Samica nosiła też skórzany pas przecinający ukosem jej pierś. Do pasa przytwierdzone były różne zasobniki w tym dwie duże kabury na noże. Dla ewoka jeden z tych noży mógłby służyć jako miecz.
Samica spróbowała powiedzieć coś jeszcze, ale gdy nie zauważyła reakcji ze strony Palpoo zamilkła. Była bardzo speszona. Sięgnęła do jednego z zasobników i rzuciła przed ewoka coś. Palpoo przez chwilę myślał, że to granat i prawie, że chciał rzucić się do ucieczki. W porę jednak spostrzegł, że to był tylko kamień.
Samica warknęla coś jeszcze parę razy zasmucona i poszła sobie zostawiając "prezent" na ziemi.
Palpoo zauważył, że na kamieniu były jakieś dziwne znaki. !_ <> V 3 i wtedy też, zauważył drugą z samic ukrywających się za rogiem budynku. "Szara Piratka" szła w jej stronę a gdy się zrównały ze sobą padły sobie w ramiona. Szara chyba płakała.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5938
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 9 Lip 2018, o 21:15

- Niab?
Zaskoczony ewok z radością spostrzegł, że jednak się nie posikał, kiedy w niego rzuciła. Jednak był twardzielem. Nie rozumiał tylko reakcji olbrzymiej Wookie, przecież nic jej…
Olśnienie przyszło nagla, Vokabulator, najwyraźniej był zepsuty i powiedział coś obraźliwego. Pamiętał, że Ashara coś wspominała o jego paskudnym słownictwie. W główce Snu Snu przemknęły dziesiątki myśli, lecz wszystkie skupiały się wokół dwóch głównych węzłów.
Jebać to, co cię obchodzi dwuipółmetrowa kupa futra trzęsąca się jak galareta na widok Ewoka. Skończ mięso i idź swoją drogą.
Chyba włąśie obraziłeś dwuipółmetrowego Wookiego który powyrywa ci ręce i podetrze się futrem. W sumie to lepiej mieć go po swojej stronie, nie? Ręce są fajne i się przydają na przykład do drapania po dupie.
Snu Snu w głębi duszy był dobrym Ewokiem, który w dodatku lubił swoje ciało. Misiek zeskoczył na ziemię błyskawicznie zeskoczył na ziemię, podnosząc upuszczony kamień, był całkiem spory jak na ewoczą łapkę, rzucił okiem na okolicę i wybił się z ziemi. w Trzech susach znalazł się na dachu z którego miał zamiar zwiewać przed śledzącym go Wookie. Z lekkim uślizgiem ustał na dachu balansując rozłożonymi łapkami. W jednej wciąż trzymał kawałek mięsa na patyku, w drugiej kamień z dziwnymi znakami. Ruszył biegiem po dachu przeskakując nad mniejszymi kominami i murkami. W samą porę by dostrzec, jak Szara tula swoją towarzyszkę i coś jej ryczy. Dwoje wookie to trochę dużo, nawet dla takiego kozaka jak Palpoo. Wyhamował na krawędzi i zgrabnie zeskoczył na ziemię popisując się saltem. Niestety obie olbrzymki były zajęte porykiwaniem na siebie, nie zauważyły ani pięknego salta, ani imponującego lądowania. Miał czas żeby wstać z ziemi i otrzepać futro. Pyszczek go bolał, ale znacznie bardziej czuł ból urażonej dumy, przynajmniej do momentu gdy zorientował się, że Obce nie zauważyły gleby. Palpoo przezornie wyłączył Vokabulator, i podszedł ostrożnie do Szarej dotykając jej nogi, sięgał jej mniej więcej do uda. na upartego mógłby przejść między jej nogami nie zawadzając głową.

Poczuła elektryzujące dotknięcie na udzie, kto śmiał. Wyrwała się z objęć towarzyszki i jednym płynnym ruchem wyszarpnęła nóż z kabury odwracając się gwałtownie. Za nią nikogo nie było.
- Niab?
Stał przy niej trzymając w ręku kamień który mu dała, a drugą wyciągając w górę mięso na patyku. Kawał mięsa był już nieźle nadgryziony, ale misiek odwrócił go w stronę Szarej tą całą stroną. Oczka małego miśka patrzyły ufnie, ale rejestrowały każdą zmianę zachowania Wookie, dopiero teraz dotarło do niego, że nie jest ona tak powolna jak mu się zdawało, i jeśli rzeczywiście ma złe zamiary to będzie się musiał nieźle napocić żeby spierdolić. Ale dała mu kamień, nikt kto ma złe zamiary nie dałby kamienia.
- Niab? - powtórzył cienkim piskliwym głosem z nadzieją że rycząca istota zrozumie brak złych zamiarów. Snu Snu był najzwyczajniej w świecie ciekaw czego od niego chciała.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1650
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

PoprzedniaNastępna

Wróć do Przestrzeń Huttów