Content

Nieznana Przestrzeń

[Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Image

Re: [Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Postprzez Mistrz Gry » 29 Sie 2019, o 09:26

Daesh i Tarra
Ktoś z więźniów, słysząc słowa Daesh, krzyknął:
- Nie damy rady zamknąć tego z tego poziomu. Sterowania hangarów jest wyżej, o tam! - Tutaj więzień wskazał ręką na przeszkloną kabinę zawieszoną nad płytą hangaru. Faktycznie znajdowała się o poziom wyżej; z pewnością obsługa hangaru miała z tamtego miejsca doskonałe pole widzenia.
- Niech nikt nie waży się przeszkadzać tym statkom w przylocie tutaj!!! - Krzyknął Hex, którego słowa Tarry wyraźnie wprowadzały w spore nerwy; widocznie aktorka musiała być ciężką pracodawczynią. Ludzie odpowiedzialni za wyciągnięcie Tarry z więzienia z pewnością włożyli w całe przedsięwzięcie sporo wysiłku a to, że jej prywatni ochroniarze dali się wsadzić razem z aktorką, świadczyło o ich wielkiej lojalności wobec niej. Arogancka postawa Tarry z pewnością działała na nerwy Hexa.
Mniej więcej w tym samym czasie ktoś inny zjawił się przy Daesh i pomógł nieść jej przyjaciela, jeden z geonosian otworzył wrota dzielące sekcje hangarów i więźniowie mogli przedostać się na sterburtę a Nantel uruchomił Shooting Stara...

Nantel Grimisdal
O tym, że coś się solidnie zepsuło, wiedział od razu. Shooting Star jeszcze nigdy nie narobił takiego hałasu. Najpierw turbiny rozpędziły się do krytycznej liczby obrotów, potem coś zaczęło się grzać i gdy Q4 i Nantel rozpaczliwie próbowali zatrzymać postęp awarii silniki stanęły w ogniu a po chwili padło całe zasilanie statku. A potem...

Tarra
Została sama w hangarze. Statki piratów zaczęły procedurę lądowania. Za parę chwil miała znaleźć się w rękach swoich wybawców. Póki co jednak mogła jeszcze ruszyć za rebeliantami.

Daesh
Shooting Star eksplodował! Na poszycie hangaru wysypały się fragmenty stali i szkła z iluminatorów. Pod sufit hangaru z rozprutego poszycia sączyła się gęsta kolumna tłustego dymu przetykanego pojedynczymi językami ognia.

Tarra i Daesh piszą pierwsze. Nantel czekaj. Może ktoś Cie uratuje ;)Sorry za telegraficzny post, ale po wczorajszej podwójnej stracie nie miałem już pary na dłuższe rozpiski
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6625
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Postprzez Daesha'Rha » 31 Sie 2019, o 16:01

Wybuch pchnął w stronę więźniów falę ciepła, a potem gryzącego dymu. Minęła chwila, nim zebrani odzyskali słuch, a w tym czasie hangar zasypywały spadające jeszcze kawałki szkła, rozdrobnionego metalu i żarzącego się popiołu. Słupy czarnego dymu szybko wzbiły się w górę, zasłaniając widok na wrak.
Kiedy geonosianie ochłonęli, wydali z siebie dźwięk, chyba, rozpaczy. Daesha'Rha czuła w tym momencie to samo. Jak nie urok, to sraczka...
Ich transport właśnie się dopalał, a pilot, jeśli nie wyleciał razem ze statkiem w powietrze, pewnie utknął gdzieś wśród szczątków. Po prostu pięknie.
Twi'lekanka dała znać pomocnikowi, żeby delikatnie położył Toblera na ziemi. Przypadła do Gunganina i spojrzała mu w oczy. Jeszcze był w stanie skupić wzrok.
- Zaraz wrócę, rozumiesz? Masz się trzymać.
Wstała i poprawiła szybko torbę na ramieniu. Podeszła do żołnierzy, którzy pomimo szoku dość przytomnie przyjęli pozycje przy korytarzu, ubezpieczając więźniom plecy.
- Musimy wyciągnąć stamtąd rannych! - zwróciła się do nich, przekrzykując wycie alarmów i pożaru - Może ktoś tam jeszcze żyje!
Dowódca kiwnął głową, po czym oddelegował jej dwóch ludzi. Mężczyźni ruszyli żwawo, Daesha'Rha pobiegła za nimi. Po drodze chwyciła gaśnicę ze ściany obok wyjścia. Uniosła rąbek koszuli spod szyi i nałożyła sobie na usta i nos, żeby chociaż trochę uchronić się od dymu. Miała nadzieję, że nie padnie sama nieprzytomna, bo kłęby gęstego gazu odbijały się już od sufitu i wirowały, opadając z powrotem niżej.
Przecisnęli się przez resztki statku, wyrzucone w wybuchu. Na szczęście większa część kokpitu została w miarę w całości, dzięki czemu łatwo ją odnaleźli. Wszystko wokół stało w płomieniach.
Żołnierze poruszali się szybko, starając nie nabierać dymu w płuca. Daesha'Rha podała któremuś gaśnicę, mężczyzna strzelił białą pianą i oczyścił nieco przejście. Kiedy walczył z płomieniami, jego kolega wspiął się na pozostałości skrzydła i pomógł wejść Twi'lekance. Razem podbiegli do iluminatora kokpitu, a po chwili za nimi pojawił się ich towarzysz. Dogasił ostatnie jęzory płomienia wokół szyb, po czym razem z drugim żołnierzem wystrzelił kilka razy. Na szybie pojawiły się pęknięcia (tarcze w końcu dawno przestały działać), a wkrótce utworzył się wyłom. Ze środka wydostał się kłąb dymu.
Daesha'Rha przyklękła na kadłubie, kiedy żołnierze pochylili się i szukali w środku ocalałych. Twi'lekanka natomiast wygrzebała z torby niewielką butlę z tlenem i maską, do kieszeni wepchnęła sobie bandaże i gazę. Czekała, aż mężczyźni wyjmą pierwszego poszkodowanego. Miała tylko nadzieję, że czas poświęcony przy statku nie pójdzie na marne, bo Tobler mógł potrzebować jej uwagi bardziej, jeśli okaże się, że w kokpicie nie pozostał nikt żywy.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 135
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Postprzez Mistrz Gry » 2 Wrz 2019, o 20:01

Poszkodowanych było dwóch. Pierwszym okazał się być rosły żołnierz mający na sobie nadtopiony pancerz szturmowców. Pomimo znacznego stopnia zdeformowania i zabrudzenia dymem wciąż było widać na nim pomarańczowe ślady po ręcznie namalowanych insygniach "101 kompani"; Daesh od razu rozpoznała, że ma do czynienia z żołnierzem Imperium.
Facet żył. Próbował nawet stanąć na własnych nogach, rycząc przy tym niczym raniona Bantha. W jego potężnym ciele wciąż tkwiło sporo siły, właściwej temu zwierzęciu, w związku z czym więźniowie szybko zrezygnowali z "pchania" się do udzielenia mu pomocy.

Daesh jednak zbyt wiele razy widziała oszołomione zwierzęta w przedśmiertnym amoku. Wielkolud właśnie w takim stanie był. Potrzebował pomocy.

Kolejną dwójkę żołnierzy wyniósł gamorreanin, który zdawał się nie odnieść żadnych obrażeń. Oprócz jednego małego szczegółu wszystko wydawało się być z nim w porządku. Szczegółem tym - budzącym znaczną konsternację - był brak spodni i jakiegokolwiek innego "spodniego" odzienia. Szedł takim jak natura go stworzyła tam na dole. To w jaki sposób eksplozja pozbawiła go godności musiało pozostać tajemnicą.

Ostatnim był młody mężczyzna, który z pewnością kiedyś był przystojnym. Jego ciało doznało największych obrażeń. Włosy miał nadpalone a lewa strona ciała, łącznie z twarzą doznały licznych poparzeń. Przeszedł kilka kroków i padł na chłodną powierzchnię hangaru (co przyjął z pewnością ze sporą dozą ulgi).

Daesh zbyt wiele razy oglądała oszołomione zwierzęta...

Statek nie wybuchł jak gwiazda śmierci. To był raczej pożar, który pozamiatał w środku. Fala eksplozji zrobiła tam sporo zniszczenia ale statek dałoby się naprawić... chyba
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6625
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Postprzez Daesha'Rha » 4 Wrz 2019, o 21:42

Duży mężczyzna nie opadał z sił. Nadal próbował krzykiem zamaskować własny ból. Ale Daesha'Rha zbyt często miała do czynienia ze zwierzętami w szale, żeby nie wiedzieć, co zrobić. A ona pracowała z falumpasetami, które były znacznie większe, niż imperialny żołnierz.
Wiedziała, co trzeba zrobić - nie pierwszy raz przychodziło jej uspokajać zwierzę. Dlatego momentalnie odzyskała równowagę. Zupełnie, jakby jakaś siła zmyła z niej cały strach. Jej umysł rozjaśnił się, panując nad każdym ruchem i słowem. Spokój ogarnął ją, napłynął i napełnił niczym wzbierająca fala.
Zbliżyła się do dużego mężczyzny, wyciągając przed siebie puste dłonie, tak jak robiła to ze zwierzętami. Odezwała się do niego spokojnym, opanowanym głosem:
- Hoo, hoo... Już, wielkoludzie, spokojnie. Pomogę ci, tak? Usiądź sobie, odpocznij.
Sięgnęła w tym czasie jedna ręką do torby.
- Dam ci coś na ból, dobrze? Zrobi ci się lepiej, obiecuję. No już, spokojnie...
Mężczyzna rzeczywiście się uspokoił, przestał nawet ryczeć. Daesha'Rha czuła, jak fala, która przed chwila ją ogarnęła, zaczęła spływać na rannego. Jakby samą chęcią uspokojenia go potrafiła zwalczyć jego strach.
Kiedy wyjmowała strzykawkę ze środkiem przeciwbólowym, nadal mówiła do mężczyzny, bezwiednie przechodząc na twi'leki. Potem podała mu lek, a w jego oczach zobaczyła ulgę.
Wyjęła inhalator i zaaplikowała mu, żeby ulżyć także poparzonym dymem i płomieniami drogom oddechowym. Rzuciła urządzenie żołnierzom.
- Podajcie szybko temu drugiemu i knurowi - poleciła - Zaraz zajmę się zemdlonym. Pomóżcie mi z tą zbroją.
Dwóch podeszło do niej i ostrożnie, lecz z pośpiechem, wyłuskali wielkoluda z nadtopionego pancerza. Daesha od razu osunęła resztki spalonych ubrań i nałożyła chłodzący żel i bactę na poparzenia. Po wszystkim położyli rannego na plecach, wpychając jakiś worek pod głowę.
Twi'lekanka nadal czuła ten wszechogarniający spokój kiedy wstała z kolan. Nie, nie wstała... Uniosła się, jak poranna mgła, jak ciepły podmuch w chłodny wieczór. Miała wrażenie, że do drugiego rannego podeszła bez wykonania kroku. Pomyślała wtedy o Toblerze - i poczuła go. Na chwilę, na mgnienie oka i uderzenie serca, poczuła jakby muśnięcie i świadomość, że Gunganin unosi si ew tej samej toni, co ona.
Żołnierze podali poparzonemu mężczyźnie inhalator, obróciwszy go wcześniej na plecy. Nadal pozostawał nieprzytomny. Daesha'Rha ponownie zabrała się za usuwanie spopielonych ubrań. Nałożyła chłodzące żele, także na jego twarz, oraz opatrunki z bactą w miejsca wszelkich zranień i rozcięć. Podała mu również środki przeciwbólowe w zastrzyku.
Po upływie kilku chwil ból musiał zelżeć, bo mężczyzna zaczął oddychać spokojniej. Twi'lekanka zdziwiła się, kiedy spostrzegła, że szpecące rany na twarzy jakby zasklepiły się pod żelem. Myślała, że opatrunek zmylił jej wzrok, ale po bliższych oględzinach stwierdziła, że po części ran pozostały już tylko różowe plamki i kreski. Ale chociaż pierwszy raz w życiu widziała tak szybką regenerację komórek, po prostu zostawiła twarz samą sobie. Może to i lepiej dla niego, żeby nie zostały mu blizny. Upewniła się tylko, czy ranny na pewno oddycha miarowo, po czym z pomocą żołnierzy ułożyła go wygodnie i kazała komuś unieść mu nogi w górę.
Towarzyszący jej spokój, niczym adrenalina, zaczął z niej odpływać. Pozostawił po sobie ukojone nerwy, także u rannych, jak ślady po fali na piasku. Daesha'Rha, prawie jak na kacu, z uczuciem dziwnej pustki w głowie, starała się odegnać od siebie wątpliwości. I chociaż spokój ducha, który osiągnęła, nie pozwalał jej na strach, kołatała się w niej myśl, że jeśli ranni nie trafią szybko w ręce prawdziwych lekarzy, umrą.
- Musimy znaleźć jakiś statek - powiedziała do żołnierzy - Jak tylko ten tutaj się ocknie, trzeba będzie stąd wiać.
Mężczyźni pokiwali głowami.
Daesha'Rha sprawdziła jeszcze, czy stan dużego mężczyzny się ustabilizował przynajmniej trochę, po czym wróciła do Toblera. Gunganin miał zamknięte oczy, ale oddychał miarowo i spokojnie. Spał.
Twi'lekanka usiadła przy nim i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Chwyciła dłoń przyjaciela i przyłożyła do czoła.
- Już niedługo Tobler - wymruczała po gungańsku - Niedługo odpoczniecie.
Miała wrażenie, że usłyszał ją przez sen.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 135
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Szlak więzienny] - Transport na HothOne

Postprzez Nantel Grimisdal » 5 Wrz 2019, o 19:22

Wyczuł nadchodzące zagrożenie, ale nim zdążył zareagować. Uszkodzony układ zapłonowy silników przez cały czas ich pobytu na frachtowcu wydzielał łatwopalne opary. Wystarczyło otworzyć drzwi do maszynowni w poszukiwaniu źródła awarii sygnalizowanego w kokpicie, by cały statek zapłonął kulą ognia. Nantel w ostatnim odruchu zdążył tylko osłonić Treca, choć jedynie częściowo, bo tego wielkoluda całego zasłonić było przecież nie sposób. A potem był tylko ból, szok i swąd palonego ciała. Oszołomiony wytoczył się przez otwarty trap na pokład hangaru. Ostatnim, co pamiętał, to zbliżająca się zimna durastalowa powierzchnia podłogi...

Gdy się ocknął, od razu zauważył, ze ból jakby zelżał, a właściwie zniknął całkiem. Na skórze twarzy czuł delikatny dotyk czegoś miękkiego, chyba trawy. Z lekkim wahaniem otworzył oczy i ujrzał otaczającą go zieloną roślinność. Podniósł się i rozejrzał po miejscu, w którym się znalazł. Stał na małym wzgórzu, właściwie pagórku, porośniętym piękną trawą o świeżym zielonym kolorze. Za nim rozciągał się las skąpany w promieniach wschodzącej gwiazdy. Po drugiej stronie łagodnego zbocza było jezioro o połyskującej w świetle wodzie. Przy brzegu stał zaś ładny drewniany domek, z pomostem wychodzącym do wody. Odległość nie była daleka, to też Nantel z łatwością dostrzegał kolorowe wzory na zielonych okiennicach i dach wyłożony w sposób typowy dla takich zielonych planet - przyschłym zbożem. Zaciekawiony zarówno miejscem, w którym się nagle zjawił, jak i tym domkiem, postanowił zejść nad jezioro.
Po kilkudziesięciu zaledwie krokach znalazł się na ganku domu, na którym czekała jakby z zaproszeniem wytarta od siedzenia na niej ławeczka z widokiem na jezioro. Nim podszedł do okna, by przez nie zajrzeć, poczuł, jak ktoś łapie go i przytula z całych sił. To była Nadia, czuł to, nie musiał nawet spoglądać. Odwrócił się do niej i z całych sił odwzajemnił uścisk, po czym dołączył do niego długi, namiętny pocałunek. Długo trwało nim oderwali się od siebie, ale nawet wtedy nie puścili swoich rąk. Nadia spojrzała na niego z troską w oczach, gładząc dłonią jego twarz. Dopiero wtedy do Nantela powoli napłynęły wspomnienia tego, co stało się na więziennym frachtowcu i zaczynał rozumieć, gdzie mogą obydwoje się teraz znajdować.
- Biedactwo moje... - dziewczyna była naprawdę zmartwiona, musiała wiedzieć o jego odniesionych ranach - Mocno cię boli?
- teraz nie, ale tam... chyba naprawdę zapiekło, bo pamiętam teraz, ze traciłem przytomność.
Uśmiechnął się do niej, wziął za rękę i zaprowadził na ławkę, gdzie obydwoje usiedli, dalej do siebie wtuleni, jakby nie widzieli się od wieków. Nantel podejrzewał, ze cała ta scena jest jakimś dziwnym tworem w Mocy, dziejącym się w ich umysłach, połączonych silną więzią. Swoistą ostoją i miejscem ukojenia dla ich umysłów. Było niczym z marzeń.
- Ty to zrobiłaś, czy jakoś razem się tu przenieśliśmy?
- Chyba razem. Jaina kazała mi medytować. Gdy to robiłam, poczułam, ze jesteś w niebezpieczeństwie i cierpisz. Powiedz, wyjdziesz z tego? - łza pociekła po policzku Nadii.
- Dla ciebie zawsze. Boli, ale będzie dobrze - przytulił ją mocniej.
- Coś się spieprzyło na misji?
- I to bardzo. Cały plan się posypał. Mamy kupę istot do uratowania, straciliśmy sporo ludzi, są ranni, a Shooting Star się nam spalił. Jeszcze ten mocowładny... Chociaż mam nadzieję, że go załatwiłem wtedy w korytarzu...
- Chciałabym ci jakoś pomóc...
- Już pomagasz! Mam wrażenie, że to jednak ty wciągnęłaś tutaj mój umysł, by mnie chronić. Dziwna sprawa, ale w Mocy jesteśmy związani ze sobą chyba jeszcze bardziej niż sądziliśmy. Albo Moc ma aż tyle tajemnic.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu przed chatką, spoglądając na promienie gwiazdy odbijających się od lekkich fal wody. Wystarczyła im sama wzajemna obecność, odpoczywali, ciesząc się swoim towarzystwem i spokojem. Lekki wiatr kołysał liśćmi, gdzieś z wierzchołków drzew dochodził ptasi śpiew.
- Przypomina ci to którąś planetę? Ja chyba nigdy nie byłem na aż tak zielonej, większość życia byłem otoczony durastalą i kamieniem wielkich miast.
- To chyba nie jest żadne konkretne miejsce. Coś jakby piękna oaza stworzona tylko w naszych umysłach.
- A może jednak gdzieś istnieje? Wiesz, moglibyśmy tu zostać już na stałe...
- Też bym tak bardzo chciała. Naprawdę... Ale wiesz, że nie możemy. Oni na ciebie liczą, wszyscy na tamtym statku. Jesteś pewnie zmęczony i ledwo żywy, ale musisz im dać siłę, żeby to przeżyli - Przytuliła się do niego jeszcze mocniej, o ile w ogóle to było możliwe - Zrobię co się da, żeby cię tak nie bolało. Musisz wstać i walczyć dalej. Wróć do mnie, dobrze? - spojrzała mu prosto w oczy.
Nantel w odpowiedzi ujął jej piękną twarz w swoje dłonie i delikatnie pocałował w czoło, wycierając kolejną łzę, a potem w usta. Czuł bijącą od niej Moc, ciepło i spokój, które mu przekazywała. Fala Jasnej Strony przepływała raz za razem do niego, dodając mu otuchy i sił. Czuł też, nawet tutaj, że jego ciało z ulga przyjmuje pomoc, a rany łagodnieją.
- Dobrze - uśmiechnął się do niej, a ona uśmiech odwzajemniła. - Widzimy się za kilka godzin na kolacji. Dam radę!
Sięgnął do całej swojej motywacji, jaką tylko posiadał. Postanowił nie poddawać się za wszelką cenę, ani bólowi, ani ranom, ani niczemu innemu, żadnym przeciwnościom. Zrobi to dla Nadii i istot, które obiecywał chronić. Skupił się z całych sił, na nowo sięgnął ku Jasnej Stronie, prosząc ją o pomoc. Poczuł, jak rany mniej mu doskwierają, a siły powracają. Jeszcze raz pocałował Nadię, myśląc o niej i swoich towarzyszach cały czas. Wstał, by dalej walczyć. Wizja pięknego miejsca powoli się rozmyła...


***

Joker spoglądał właśnie w stronę swoich ludzi pilnujących przejścia byłych więźniów do drugiego hangaru, gdy usłyszał za sobą huk eksplozji. Momentalnie odwrócił głowę w tamtą stronę z karabinem uniesionym w rękach. Widząc dymiącego Shooting Stara i wytaczających się z niego rannych, ani nie krzyknął, ani nie przeklął w myślach. Wojskowy taki jak on tylko rozejrzał się szybko po całym hangarze, by jak najszybciej podjąć niezbędne decyzje.
Kilku jego ludzi zginęło już w walkach, część była ranna, a grupa, której musieli pilnować znacząco się powiększyła. W grupie więźniów byli oczywiście kolejni ranni lub wycieńczeni imperialną "gościnnością". Za jego plecami zaraz wylądują nieznane statki z jakimiś piratami, których prawdziwe zamiary pozostawały nieznane. Ich środek transportu właśnie spłonął, a jego pilot i nieformalny dowódca misji leżał przed trapem popalony i dymiący jak jego statek. Byli w czarnej dupie. Głęboko.
- We dwójkę pomóżcie przy rannych - wskazał na swoich ludzi.
Po chwili do pomocy ruszyła też ta zielonoskóra twi'lekanka, która wcześniej pilnowała rannego gunganina. Z ulgą przyjął jej pomoc, bo jego drużynowy medyk nie przeżył niestety strzelaniny na korytarzu. Tak samo jak najlepszy pilot. Bez sprawnego Nantela nie mieli zbyt dobrych pilotów. Może wśród więźniów jakiś był, ale Joker nie mógł im na razie zaufać. Tym samym dwa imperialne promy stojące w hangarze nie wydawały się wcale takim dobrym środkiem ucieczki. Nie wiadomo było jak zareagują ci piraci widząc uciekające, słabo uzbrojone imperialne statki. Wolałby w nich teraz nie siedzieć. W tym rozpadającym się frachtowcu również, ale ten statek mógł jednak nadal być wystarczająco sprawny. Podjął szybką decyzję.
- Jimi, Nastka, skoczcie do tej sterówki na górze - wskazał przeszklone pomieszczenie z widokiem na cały hangar - Zabezpieczcie teren, dostańcie się do panelu komunikacyjnego i spróbujcie połączyć się z oddziałem na mostku. Musimy się do nich dostać i poznać stan tej rozwalającej się krypy.
Wcześniej spodziewał się, że po oddział na mostku skoczą na samym końcu, odbierając ich przez awaryjną śluzę w pobliżu mostka. Teraz jednak mogło okazać się, że to oni będą ich wyjściem z tej ciężkiej sytuacji.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 415
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Poprzednia

Wróć do Nieznana Przestrzeń

cron