
przez Peter Covell » 9 Lip 2010, o 22:50
Akcja przenosi się z:[Coruscant] Świątynia JediMały kalamariański statek mknął niebiesko-purpurowym tunelem nadprzestrzennym do układu, gdzie po raz ostatni widziano Imperialny okręt więzienny typu Kiltirin o niewyszukanej nazwie "Wygnaniec". Według raportu wywiadu, jednostka była stara i dawno nie widziała stoczni, więc jej systemy raczej nie funkcjonowały poprawnie. Mało tego, w zeszłym roku zdemontowano jedną z poczwórnych baterii dział laserowych i teraz jedna burta była zdecydowanie słabiej chroniona. Stateczek należący do Zakonu Jedi zaś miał przedrzeć się przez ogień pozostałych czterech baterii turbolaserów, by jego załoga mogła dostać się na pokład "Wygnańca", zlikwidować strażników, uwolnić matkę i ojczyma Seanie, zaś transportowiec skierować do jednego z republikańskich systemów. Bułka z masłem. -Wychodzimy za dziesięć, dziewięć, osiem, siedem... - David odczytywał wskazania komputera nawigacyjnego, podczas gdy Peter trzymał rękę na dźwigni hipernapędu. - ... trzy, dwie, jedną. Teraz! Covell pociągnął do siebie wajchę, statkiem szarpnęło, a białe smugi rozmazanych gwiazd zamieniły się w nieruchome punkty zawieszone w bezkresnej czerni galaktyki. -Kontakt! Sektor 77-32-45 - poinformował Turoug. - Wygląda na "nasz" okręt, ale według komputera jego silniki są zupełnie zimne. Poziom energii na poziomie minimalnym, chyba tylko awaryjne systemy podtrzymywania życia. Dziwne. -Zaraz sprawdzimy i się dowiemy - Peter zwiększył nieco moc silników, by przyspieszyć. - Mam co do tego złe przeczucia. Po chwili w przednim iluminatorze pojawiła się ciemna sylwetka imperialnego okrętu więziennego wybudowanego przez Rendili StarDrive. Z tej odległości wyglądała w porządku, ale gdy Jedi sięgnęli Mocą w stronę "Wygnańca" nie wyczuli aury życia, jaka powinna otaczać jednostkę, na której transportowano ponad 1200 więźniów. -Osz, kurwa mać... Peter mało się nie zachłysnął, gdy "Wygnaniec" obrócił się w ich stronę lewą burtą, w której ziała wielka dziura, mająca przynajmniej trzydzieści metrów w najszerszym miejscu. Wokół kadłuba wciąż krążyły śmieci oraz... ciała więźniów. -Ktoś ich zaatakował... ale dlaczego? Wszyscy ubrali się w niewygodne skafandry, które miały chronić ich przed próżnią. Niewątpliwie duża część pokładu została pozbawiona atmosfery, a nikt z oddziału ratunkowego nie miał zamiaru przekonać się o, szkodliwych dla zdrowia, skutkach jej braku. -Naprawdę nie rozumiem dlaczego wasze kombinezony pozbawione są silniczków manewrowych - narzekał Dean spoglądając na Jedi. - A jak odlecicie gdzieś w kosmos? -Już ci mówiłem, że przyciągniemy się wtedy Mocą - odparł Peter. Po raz dziesiąty w ciągu ostatnich trzech minut. -A jak ona nie działa w próżni? -Wtedy mamy przesrane. Na szczęście jednak działa. -Niesamowite... Przesuwali się czymś, co dawniej musiało być szerokim, głównym korytarzem statku, a obecnie przypominało bardziej szkielet wieloryba. Metalowe wsporniki kadłuba sterczały nad ich głowami celując w kosmiczną pustkę. Gdzieniegdzie pozostały fragmenty poszycia, co nadawało otoczeniu jeszcze bardziej surrealistyczny wygląd. Nie działały generatory grawitacji, więc musieli używać magnetycznych "przyssawek" zamontowanych w podeszwach butów ich skafandrów, by móc w miarę normalnie się przemieszczać. -Przerażające, nie niesamowite - Seanie zganiła Dean'a. Była wyjątkowo spokojna, biorąc pod uwagę, że nic nie wskazywało na to, by jej matka mogła przeżyć ten atak. - Dlaczego ktoś miałby atakować barkę więzienną? -Może piraci chcieli odbić swoich, a przy okazji wyrżnęli lub porwali pozostałych - podsunął Peter. - Biorąc pod uwagę, że ten statek leciał bez eskorty, a jego uzbrojenie nie bardzo nadaje się do walki, był całkiem kuszącym celem. -Spójrzcie tam! Lean przerwała dyskusję wskazując pozostałości mostka, gdzie wciąż paliły się światełka awaryjne jednej z konsoli. Wokół niej unosiło się kilkanaście ciał, których stan wskazywał na to, że ofiary zginęły od płomieni - być może miotacza ognia. Najbardziej przerażające jednak było to, że mostek znajdował się trzy pokłady nad nimi. Trzy pokłady, które po prostu przestały istnieć, gdy potężny promień turbolaserowy trafił w kadłub "Wygnańca". -Będziemy musieli podlecieć. Teraz używajcie swojej Mocy, mądrale... Peter pokręcił z niedowierzaniem głową i kątem oka zerknął na Seanie. Przez te skafandry i ich hełmy nie widział jej twarzy, ale dzięki Mocy wyczuwał, że panuje nad emocjami i jest raczej spokojna. To dobrze - na żal będzie czas później. -Możesz się do niego włamać? - David zapytał Lean, gdy ta podłączyła swój komputerek do jedynego ocalałego terminala komputerowego w pobliżu -Pamiętaj z kim rozmawiasz - odparła młoda twi'lekanka. - Jestem najlepsza. -To się pospiesz - Peter klepnął w ramię Turouga, a potem komandosa. - Mamy towarzystwo. Kilkadziesiąt metrów od nich poruszało się dwanaście istot, prawdopodobnie ludzi, sądząc po sylwetkach i kształtach ich skafandrów. Dzięki silniczkom manewrowym podobnym do tych, jakich używali Lean i Dean, bez problemu przemieszczali się po wraku. Nie minęło pięć sekund od czasu, gdy Peter ostrzegł swoich towarzyszy o ich obecności, gdy nieprzyjaciele dostrzegli oddział ratunkowy. Bez chwili wahania i najmniejszego ostrzeżenia sięgnęli po broń i otworzyli ogień...
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 9 Lip 2010, o 23:22
Turoug szybko zlustrował przeciwników i jeszcze szybciej sięgnął po miecz świetlny o zielonej klindze. Odbił pierwsze trzy bolty blasterowe, dzięki czemu wyeliminował jednego z napastników. "Próżniowa śmierć" nie należała do najprzyjemniejszych, o ile w ogóle śmierć można nazwać przyjemną, lecz Dave nie miał żadnych wyrzutów sumienia. W końcu się bronili. Mimo utraty towarzysza przeciwnicy kontynuowali ostrzał. David kątem oka zauważył przerażoną Lean, a ułamek sekund później zatrzymał Mocą dwa strzały, około 10 centymetrów od twarzy twi'lekanki, która zemdlała ze strachu. Rycerz ponownie skorzystał z Mocy, by skryć ją za kupą metalowych prętów. W międzyczasie Peter oraz Seanie unieszkodliwili kolejnych dwóch napastników. - Chyba się zorientowali z kim mają do czynienia. - rzekł Turoug obserwując małe przegrupowanie rywali, którzy postanowili skorzystać z lepszego sprzętu i skryli się za durastalowymi pojemnikami latającymi w próżni. Jedi użył Pchnięcia Mocą by cisnąć kilkoma kontenerami o przeciwległą ścianę. Dwóm z napastników musiały rozszczelnić się skafandry, gdyż zaczęli panicznie wymachiwać rękoma, by po kilku sekundach całkowicie znieruchomieć.
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 12 Lip 2010, o 13:15
-Ciekawe czy to piraci czy złomiarze? - na głos zastanawiał się Peter odbijając mknące w ich kierunku laserowe bolty -Złomiarze nie walczą, a uciekają - odparł mu Dean który właśnie zmieniał konfigurację swojego karabinu szturmowego na snajperski. - Najdziwniejsze jest to, że nie widziałem w pobliżu ich macierzystego statku. -To chyba nie czas na pogaduszki... - Seanie niemal z niedowierzaniem przyglądała się mężczyznom rozmawiającym w samym środku walki -Kończmy to - mruknął komandos. Dean uruchomił silniczki manewrowe swojego skafandra i pomknął w górę, by podobnie jak przeciwnicy, skryć się za jedną z latających skrzyń. Dzięki magnetycznym chwytakom w kombinezonie, przylgnął do niej i ostrożnie wychylił się zza krawędzi. Dzięki czterokrotnemu przybliżeniu lunety w karabinie jednego z przeciwników miał niemal jak na dłoni - wycelował w sam środek głowy, uspokoił oddech i delikatnie pociągnął za spust. -Dobry strzał! - pochwalił Peter, po czym sprawdził stan ogniw w blasterach - Zrobimy to inaczej... Odbił się od platformy, na której stali i unosząc się w górę, sięgnął Mocą po kontener, za którym chowali się przeciwnicy i gwałtownie rzucił nim w lewo. Dwóch z nich zostało nagle pozbawionych osłony. Okazję tą wykorzystał Dean, który jednego z nich załatwił strzałem w serce - drugiego zdjął Peter dwukrotnie trafiając go w klatkę piersiową. Przyciągnął się Mocą do nieuszkodzonej części kadłuba okrętu, wylądował poziom wyżej niż mostek i schował za metalową przegrodą. Na polu bitwy pozostawało jeszcze dwóch nieprzyjaciół, których Peter za nic w świecie nie mógł zlokalizować...
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 19 Lip 2010, o 17:06
-Powinniśmy dowiedzieć się co się stało z tym okrętem - powiedziała Seenie wpatrując się w unoszące się w próżni skrzynie. - Poza tym... ja chyba coś wyczuwam, jakieś cienie niknące w mroku, ale mam wrażenie, że na pokładzie tej jednostki wciąż jest ktoś żywy... Być może umiera, dlatego jego echo w Mocy jest takie słabe. -Lean, sprawdź czy ta konsola do czegoś się nadaje - przypomniał Peter. - To miejsce przyprawia mnie o gęsią skórkę. Twi'lekanka posłusznie powróciła do konsoli, podłączyła do niej swój przenośny komputer i bez większych problemów przedostała się przez podstawowe zabezpieczenia wewnętrznej sieci. -Wszystkie logi zostały wyczyszczone po ataku - powiedziała zaskoczona. - Ani dzienników pokładowych, ani odczytów z czujników, ani zapisów działania urządzeń i aparatury, zupełnie nic. -To znaczy, że nie dowiemy się co się tu stało? -Zdaje się, że wszystkie dane powinny zostać skopiowane do głównego komputera - odpowiedziała. - Chwila. Mam dostęp do planów okrętu. -Dawaj. -Główny komputer znajduje się nad maszynownią, czyli na samej rufie okrętu. Powinniśmy mieć bezproblemowe przejście segmentem więziennym... chwila! - Lean niemal przykleiła się do ekranu, a jej palce gorączkowo zatańczyły po klawiaturze - Tam wciąż są ocalali! Komputer pokładowy wykrywa sygnatury organizmów żywych! -Czyli idziemy do części więziennej - powiedział Peter. - Który blok i jak tam dojść? -Ślady życia są w blokach drugim i siódmym... nie wiem jak długo wytrzymają, cała elektronika statku siada, w każdej chwili może im odciąć powietrze. -W takim razie się rozdzielimy - powiedziała Seenie. - David, pójdziesz z Peterem na blok siódmy, a my sprawdzimy pierwszy. Spotkamy się w maszynowni. -Nie ma na co czekać, w takim razie...
Po kilku minutach Peter i David znaleźli się na poziomie, gdzie działała sztuczna grawitacja - mało tego, wciąż utrzymywała się na nim atmosfera. Covell otworzył więc hełm swojego skafandra, żeby oszczędzać powietrze w zbiornikach. Korytarze, przez które przechodzili, były całkowicie puste. Jedynie co jakiś czas widać było ślady walki: osmalone od blasterowych wystrzałów ściany i krwawe plamy na podłodze. Covell z obojętną twarzą przyglądał się tym śladom rzezi, ale wewnątrz zaczynał mieć już serdecznie dość tego miejsca. Śmierć wyczuwało się tu wszędzie. -Chyba wszystkich wybili - powiedział zaglądając do celi, w której po raz pierwszy zobaczył zwłoki więźnia. - Tylko czemu zabrali większość ciał? Podszedł do leżącego na brzuchu ciała mężczyzny i ostrożnie obrócił je na plecy. Na twarzy tamtego wciąż malowało się przerażenie, strach zastygły niby okropna maska. Covell westchnął cicho, zamknął powieki nieboszczyka wiedząc, że jemu już nie pomoże. Właśnie wstawał, gdy jego wzrok padł na klatkę piersiową i zaskoczony Peter głośno wciągnął powietrze i cofnął się o dwa kroki. -Rozcięto go mieczem świetlnym - powiedział do Davida, ale ten mu nie odpowiedział. Pełen złych przeczuć wyszedł z celi sprawdzić co się dzieje i zrozumiał dlaczego Turoug milczał. W korytarzu stało czterech Sithów o identycznych twarzach, z których wyczytać można było jedynie nienawiść, pragnienie mordu oraz pewność zwycięstwa nad Jedi. Klony Sithów nigdy nie były wyjątkowo trudnymi przeciwnikami, ale zawsze miały przewagę liczebną. Problem w tym, że zawsze można było wykryć ich aurę na odległość - nie umiały bowiem maskować swojej obecności w Mocy. Najwyraźniej jednak z tymi było inaczej. -Chyba zagadka statku-widmo się rozwiązała - powiedział Peter sięgając po swój miecz świetlny. - Za nami jeszcze dwóch - powiedział stając tyłem do pleców Davida. - Załatwmy ich...
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 19 Lip 2010, o 19:50
O ile Turoug zawsze próbował nakłonić swoich przeciwników do zejścia ze ścieżki Ciemnej Strony Mocy lub poddanie się, o tyle walcząc z klonami, a czynił to nie nie raz, nie miał praktycznie żadnych wyrzutów sumienia. Raz spróbował podjąć rozmowę z takim rywalem, jednak jedyną odpowiedzią drugiej strony był atak. David zdecydował, że tym razem skorzysta z nieco ryzykownej formy jaką był Vaapad. Nie czekając na ofensywę klonów-Sith, Rycerz Jedi pierwszy rzucił się w wir walki. Choć technika, którą wybrał nie miała takiej gamy ciosów czy pozycji, to wymagała większego zdyscyplinowania umysłu, a także taktyki. Były uczeń Hadyyka i Bardoka znalazł się między trzema oponentami, wykonując błyskawiczne cięcia, które zmusiły całą trójkę do przyjęcia defensywnej postawy. Druga część klonów ruszyła na Petera. Turoug bez pardonu natarł na najbliższego przeciwnika, "częstując" go uderzeniami na całej płaszczyźnie, ostatecznie kończąc jego żywot pchnięciem w tułów. Z pozostałymi nie poszło tak łatwo, co więcej David zauważył, że owy wynalazek Sithów, jest lepszą wersją klonów, z którymi walczył choćby w systemie MG42. Jedi zdziwił się tym bardziej, iż jeden z rywali próbował Pchnięciem Mocy wytrącić go z równowagi. Członek Zakonu uznał, że najlepszą obroną będzie atak. Błyskawicznym skokiem zrównał się z imitacją Sitha, by następnie agresywną sekwencją cięć na tułów, zakończyć konfrontację chirurgiczną wręcz dekapitacją. Nim zajął się trzecim z klonów, zerknął w kierunku Covella, ten jednak uporał się z pierwszym rywalem, mierząc się obecnie z pozostałą dwójką. Sekundę później Turoug zwarł się z ostatnim przeciwnikiem. Tym razem, to oponent ruszył do niespodziewanego ataku. Uwadze Dave'a nie umknęło to, iż sługa Ciemnej Strony Mocy, uniknął wszystkich błędów jakie popełnili jego towarzysze, co świadczyło o błyskawicznej nauce bardziej zaawansowanego modelu klona. Pojedynek trwał już kilkadziesiąt sekund, Rycerz Jedi miał świadomość, że każda sekunda pracuje na ich niekorzyść. Przełamał ofensywę rywala, by mocnym cięciem na odlew pozbawić rywala dłoni. Ostatecznie zakończył żywot wroga pchnięciem na korpus...
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 24 Lip 2010, o 13:10
Peter ostatnimi czasy większość czasu spędzał w Świątyni Jedi, gdzie prowadził szkolenie swojego ucznia, Andy'ego Caliusa. Choć nie żałował czasu na doskonalenie własnych umiejętności: wielogodzinne treningi, sparingi z lepszymi od siebie czy medytacje w samotności, brak prawdziwej walki dał mu się odczuć już w czasie pierwszych sekund starcia. Ledwo skrzyżował klingę swojego miecza świetlnego z orężem pierwszego z nieprzyjaciół, drugi z klonów-Sithów ciął na wysokości szyi Covella niemal pozbawiając go głowy. Rycerz Jedi z trudem uniknął śmierci i na odlew odmachnął się mieczem, tnąc przeciwnika przez klatkę piersiową. Nieprzyjaciel zawył z bólu i wściekłości, ale zadana mu rana okazała się powierzchowna i dość niegroźna. Peter z niemałym wysiłkiem odpierał ciągłe ataki trójki przeciwników, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że długo tak nie wytrzyma i w końcu albo popełni błąd, albo skończy mu się korytarz, którym mógłby się cofać. Nagle przypomniał sobie jedną z ulubionych sztuczek Davida, jaką ten używał w czasie wspólnych sparingów. Sięgnął po Moc i, uginając lekko kolana, odbił się w górę, przeskakując nad głowami swoich przeciwników. Lądując, błyskawicznie obrócił się na pięcie, z rozpędu rozcinając najbliższego Sitha na pół. -I co teraz, cwaniaki? - zapytał z ironią w głosie Jeden z klonów w charakterystyczny sposób wyrzucił przed siebie lewą rękę i Peter poczuł jak uderza w niego strumień Mocy. Covell musiał przyznać w duchu, że te "modele" były naprawdę niezłe, bo siła Pchnięcia, jakie właśnie przeciwko niemu skierowano, mogła powalić na ziemię nawet wyszkolonego Jedi. Na szczęście, Peter był prawdziwym mistrzem telekinezy. Uderzenie Mocy sprawiło, że jego stopy ślizgnęły się kilka metrów po metalowej posadzce, ale Jedi utrzymał się na nogach. Na twarzy klona-Sitha odmalowało się zdziwienie i na chwilę zastygł on w bezruchu, co Peter postanowił wykorzystać bezlitośnie. Zanurzył się w strumieniu Mocy, pozwalając by ten swobodnie przepływał przez jego ciało i umysł, a następnie nakierował go prosto w dwójkę przeciwników, jednocześnie wyrzucając przed siebie obie dłonie. Potężna Fala Mocy sprawiła, że stalowe ściany korytarza wygięły się w łuk pod jej naporem. Kiedy czoło tego telekinetycznego czołgu uderzyło w Sithów, ich żebra nie miały najmniejszych szans i natychmiast trzasnęły w akompaniamencie krzyków odrzuconych w powietrze nieprzyjaciół. -Tak to się robi, wy amatorzy... - mruknął Peter i doskoczył do nich, by dwoma cięciami miecza świetlnego zakończyć ich, i tak zbyt długi, żywot. -Te klony są coraz lepiej wyszkolone - powiedział David gasząc klingę swojego oręża. -Uzdolnień telekinetycznych jednak wielkich nie mają. -Na razie nie mają. -Porażający optymizm. -Powinniśmy byli je wyczuć na długo przed atakiem, naprawdę są coraz lepsze. -Może maskuje ich aura tego miejsca? - zasugerował Peter - Okręty więzienne Imperium z reguły są przesycone śmiercią, bólem, cierpieniem, strachem... tym, czym karmi się Ciemna Strona. -Peter! David! Jesteście tam, do diabła? - lekko trzeszczący głos Lean wydobył się z komunikatora na nadgarstku kombinezonu Covella - Co tam się dzieje? -Mieliśmy drobne problemy natury ciemnostronnej. -Że co!? -Na pokładzie są klony Sithów. Do tego David twierdzi, że to jakiś lepszy "model", lepiej wyszkolony, uwarunkowany czy co się z nimi robi w tych kadziach. -Przekażę to Mistrzyni Exibil. Będziemy uważać. Wy lepiej też miejcie się na baczności. -Jasne, będę go pilnował - Peter zakończył rozmowę, po czym odwrócił się do Davida. - Jakieś pomysły dlaczego Sithowie zaatakowali imperialną jednostkę? Przecież są po jednej stronie barykady? Czyżby wewnętrzny rozłam?
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 1 Sie 2010, o 00:15
David wsłuchiwał się przez chwilę w nieprzyjemną ciszę, która panowała na okręcie-widom. Starał się również wyczuć obecność klonów-Sithów, jednak nie udało mu się tego dokonać, wykrywał jedynie grupę mistrzyni Exibil oraz bardzo słabe aury w blokach drugim oraz siódmym. - Ciężko teraz postawić jednoznaczną tezę dotyczącą tego co tu zaszło. - rzekł swym spokojnym głosem Turoug - Zasugerowałeś, że jednostka została zaatakowana przez Sithów, co byłoby nieco nielogiczne zważywszy na fakt że są oni sprzymierzeńcami Imperium. Można też postawić sprawę inaczej. - Inaczej? Mógłbyś rozwinąć myśl. - wtrącił Peter. - Być może to nie Sithowie zaatakowali ten okręt więzienny, a ich obecność można wytłumaczyć tym, że czegoś lub kogoś szukają albo jest to zastawiona pułapka. - Myślisz, że Imperium bądź ktoś z Triumwiratu upozorował atak na "Wygnańca", by ściągnąć tutaj kogoś z Zakonu? - spytał Covell. - To jeden z wariantów. Nie możemy też wykluczyć wspomnianego przez ciebie konfliktu na linii Imperium-Sithowie bądź ataku jakiejś trzeciej strony. Jeżeli ostatnia opcja jest prawdziwa, to powinniśmy zastanowić się nad tym, po co zostały wysłane tutaj klony-Sith. Swoją drogą, od mojego ostatniego spotkania z nimi, stwierdzam że są coraz bardziej doskonałe. Maskują swoją obecność w Mocy, jeszcze szybciej się uczą, a to nie wszystkie udoskonalenia naszych przeciwników. Dwóch Jedi ruszyło dalej, wzdłuż ciemnego korytarza, w którym ciągle działała sztuczna grawitacja, jednak zbliżając się do drzwi prowadzących na dalszą część statku zaczęli odczuwać, że panująca atmosfera słabnie. - No cóż Peter, chyba pora ponownie się zapuszkować. - po tych słowach był uczeń Hadyyka zamknął hełm swojego skafandra - Ruszajmy...
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 9 Sie 2010, o 14:04
Peter poszedł w ślady Davida i, z cichym westchnieniem wyrażającym niezadowolenie, zamknął przesłonę swojego hełmu, której zadaniem było oddzielenie jego twarzy od próżni i uchronienie go przed jej działaniem. Z mieczem świetlnym w dłoni i głową pełną złych przeczuć dotyczących sytuacji, w jakiej się znaleźli, ruszył przed siebie. Na tym okręcie nic nie było tak, jak być powinno i Covell był niemal pewien, że idą prosto w pułapkę, ale z drugiej strony nie potrafiłby wycofać się przed wyjaśnieniem zagadki "Wygnańca", a także dowiedzenia się co stało się z matką Seenie. -Ktoś tam jest - powiedział David niemal szeptem, który słyszalny był przez Petera jedynie dzięki systemowi mikrofonów i słuchawek wmontowanych w hełmy skafandrów. - Nie wyczuwam jednak zagrożenia. Chyba ledwo żyją. Podeszli do drzwi jednej z większych, zbiorowych cel i Covell również poczuł słabą aurę życia. Wiedział, że nie zostało im wiele czasu, ale najprostszy sposób na uwolnienie uwięzionych tam osób skończyłby się dla nich tragicznie - niezabezpieczeni przed działaniem próżni zginęliby w ciągu kilku sekund. -Pewnie kończy im się tlen - powiedział Peter. - Jeśli otworzymy te drzwi to załatwimy ich na miejscu, bo w tym korytarzu nie ma atmosfery. Musimy spróbować jakoś ją przywrócić... lub wymyślić inny sposób na wydostanie tamtych więźniów...
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 10 Sie 2010, o 15:35
Turoug rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Na jednej ze ścian umiejscowiony był terminal. David, nim jeszcze wstąpił do Zakonu, praktycznie codziennie stykał się z podobnymi komputerami. Do dzisiaj uśmiechał się na myśl, o najbardziej felernej łajbie, na której pracował - transportowcu "Omnis". Jedi szybko podszedł do stanowiska i począł majstrować w systmie. Po niecałej minucie odszedł od terminalu. - Niestety stąd nic nie zrobimy. Komputer jest uszkodzony. Mógłbym spróbować ominąć pewne usterki, ale nie będę miał pewności, czy sprzęt poprawnie wykona polecenia. Zbyt duże ryzyko, że mógłbym przyspieszyć śmierć tych nieszczęśników. - odparł Turoug - Nie mamy też za wiele czasu by wrócić się na mostek i stamtąd spróbować wtłoczyć tlen do bloku siódmego. Peter spróbuj połączyć się z Lean, może jej uda się rozwiązać nasz problem. David kończąc swoją wypowiedź poczuł lekkie wahania w aurze Mocy dochodzące z pomieszczenia, z którego przybyli. Był uczeń Dagosa Bardoka i Gyar Than-Hadyyka odwrócił się jednak nikogo nie ujrzał w drzwiach. - Mam złe przeczucia, dotyczące naszej drogi powrotnej... - rzekł cichu Rycerz, czekając aż Covell porozumie się z twi'lekanką.
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 26 Sie 2010, o 14:52
-Złe przeczucia nie opuszczają cię od czasu, gdy cię poznałem, Davidzie - odpowiedział Peter uśmiechając się szelmowsko, jednak po kilku próbach połączenia się z Lean spoważniał i przygryzł wargę. - Nie odpowiadają na wezwania... Wygląda na to, że albo jakimś cudem stracili zasięg albo wyłączyli komunikatory. -Nie przestawaj próbować. -Lean, słyszysz mnie? Seenie? Ktokolwiek? Jesteście tam? Jeśli mnie słyszycie, odezwijcie się, powtarzam: jeśli mnie słyszycie, odezwi... -...owie... oważnie ranny, nie wiem... zamknięci... -Lean, powtórz, bo cię nie rozumiem! Strasznie rwie rozmowę... -...wię, że zaatakowali... anny i nie... czy przeżyje... Jesteśmy zamknięci, kończy się... "Wyganiec"... pułapka. -Lean! Lean! Kurwa mać! - Peter musiał się pohamować, żeby nie uderzyć pięścią w ścianę korytarza. - Urwał się kontakt, nie mogę ich ponownie złapać! Czy ty masz chociaż zielone pojęcie o czym ona mówiła? -O tym, że wszyscy jesteście martwi, psy Jedi. Peter i David jednocześnie odwrócili się w kierunku, z którego dochodził świszczący, zimny głos. Klingi ich mieczy świetlnych zaśpiewały bojowo wysuwając się z rękojeści z charakterystycznym sykiem, którego nie sposób pomylić z czymś innym. Covell mocno zacisnął palce na srebrnym cylindrze stanowiącym jego broń, narzędzie i symbol tego, co sobą reprezentował. Przygotowując się do nadchodzącej walki, obserwował nieprzyjaciela, zdecydowanie nie będącego klonem, lecz prawdziwym Sithem. Choć w tym miejscu atmosfera już nie istniała, kultysta Ciemnej Strony nie miał na sobie skafandra ochronnego, lecz czarny jak kosmiczna pustka płaszcz z kapturem przysłaniającym większą część jego twarzy. Spod cienia widać było jedynie wykrzywione w grymasie nienawiści usta oraz żółte, gadzie ślepia zdające się przewiercać człowieka na wylot. -Będziesz tak stał czy zatańczymy? - spytał Peter wysuwając się do przodu -Kroczysz blisko Ciemnej Strony - odpowiedział mu Sith. - Odrzuć kłamstwa Jedi i poznaj prawdziwą potęgę Mocy. -Wy jesteście nudni już z tą starą śpiewką - prychnął były przemytnik. - A ja zwykłem kroczyć tam, gdzie mi wygodnie... nie oznacza to jednak, że zejdę do tego waszego szamba, bo w gównie taplać się nie lubię. -W takim razie zginiesz. -Jak każdy... ale ty pójdziesz do diabła na długo przede mną. -Wasza rasa jest taka... zadufana w sobie, człowieku. Nie będę na ciebie tracił sił... ja zajmę się Seenie Exibil podczas, gdy ty będziesz cierpiał wiedząc, że nie jesteś w stanie jej pomóc. Trandoshanin zniknął równie niespodziewanie jak się pojawił, zaś zamiast niego pojawiło się kilkunastu szczerzących zęby innych przedstawicieli jego rasy uzbrojonych w wibroostrza i miecze świetlne - najpewniej dopiero adepci akademii na Korriban lub Yavin IV. -Może zupa z jaszczurek... wielu jaszczurek... - mruknął Peter w momencie, gdy nieprzyjaciele rzucili się na dwóch Jedi z krzykiem na ustach. Covell uchylił się przed pierwszym atakiem, pozwalając by szkarłatne ostrze miecza świetlnego przecięło powietrze nad jego prawym ramieniem, po czym, zgrabnie obracając się na palcach stóp, sam wyprowadził cięcie na wysokości pasa. Sith zawył wściekle i rozpaczliwie spróbował trafić Jedi, jednak Peter drugim cięciem pozbawił go ręki na wysokości ramienia. Chwilę po tym jak oddzielona od reszty ciała kończyna spadła na ziemię, tułów Trandoshanina rozpadł się na dwie części. Rycerz Jedi, niewiele się nad tym zastanawiając, lewą ręką wykonał ruch jakby płynął i trzech przeciwników pofrunęło pod sufit odrzuconych pchnięciem Mocy. -Gęsto tu - skomentował Peter i ponownie skupił się na walce u boku Davida...
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 27 Sie 2010, o 23:48
Turoug uznał, że w dość ciasnym korytarzu nie ma sensu i miejsca na prezentowanie swoich umiejętności fechtunku, w technice Ataru. David postanowił użyć prostego Shii-Cho i skupić się na prostych lecz skutecznych cięciach. Pierwszy przeciwnik legł niespodziewanie łatwo, gdy Rycerz Jedi sparował jego pchnięcie, samemu wyprowadzając akcję kontrofensywną polegającą na zrobieniu agresywnego młynka. Z drugim Trandoshaninem nie poszło tak łatwo, tym bardziej że zaraz dołączył do niego trzeci "jaszczurowaty" Sith. Były uczeń Hadyyka i Bardoka musiał zastosować szereg zasłon i pozycji defensywnych by nie dać się nadziać na jedną ze szkarłatnych kling. W pewnym momencie wydawało się, że Turoug zachwiał się, jednak był to sztuczka, na którą dał się nabrać kultysta Ciemnej Strony Mocy próbujący prostymi środkami ściąć głowę Jedi. Pewność siebie zgubiła rywala Dave'a, który skutecznie przepołowił go wzdłuż pasa. Rycerz na kilka sekund zyskał wolną przestrzeń, dzięki czemu niezwłocznie przywołał do lewej dłoni, miecz świetlny jednego z poległych przeciwników. Oznaczało to, iż postanowił on skorzystać z techniki Jar'kai należącej do siódmej formy walki mieczem świetlnym. Choć nie był w tej sztuce mistrzem, to wąskie pomieszczenie, a także skupieni w grupie oponenci, stanowiły idealne warunki dla tego stylu. Turoug nie czekając, aż zostanie zaatakowany przez Trandoshan przeszedł do niezwykle efektownej ofensywy zaskakując tym samym Sithów. Gdy rozprawił się z kolejnym adeptem Ciemnej Strony Mocy, krzyknął do Petera: - Musimy się spieszyć. Nie zapominajmy, że za nami znajdują się istoty, którym zaczyna brakować tlenu... Poza tym Mistrzyni Exibil również może być w niezłych opałach, a wątpię aby Lean była w stanie jej pomóc. Po tej krótkiej informacji, ponownie rzucił się w wir walki, z dzikimi i żądnymi śmierci Jedi, Trandoshanami.
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
przez Peter Covell » 28 Sie 2010, o 02:04
Peter wiedział, że David ma rację - kończył im się czas i to znacznie szybciej niż mogli sobie na to pozwolić. Trandoshanie, choć jeszcze niewyszkoleni do końca, byli znacznie trudniejszymi przeciwnikami niż klony, a za sprzymierzeńca miały wrodzoną agresywność i nienawiść do ludzi. Podczas, gdy David sprawnie zmieniał techniki walki, niemal łącząc je w jedną całość, a nawet korzystał z dwóch mieczy świetlnych, Peter oparł się na Djem So - stylu może mało finezyjnym, ale bardzo skutecznym w jego wykonaniu. Covell nie szukał luk w obronie nieprzyjaciół - on je tworzył silnymi uderzeniami, szerokimi cięciami z obrotu brutalnie łamał defensywę wrogów. Atakiem znad głowy powalił Trandoshanina na kolana, po czym machinalnie wyrżnął mu nogą w brodę, odrzucając na twardą posadzkę. Postąpił krok do przodu, jednocześnie obracając się na palcach i tnąc innego z przeciwników na wysokości szyi - nim głowa tamtego upadła na ziemię, Covell wbijał klingę miecza w pierś przewróconego przed chwilą przeciwnika. Peter uniósł głowę w momencie, gdy w jego stronę mknęło szkarłatne ostrze sithowego miecza. Jedynie dzięki refleksowi właściwemu Rycerzom Jedi, zdążył odchylić się i tym samym uniknąć śmierci. Niestety - nawet to nie wystarczyło, by klinga nie dotknęła jego twarzy wypalając długą bruzdę biegnącą od prawej części czoła ku lewemu oku. Ból był nie do zniesienia. Peter miał ochotę wrzeszczeć, ale jedyne, na co się zdobył to cichy jęk. Przed sobą widział jedynie czarną plamę rozjaśnianą niewyraźnymi zarysami kling mieczy świetlnych. Moc pokierowała jego ramieniem i na oślep zasłonił się przed nadchodzącym kolejnym ciosem, który o centymetry minął jego pierś. Sparował kolejny atak całkowicie odcinając się od, praktycznie niedziałającego, zmysłu wzroku i z trudem wyprostował, myślami szukając Davida. Rozpaczliwie zasłaniając się przed lawiną ciosów, których nie widział, miał nadzieję, że walka zaraz się skończy. Nie musiał być geniuszem, żeby wiedzieć, że klinga miecza świetlnego wypaliła mu lewe oko, a on sam jest w stanie chodzić i nawet się bronić jedynie dzięki Mocy.
Główna postać:
 Postaci poboczne:


Postaci nieaktywne:


Numer GG: 8933348 Ostatni odsłuchany przeze mnie utwór:
-

Peter Covell
-
- Posty: 2986
- Rejestracja: 27 Wrz 2008, o 15:56
-
przez David Turoug » 28 Sie 2010, o 13:47
Choć Turoug był mocno zajęty konfrontacją z Trandoshanami, zauważył kontem oka, iż Peter został raniony. Niestety nie mógł od razu skoczyć mu na pomoc, gdyż został skutecznie odcięty od przyjaciela szeregiem "jaszczurek". David maksymalnie się skoncentrował, po czym wyciągnął nieznacznie przed siebie prawą dłoń. Fala Mocy którą wywołał, była jedną z najsilniejszych jaką kiedykolwiek udało mu się zastosować. Troje Sithów momentalnie znalazło się na przeciwległej ścianie. Były uczeń Hadyyka i Bardoka błyskawicznie podbiegł do Covella, by odciągnąć od niego grupę Trandoshan. Skupienie, zdobyte doświadczenie, a także chęć ochrony przyjaciela oraz pozostałych na statku ludzi, spowodowały, iż Turoug wspiął się na niesamowity, wręcz mistrzowski poziom. Nim któryś z Sithów zdążył wyprowadzić cios, zielona oraz czerwona klinga mieczy świetlnych dzierżonych przez Dave'a, była już w miejscu atakowanym przez rywali. Rycerz Jedi wydawał się być rozmytą smugą, poruszającą się z szybkością tornad, a postronny obserwator mógł jedynie zaobserwować zielono-czerwoną poświatę oraz usłyszeć nieludzki krzyk, jaki wydobywał się z ust ranionych kultystów Ciemnej Strony Mocy. Nawet gdy członek Zakonu popełniał minimalny błąd, w ułamku sekundy go korygował i ze zdwojoną siłą atakował przeciwników. Niesamowicie prezentował się również Peter, który choć był tymczasowo pozbawiony narządu wzroku, działał jak sprawnie naoliwiona maszyna. Moc prowadziła każdy jego ruch, każdą obronę oraz atak. Po kilku sekundach dołączył do furiackiej wręcz ofensywy Turouga. Obaj funkcjonowali jak jeden organizm, przerzedzając szeregi "jaszczurek"...
Postać główna:

Postaci poboczne:




Dawne postaci:



-

David Turoug
- Jedi Knight
-
- Posty: 2285
- Rejestracja: 28 Wrz 2008, o 01:25
Wróć do Inne Lokalizacje
Kto jest na forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość
|
|